Tom Trzynasty

Palec wskazujący Gregorotha sunął po pergaminowej mapie, przemierzając odległe jałowe krainy niczym boski palec samego rozwścieczonego Croma, opracowującego mityczną zemstę Końca Czasów. Wódz Barbarzyńców dobrze wiedział, że tym razem sama zaciętość i niepohamowany gniew nie wystarczą by rozegrać tę najważniejszą wojnę, u progu której stał wraz z całym swoim zjednoczonym plemieniem i nowo zdobytymi sprzymierzeńcami – Sojuszem Wolnych Ludów Południa. 

Sojusz składał się z licznych śmiałków tworzących zastępy freelancerów, pracujących bez etatu i realizujących projekty na zlecenie, którzy być może pierwszy raz w historii swoich narodów gotowi byli walczyć nie dbając o łupy, a jedynie o wolność i przyszłość swoich nacji… a także o zachowanie ich unikatowej tożsamości kulturowej. O to by suchymi od wrzasku ustami wciąż smakować krzepiących soków pieczonego mięsa i słodkich win. By doznawać kojących objęć bielutkich ramion i wspianiałego bojowego rauszu, kiedy to ostrza płoną białymi płomieniami szaleństwa by w końcu schłodzić się czerwienią. O Barbarzyński Sen. I być może także symboliczny wpis do portfolio. 

Wiedział, że musi być sprytniejszy nawet od Croma. Boga, którego wyznawał przez lata, i którego nieskończony święty gniew dodawał mu sił i odwagi we wszystkich bitwach, które stoczył przez lata swojego awanturniczego życia pełnego wartych spisania przygód. Wiedział, że musi działać i planować mądrzej niż zrobiłoby to starożytne impulsywne bóstwo wojennego chaosu. Wiedział, że musi być chytry i rozważny niczym Żółw Błotny, a kiedy przyjdzie pora – jadowity i zabójczy niczym Padalec Zwyczajny. Jedyne czego nie wiedział, to jakiego fortelu użyć by raz na zawsze rozprawić się z przeważającymi siłami Zesraela – Króla Nekromantów, Władcy Necromarchu. Demonicznej istoty, która w zaledwie jeden moment zabrała mu wszystko – od dłoni, poprzez prestiż i godność wojownika, aż po drogiego mu przyjaciela – Czarnoksiężnika Amadoububu.

Barbarzyńca rozgonił rozpraszające go wspomnienia swojej sromotnej porażki i utkwił wzrok w centralnej części mapy, jakby oczekiwał, że przy odpowiedniej dozie skupienia, niezrozumiałych dla nikogo oprócz siebie pomruków i chrzęstu marszczonych brwi, uzyska odpowiedzi na dręczące go pytania. Bo właśnie tam, w samym środku starożytnego ozdobnego pergaminu pochodzącego jeszcze z czasów Starych Mądrych, rysował się gigantyczny płaskowyż osnuty wiecznym cieniem, w którym swoją mroczną siedzibę miał nieprzyjaciel. W samym jej czarnym sercu wznosiła się ponura wieża zwana Szkieletorem, a u jej stóp rozpościerał się kraj pełen śmierci i wynaturzeń – Czarne Mogiły. 

Królestwo Necromarchu z trzech stron otoczone było niemal nieprzekraczalnymi łańcuchami górskimi, ukoronowanymi łuną nigdy niegasnących wulkanicznych ognisk. Od północy chroniły ją Góry Taboretowe, zaś od zachodu i wschodu – Karkozłamy i Śmiecionosze. Natomiast od południa, wejścia do ów piekielnej krainy bronił bezkres pokrytej wieczną mgłą pustyni Bezmyślenickiej, gdzie Nekromanci wznieśli przez eony setki swoich groteskowych strażnic i zamków. Gregoroth już raz przebył tę drogę ze swoimi kompanami, ale wtedy było ich zaledwie trzech. Jakże miał, na Croma, przeprowadzić tamtędy całą zgromadzoną pod jego proporcami armię? To zadanie spędzało mu sen z jego kuloodpornych powiek. Wiedział, że nie chce ryzykować przejścia przez dolinę Czarnych Młynów, ani opuszczone tunele pod Przełęczą Imienia Lecha i Marii Kaczyńskich. Jeszcze raz spojrzał na mapę i rzucił przekleństwo tak plugawe i szpetne, że aż wino w jego kielichu zgorzkniało tak bardzo, że za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia zaczęło obwiniać innych.

Wyżej, na północ, gdzie szerokie połacie lądu pozostawały poza zasięgiem Ludów Południa leżały niezbadane krainy Cywilizancjum, skąd pochodziła księżniczka Princpolonella… a raczej “Nella”, jak ostatnimi laty kazała zwracać się do siebie. Cywilizowane królestwa mimo iż ogromne, nie zajmowały po prawdzie wielkiej części świata w porównaniu do ziem zamieszkałych przez Barbarzyńców. Nie mniej jednak żyło się tam lekko, a mieszkańcom tych krain doskwierały kompletnie inne trudy, niż problemy ludów pustyni. Do najpoważniejszych z nich należeli kupcy kładący resztę na ladzie zamiast na wyciągniętej do nich dłoni, budzenie się z drzemki kiedy za późno już na śniadanie, a za wcześnie jeszcze na obiad oraz naturalnie fakt, że chrupki i dip nigdy nie kończą się w tym samym momencie. 

Duży wpływ na ten stan rzeczy miało to, iż obywatele Imperium Cywilizancjum posiedli sekret obróbki cieplnej Bigosu – niemal magicznego nawozu, który sprawiał, że jałowa ziemia tego świata stawała się znów żyzna i płodna jak samica Karczownika Ziemnowodnego w czasie rui.

A jak wiadomo, kto kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat. 

Perła w koronie Północy – Libancjum, stolica Imperium, była najbardziej wysuniętym na zachód jego królestwem. To tam w sali z pomarańczowego kamienia, spoczywał na swym ebonitowym tronie Cesarz Ochlawian, ojciec Nelli, na którego pomoc w walce z Zesraelem liczył tak bardzo Gregoroth. I choć Walwryjka Żentyca, wieloletnia przyjaciółka i wojownicza służebnica księżniczki, zapewniała wodza Barbarzyńców, że gdy przyjdzie czas, zastępy wojowników z Północy zjawią się by wesprzeć w decydującym starciu ich wojska, obietnica tego wsparcia płowiała z każdym kolejnym dniem coraz bardziej niczym poranna mgła. Stawała się tak nierealna i ulotna jak wizja godnej emerytury dla prywaciarzy. 

Coraz częściej myślał więc Gregoroth o Libancjum jak o jakiejś wyśnionej, nierealnej krainie z cyklu umiarkowanie zabawnych opowiadań o dalekich i niemożliwych krainach. Czy mieszkańcy tamtych zieleniejących się ziem pamiętali w ogóle jeszcze o swojej księżniczce? Czy znaczyły coś dla nich lojalność i honor? Przecież to było tak dawno. Tak daleko. Tam przecież kończył się świat. Bo cóż było dalej? Tylko Wielki Ocean Zachodu i morskie siedziby hardych Wryjkingów i Walwryjek skute wieczną zmarzliną. 

Barbarzyńca znów pomyślał o Potopie, który zesłać miał na świat Zesrael. Dlaczego jeszcze tego nie zrobił? Co go powstrzymywało? Skoro mógł to zrobić i nie zależało mu już na tajemnicy Bigosu, na co, u Croma, on czekał? W jaką ohydną grę grał ten najnikczemniejszy z nikczemnych?

Gregoroth zwinął z uwagą mapę i ułożył ją u brzegu stołu. Choć jego cowieczorne wpatrywanie się w nią nie sprawiało, że spływało na niego olśnienie Starych Mądrych i plany bitewne nie tworzyły się w cudowny sposób same, wizerunek całego znanego mu kontynentu spoczywającego pod jego dłonią powodował, że czuł się dobrze. Nie dlatego, że jako Barbarzyńca w sposób naturalny zawsze pragnął rozbić w pył cały świat, widzieć jak ziemia kładzie się do jego stóp i zanosi się przy tym lamentem kobiet. Nie. Dlatego, że patrząc na kontury krain starannie utrwalonych na pergaminie uświadamiał sobie o jak wielką stawkę toczy się bój. 

Poza tym, wprost przepadał za ładnie wykonanymi rzeczami. Sądził nawet, że gdyby jakimś cudem udało się pokonać Nekromantów i wyczyn ten stałby się kanwą jednej z tych epickich powieści wydanych w twardej oprawie i z ilustracjami, taka właśnie mapa idealnie pasowałaby jako zwieńczenie ostatnich kart tej księgi.

– Tylko z tymi wydawcami się użerać… – Pokręcił głową Gregoroth i warknął pod nosem z obrzydzeniem – Nawet na moje nerwy to za dużo.

Drzwi otworzyły się z metalowym chrzęstem i do sali wpadły ostatnie wieczorne promienie martwego słońca. Na ich tle Gregoroth rozpoznał pokraczną sylwetkę, która pospiesznie wtargnęła do wewnątrz i zatrzasnęła za sobą ciężkie rzeźbione wrota. Przytłaczające swoją wielkością wnętrze budynku, który kiedyś Starzy Mądrzy nazywali “Kościołem” znów oświetlało tylko rozedrgane światło wielu dopalających się świec. Obraz ten podyktować musiał w jakiś niewyjaśniony sposób przybyszowi coś na wzór pokory czy wręcz bojaźni bo ten zwolnił krok i sunął teraz po chłodnej posadzce z widocznie mniejszym pośpiechem niż gdy wstępował w jego progi. Pomyśleć, że miejsce to, w którym ongi odprawiano pełne nadziei pobożne modły, dziś stało się kwaterą, gdzie przyszło opracowywać Gregorothowi plany wojenne. Była to jego osobista świątynia zemsty. “Gdy proszono tutaj o pokój, bóg Starych Mądrych nie słuchał ich. Pozostawał też głuchy gdy tamten dawny świat się kończył. Być może posłucha gdy usłyszy żądanie wojny i krwi?” – Gregoroth uśmiechnął się sam do siebie i zapomniał na chwilę, o przybyszu. Starzec zdążył już dotrzeć do podwyższenia w nawie, w której Gregoroth kazał ustawić palenisko i ogrzewał teraz drżące z zimna wątłe kończyny.

– Co powiedział Grzyb z kabiny prysznicowej, Pustelniku? – Zapytał bezceremonialnie i ostro. Na powrót przyzwyczajał się do używania tego tonu. Tonu przywódcy.

Starzec odwrócił się do swojego wodza i pokręcił głową mamrocząc coś chyba jedynie do siebie. Spod jego kaptura, który chronił go przed burzami pyłowymi wystawał zaledwie tylko czubek nosa i ciężko było go zrozumieć.

– Pustelniku! – Ryknął Gregoroth, którego cierpliwość kończyła się ostatnimi czasy wyjątkowo szybko –  Co powiedział Grzyb! Mów co rychlej!

Złapał kaptur pustelnika i zerwał go z jego głowy, odsłaniając wystraszoną brodatą twarz ukrytą za okularami tak brudnymi, że raczej na pewno były wyłącznie symbolem statusu plemiennego.

– Przemówił! Przecież mówię, że przemówił! – Wymamrotał pospiesznie starzec. – Powiedział, że… Niech no ja sobie tylko przypomnę, taki jestem…

Tutaj przerwał, bo spostrzegł, że na pobliskim stole, gdzie przedtem Wódz studiował mapę świata ustawiono misę z kromkami czarnego chleba i kielich wina, którego tamten nawet nie raczył tknąć. Jego oczy zapłonęły zza zakurzonych szkieł i Pustelnik już miał pognać w kierunku strawy jak wygłodniały pies, ale przypomniał sobie, że nawet jemu nie wypada takie zachowanie w obliczu Wodza Barbarzyńców. Rzucił więc pytające spojrzenie mniej więcej w kierunku, w którym szacował, że znajduje się twarz Gregorotha i wyczekiwał błagalnie przestępując z nogi na nogę. Nie obyło się również bez wystudiowanego teatralnego jęku żałości.

– Jedz, mordo. – Rzucił Gregoroth i wykonał dłonią gest obojętności. – Widocznie wiadomość od Grzyba może poczekać.

Starzec rzucił się na jedzenie jak wystrzelony z bieńczyckiej katapulty oblężniczej. Musiał nie jeść nic od długiego czasu, pomyślał Gregoroth. Zasoby armii zaczynały się kończyć szybciej niż to wstępnie wyliczył. Pustelnik wepchnął w gardło kilka kromek naraz i chwycił pucharek z winem. Wziął łyk, skrzywił się okrutnie, później zawahał się, wzruszył ramionami i w końcu wypił do dna. Pić też nie pił dawno, widocznie. 

– Wina w koszarach już nie dają? – Zapytał Gregoroth. Wiedział, że kiedy wszyscy zgromadzeni w obozie wojowie zaczną trzeźwieć, pojawią się niewygodne pytania o to jaki jest właściwie plan oblężenia Szkieletora. A szczegółów tegoż planu było obecnie jeszcze mniej niż obozowej strawy i wina. Była to sytuacja o tyle niebezpieczna, iż jedynym co obecnie spajało ze sobą tę menażerię różnych ras i nacji, był wątły pakt o nieagresji wypracowany właśnie na kamieniu węgielnym wspólnej libacji. Gdyby skończył się alkohol, losy Sojuszu mogłyby stanąć pod znakiem zapytania.

– Ano, nie dają już  – Powiedział Starzec i beknął, a beknięcie jego wypełniło aż po sklepienia pomieszczenie czymś zupełnie innym niż niebiański splendor. – Herszt Chobołdów z Gminy Boboń, Maślany Gorgo, wysłał nawet jeden swój oddział harcowników z misją, żeby szukali jakiegoś monopolowego w przełęczy i go złupili, ale nikt z nich nie wrócił. Natknęli się na oddział nekromanckich Kościotrooperów a ci zrobili im z dup jesień postapokalipsy.

– Na Croma! – Gregoroth zacisnął w gniewie swoją jedyną pięść – Przeklęte Chobołdy! Nikt ze mną tego nie uzgadniał! Już ja się kurwa policzę z tymi…

Wtem drzwi znów otworzyły się z hukiem i do sali wpadła ogromna smagła postać przypominająca potwornego górskiego giganta, a zaraz za nią, próbując ją chyba desperacko powstrzymać, inna, tym razem kobieca. Wskoczyła olbrzymowi na plecy, uczepiłą się silnymi nogami i okładała go pięściami co sił. Ten jednak nie zwracał na nią kompletnie uwagi, zupełnie jakby była zaledwie insektem na jego grubej niczym kamień skórze. Kiedy jednak w końcu odkrył, że niesie na swoim cielsku natrętną gapowiczkę, pochwycił kobietę i wgniótł ją w podłogę jednym ruchem. Dopiero teraz kiedy jęknęła z bólu i zaklęła po walwryjsku, Gregoroth rozpoznał w niej Żentycę.

– O wilkorożcu mowa. – Pustelnik wskazał na olbrzyma, napchał w usta resztę kromek z misy i wlazł pod stół.

– A ty co, do cholery? – Zdumiał się, Gregoroth. – Odbiło ci? To tylko jeden rozwścieczony Chobołd. Jeszcze w dodatku na okrutnym kacu. Aż tutaj czuć.

– Ano, chodzi o to, że mam tutaj jeszcze trochę chlebka do przeżucia, drogi panie, a nie trzeba być plemiennym mędrcem, żeby dojrzeć, że kroi się mordobicie. – Wymamrotał Pustelnik plując kaskadami okruchów. – Absolutnie nie zwracajcie na mnie uwagi. Udawajcie wręcz, że mnie tu nie ma. Dosłownie. Błagam.

I wczołgał się głębiej pod stół.

– Gregoroth! Mīru oka koḍuku! – Olbrzym rozłożył w gniewie swoje gigantyczne łapy tak, że ledwie mieścił się w głównej nawie i ryknął na całe gardło, aż cała budowla zadrżała w posadach. – Nā raitulu ēḍu! Ja siedmiu najlepszych chłopa stracił!

Gigant uniósł starą drewnianą ławę w swoje obłe ramiona i rozłupał ją na dwie części tradycyjnym bobońskim uderzeniem “z twarzy”. Tak rozbite na pół siedzisko cisnął w kierunku wodza Barbarzyńców. Szczątki runęły zaraz obok Gregorotha. Jeśli ten nie schyliłby się w odpowiednim momencie z pewnością zmiotłyby go z nóg i przygniotły pod swoim ciężarem.

– I ty masz pretensje do mnie, ty boboński chuju?! – Krzyknął Gregoroth – Tylko zdurniały Chobołd szuka monopola na ziemi opanowanej przez siły Nekromantów! Poza tym koniec świata był durniu! Całodobowe też pozamykane!

Maślany odpowiedział tylko dzikim zwierzęcym wrzaskiem. Jego oczy zapłonęły szaleństwem i Gregoroth już wiedział, że w jego prostym umyśle zapanowała kompletna pustka, którą w mig wypełniła wściekłość. Chobołd naparł naprzód niczym wielki wykolejony moralnie pociąg, a gdy dobiegł do Wodza Barbarzyńców nie było już możliwości by go zatrzymać – Pochwycił swoimi grubymi paluchami Gregorotha i miotał nim jak szmacianą lalką, tłukąc nim po ścianach wyjąc przy tym jak wściekły goryl śnieżny z silnym zapaleniem zwieraczy odbytu, któremu ktoś zasadził kopa. W końcu uderzył swoim przywódcą o ziemię, pochylił się na nad nim nie przestawając ryczeć, aż w końcu zbliżył swoją wielką płaską mordę na taką odległość, że mógł swobodnie odgryźć Barbarzyńcy głowę. Spontanicznie postanowił, że skorzysta z tej sposobności. Jak to Chobołd bowiem, nie lubił mitrężyć i trwonić czasu na mrzonki o misternym planowaniu.

– Mī mukhaṁ nādi! Twoja morda mieści się w mojej! Giń!

Już miał zacisnąć szczękę, kiedy w ostatnim momencie Gregoroth otrząsnął się z oszołomienia.

– Zaraz zmieści się tam coś innego, głąbie… – Wychrypiał.

Błyskawicznym ruchem wyciągnął zza pasa sztylet i szybko wbił go gigantowi w podniebienie, wrażając rękę w pysk bestii aż po sam łokieć. Przez chwilę martwił się, że straci i drugą dłoń, ale na szczęście Maślany Gorgo wyprostował się jak długi i wył w niebogłosy, próbując wyciągnąć ostrze z krwawiących ust. Niestety jego gigantyczne, masywne jak dwa kafary pięści nie mieściły się w wąskiej cieśninie w fasadzie zębów. Gregoroth wstał z ziemi i uśmiechnął się szpetnie.

– Wyciągnę go, jeśli obiecasz mi, że się uspokoisz. – Zaoferował.

– Prohę! Yjmij go! Tak baydzo e boji! – Jęczał olbrzym.

– A będziesz grzeczny i będziesz słuchał kurwa rozkazów? – Upewnił się Gregoroth i zbliżył się do Chobołda ostrożnie, z wyciągniętą jedyną dłonią jak szwoleżer uspokajający ogarniętą paniką bestię.

– Ak! – Obiecał Chobołd ze łzami szczerej i dozgonnej lojalności w małych czarnych ślepkach. – Nie moę o sam wyjąć bo mam a małą buzię!

– I zrobisz co ci każę?

– Zoę co esz, tyko go yjmij!

– Przepraszam, czy my w czymś przeszkadzamy?

Gregoroth odwrócił się gwałtownie i spojrzał na tłum obcych wojowników, którzy wypełniali teraz katedrę aż po nawy boczne. Poczuł jak nieprzyjemne ciepło zażenowania wdziera się na jego lico, bo trzymał właśnie rękę aż po łokieć w przepastnej gębie śliniącego się olbrzyma. Ostatni raz przyłapano go na czymś bardzo podobnym lata temu, w zamtuzie “Pod Rdzawą Renatą”. Ale to przecież było lato miłości 2004…

Wyszarpnął sztylet pośpiesznym ruchem, któremu daleko było do chirurgicznej zręczności. Gorgo gruchnął na kolana i począł wyć jeszcze głośniej, niczym ofiara sadystycznego Masarza z Blaviken. 

– Jeśli w czymś przeszkadzamy, możemy wrócić później kiedy już skończysz, panie. – Odezwał się stojący na czele gromady jasnowłosy wojownik o dorodnych, zaplecionych w warkocze wąsach.

– Już skończyłem. To znaczy… nic takiego nie…. – Ukrywał bezskutecznie zmieszanie Gregoroth – Kim jesteście? Co tutaj robicie?

– Gregorocie, wodzu Barbarzyńców, przybywamy w pokoju. – Z namaszczeniem oświadczył mężczyzna – Chcemy przyłączyć się do walki przeciwko siłom Zesraela. Ja nazywam się Namaxawix. A to moi wierni wojowie.

– Namaxawix? Król Namaxawix?- Skonsternował się Gregoroth. – Czyli jesteście…?

– Tak. – Przytaknął z dumą wojownik – To my. Technogalowie. Cieszy mnie to, że słyszałeś o nas, wodzu Barbarzyńców.

Istotnie, Gregoroth słyszał nie jedno o dzielnych i bitnych Technogalach z dalekiego wschodu. Lud ten słynął z prawdziwie imponującego zamiłowania do walki, które przewyższało chyba tylko ich upodobanie do mistycznych i mrocznych całonocnych rytualnych imprez, podczas których Techno-guślarze i inni ludowi artyści wykonywali muzykę elektroniczną, a stoły uginały się od kopców mefedrolandryn.

– Oczywiście, że słyszałem… – Uśmiechnął się Gregoroth starając się o serdeczny wyraz twarzy – To wielki zaszczyt, królu Namaxawixie.

– Wybacz to najście podczas… – Namaxawix wskazał na olbrzymiego Chobołda, który siedział teraz w kucki pod ścianą i kiwał się żałośnie starając ukryć się we własnych objęciach. Obok niego stał Pustelnik i  gładził czule jego masywny zapłakany łeb.

– To nic. I wybaczcie, właściwie to moja kapitan powinna was zapowiedzieć… – Gregoroth rozglądnął się nerwowo po sali w poszukiwaniu Żentycy.

– Mówisz panie, o tej Walwryjce wgniecionej w posadzkę? – Namaxawix wskazał na podnoszącą się teraz z ziemi, obolałą wojowniczkę. Pośród drużyny Technogalów, tam i ówdzie, słychać było cichy rechot.

– No cóż… – Wzruszył ramionami Gregoroth, podszedł do stołu i nalał sobie wina. Potem ciężko usiadł i wzniósł kielich w kierunku przywódcy przybyszy. – Wiem. Nie wygląda to najlepiej. Moglibyśmy kilka rzeczy usprawnić, zwłaszcza organizacyjnie, ale niech tam. Za pierwsze wrażenie!

Wychylił kielich i rzucił nim o podłogę. Trunek rzeczywiście był paskudny.

– Nie przejmuj się Gregorocie. Tak legendarny wojownk jak ty nie musi przejmować się trywializmami. Słyszałem wystarczającą ilość pieśni o twojej waleczności, żeby wiedzieć, iż nie przybyliśmy tutaj na darmo. – Uśmiechnął się Namaxawix i podniósł z ziemi kielich, który zrządzeniem losu wprost z dłoni wodza Barbarzyńców potoczył się aż pod jego stopy. Skinął władczym ruchem na stojącego za nim sługę, a ten pospiesznie wyciągnął spod płaszcza bukłak i przekazał go swojemu panu. Mężczyzna odkręcił naczynie i wlał do kielicha wonny brunatny płyn. Potem podszedł do Gregorotha i wręczył mu na powrót napełniony puchar.

– Wierzę, że rychle staniemy się przyjaciółmi. – Zapewnił Technogal i dodał – Mordo.

Zdumiony Gregoroth przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Jego serce przepełnił nagle jakiś dziwny spokój. Ujął w dłoń podarek od swojego nowego sojusznika i zanurzył w nim usta. Obce wino rozlało się rozkosznie po jego gardle. Smakowało jak jeden z najpowabniejszych trunków jakich kiedykolwiek smakował. Bez trudu rozpoznał rocznik. Był to wtorek. Być może nawet pochodzi z półki wyższej niż najniższa – pomyślał.

– Byłbym wtedy rad, Technogalu Namaxawixie – Zaśmiał się gromko Gregoroth – Zwłaszcza jeśli przynosicie ze sobą więcej tego napoju! Moi ludzie trzeźwieją!

Oboje wybuchnęli serdecznym śmiechem, lecz po niedługim momencie wymianę życzliwości nagle przerwał przeszywający odgłos bojowego rogu, który grzmiał gdzieś w oddali tak przenikliwie, że zarówno Gregoroth jak i Namaxawix spoważnieli w mgnieniu oka. Obaj wojownicy natychmiast zaczęli nasłuchiwać dźwięku jak myśliwskie charty, które usłyszały zbliżającą się zwierzynę. Barbarzyńca spojrzał na swoją kapitan, która stała teraz już w pełnej gotowości i wyczekiwała rozkazów. 

Żentyca pomimo całej swojej Walwryjskiej buńczuczności była dobrym żołnierzem i spisywała się jako najbliższe Gregorothowi ogniwo w łańcuchu dowodzenia. Choć z natury była nonkonformistką, miała ogromne poczucie obowiązku wobec armii i swojego przywódcy. Zdumiewało to Gregorotha, bo wiedział, jakie Walwryjka podejście ma do patriarchatu i mężczyzn w ogóle, ale rozumiał, że w obliczu zbliżającej się wojennej zawieruchy gotowa była na kompromisy. Z trudem i wbrew sobie, ale była. Pozostawiła sobie tylko mały azyl, wentyl bezpieczeństwa. Zaraz po przyjęciu rozkazów, czasami szeptała cicho pod nosem jakieś zbitki walryjskich przekleństw, albo po prostu pojedyncze słowa typu “cipa tam”. Mała anarchia, niewielkie acz znaczące dla niej weto. Gregoroth przymykał na to oko. Wiedział, że słówka te nie są właściwie adresowane do niego,  ale do jakiegoś wyabstrahowanego męskiego ogółu. Był to jej mały prywatny bunt wobec stanu rzeczy w armii Barbarzyńców, dzięki któremu wciąż pozostawała przy zdrowych zmysłach. I wciąż zachowywała tak ważną przecież dla Walwryjki godność. Godność, na którą tak często nie ma miejsca podczas krwawej wojny na wyczerpanie.

– Żentyco, ze mną. – Rozkazał Gregoroth i ruszył pospiesznie w kierunku wyjścia z katedry. Walwryjka kiwnęła głową, szepnęła prawie bezdźwięcznie słowo “dupa” i żywo dogoniła Barbarzyńcę. Władca Technogalów zareagował błyskawicznie i pozostawiając swoich wiernych wojowników samych sobie, również dołączył do nich.

– Znasz ten róg? – Zapytał Gregorotha doganiając go – Wiesz kto to?

– Wiem. – Przytaknął Gregoroth i wyszczerzył zęby – Jeszcze więcej przyjaciół, Namaxawixie. Dziś zdobędziesz ich kilku.

Zdumiony obrotem zdarzeń Technogal uniósł brwi i bez słowa wyszedł na zewnątrz dotrzymując kroku wodzowi i jego pani kapitan. Sądził, że to on będzie dzisiaj największą niespodzianką dla Gregorotha Barbarzyńcy, jednak los wojownika jeszcze raz pokazał, że lubi przynosić zaskoczenie. Nie mógł powstrzymać się od gestu zacierania rąk z nagłego podniecenia, które ogarniało go na myśl o enigmatycznej odpowiedzi Gregorotha. Uwielbiał poznawać nowych przyjaciół. Zwłaszcza kiedy był pod wpływem mefedrolandryn i kiedy ci nowi przyszli przyjaciele lubowali się bojach i rzezi przynajmniej w jednej setnej tak samo jak on. Poza tym po prostu miał ochotę dotykać obcych.

Z tej strony budynku będącego sztabem dowodzenia lepiej było widać jałową równinę, która wszędzie gdzie tylko było to możliwe roiła się od mieszanki barbarzyńskich narodów. Całe to wielkie zgromadzenie, być może nawet największe w postapokaliptycznej historii świata, tonęło teraz w mroku chłodnej pustynnej nocy. Tylko gdzieniegdzie rozpalono błyszczące latarnie i ogniska. Wartownicy przechadzali się po wyznaczonych im trasach otuleni w grube zwierzęce futra, które ledwie radziły sobie z tutejszymi temperaturami, po zmroku spadającymi na łeb na szyję. Zgromadzeni pod różnobarwnymi sztandarami, w wielką wielotysięczną armię, w większości wypoczywali teraz odchorowywując całodzienną pijatykę w rzędach namiotów i szałasów, pośród stosów broni, pęków włóczni zetkniętych w ziemię i ustawionych na sztorc niczym jakiś niegościnny las. Inni zaś cisnęli się na skraju biegnącej od stóp katedry drogi, pozdrawiając swojego władcę podniesionymi w górę czarami wina. Niektórzy z wojowników, co bardziej zaaferowani i trzeźwiejsi, parli też na zachodnią część doliny, skąd usłyszeli nieznane im dotąd dźwięki egzotycznych bojowych rogów.

– Myślisz, że to oni? – Zapytała Gregorotha Żentyca.

– Oby tak. Najwyższy czas. –  Odparł Barbarzyńca, a w głosie jego słychać było wielkie wyczekiwanie i resztki cierpliwości wystawionej na próbę kilku ostatnich długich tygodni.

– O kim wy mówicie? Kto jedzie? – Nie posiadał się z niecierpliwości przywódca Technogalów.

– To Weganie! – Poczęli krzyczeć nagle zgromadzeni w dolinie wojownicy i zapanowała wielka wrzawa wiwatów i radosnych obwieszczeń o tym, że bojowe plemię Wegan dotrzymało danej obietnicy i przybyło na wezwanie Sojuszu.

Gregoroth uśmiechnął się jeszcze szpetnej niż zwykle. Spojrzał na Żentycę i zobaczyła ona, że jego wzrok stał się teraz jasny i bystry jak kiedyś. Jakby wstąpiła w poturbowanego przez niefortunne wypadki Barbarzyńcę zupełnie nowa siła i energia. Zdecydowanie widok ten dodał jej otuchy i najzwyczajniej… ucieszył ją. Być może w oczach wodza zaczynała tlić się nadzieja? A może po prostu wzrastało przed nimi właśnie wyobrażenie największej jatki w historii?

– Niech mnie! – Złapał się za głowę Namaxawix i pociągnął nerwowo nosem – To naprawdę Weganie! I mają ze sobą sojowe golemy! I mchowego mecha! Jak udało się wam ich tutaj kurwa ściągnąć?! Nawet do nas na Zielone Świątki Hardstajlu nie przyjeżdżają!

– To długa historia, przyjacielu, kiedyś jeden z nich ugryzł mnie w dupę i potem zrozumiałem, że bycie człowiekiem to przede wszystkim… – Zaczął wyjaśniać Gregroth kiedy nagle zza jego pleców wyskoczył Pustelnik i odciągnął go na stronę. Wódz Barbarzyńców nie ukrywał poirytowania i gotów był zdzielić Starca przez jego kudłaty łeb, ale ten pospiesznie rzucił:

– O tym właśnie mówił Grzyb! Już pamiętam!

– O czym, na Croma! – Syknął przez zaciśnięte zęby Gregoroth i odwrócił się pospiesznie by przelotnym kurtuazyjnym uśmiechem zapewnić Namaxawixa, że już zaraz dokończy mu opowieść o śladach wegańskich zębów na pośladku. – Nie widzisz stary pierdolcu, że rozmawiam?

– Grzyb z kabiny prysznicowej przysłał mnie do ciebie z przestrogą! On się nigdy nie myli! – Gorączkowo trajkotał mędrzec. – Fałszywy sojusznik już wdziera się do twojego obozu, panie!

Twarz Gregorotha zbladła i nabrała marsowej powagi.

– Twierdzisz więc starcze, że… – Wycedził powoli i z trwogą.

– Zostaniesz zdradzony, Gregorocie Barbarzyńco! – Odpowiedział Pustelnik. – I prawdopodobnie na końcu umrzesz!

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz