Tom Czternasty

Barbarzyńca zręcznie ujął kard w miejscu, gdzie jego długi prosty kształt zmieniał się w kolczastą głownię przypominającą przerośnięty polny oset jeżący się setkami lśniących szpil. Ostrożnie obracał go w swojej masywnej dłoni studiując jego niebezpieczne piękno w świetle paleniska, nad którym zawieszony był żeliwny kocioł. “Niektóre z nich ostrzejsze są niż nasze miecze” – pomyślał z ironią. “Nic dziwnego, że większość tak się wzbrania przed ich powszechnym stosowaniem”. Wiedział, że musi być ostrożny, bo ten kto sięgał po kard lekceważąc tę z pozoru trywialną kolczastą pałkę i robił to bez odpowiedniej wprawy, mógł narazić się na nieprzyjemne konsekwencje spowodowane zawartą w nim trucizną. Kard, który choć w istocie przypominał barbarzyńską broń, poza uzbrojeniem niewiele z nią łączyło. Ot kilka szpiczastych końców, sterczących niczym gwoździe i gruba rózga wysuszona na słońcu. Były też oczywiście leżące w jego naturze prostota i zabójczość. Właśnie to w kardach w jakiś szczególny sposób podobało się Barbarzyńcy. Baranorh niewiele rzeczy doceniał bardziej na tym świecie. Może poza dobrze przyprawionym gulaszem z susła stepowego i odpowiednią pieśnią, przy której można było zwilżyć się kurdwanowskim porterem. 

Zwilżyć się nim… do suchej nitki.

Ale Baranorh, choć nie zwykł tego przyznawać kochał też piękno jako takie. Ale kochał jak to Barbarzyńca. Z zaskoczenia. Często samotrzeć. I skrycie. Tak skrycie, że nie oczekiwał by go otaczało w jego ponurej brutalnej codzienności. Właściwie podświadomie zwykł wszelkim staraniem odpychać je od siebie by nie przeszło przypadkiem zapachem rozlanej krwi i pogorzeliskiem. Nie chciał by spowszedniało, a w efekcie stało się płowe i marne jak wszystko inne na jałowych ziemiach Południa. Ale gdyby to co powabne i cudne było zarówno tak piękne co i zabójcze… Takie zjawisko mógłby przy sobie zostawić – pomyślał. Gdyby wiedział, że to coś czego nie potrafił nazwać wytrzymalsze jest niż ten ostowy kard, który choć groźny i urzekający swoją urodą, po oczyszczeniu z drobnych kolców i chwili w kotle stawał się pachnącą potrawą, zatrzymałby to piękno przy sobie na dłużej. To coś ulotnego, choć tak potężnego, stałoby się czymś więcej niż tym czym staje się niedostępny kwiat, który w najlepszym wariancie swojego istnienia służy w końcu za sałatkę czy surówkę. To coś stałoby się świętością. 

“Świętością…” – zadumał się Baranorh i powtórzył kilka razy w głowie, jakby odkrywając to słowo na nowo. Ochronie tego czegoś, zechciałby ofiarować swoje chaotyczne, pełne gniewu i szaleństwa życie. Nawet jeśli spowodowałoby to w końcu, że przez tę jedną decyzję właśnie, raz na zawsze musiałby opuścić swoją Barbarzyńską brać. Ta zapewne potępiłaby go. Świętości bowiem, dobre są dla przeciętnego Barbarzyńcy wtedy kiedy w zwolnionym tempie spadają podczas plądrowania z ołtarzy na kościelną podłogę.

Nawet bliski mu Gregoroth nie byłby pewnie w stanie w pełni zrozumieć Baranorha i rodzącej się w nim nowej potrzeby. Potrzeby powsztrzymania się przed rozpierdoleniem kompletnie wszystkiego. Potrzeby przyglądania się czemuś nie tylko po to by ocenić słabości tej rzeczy. Rzeczy prawdziwie piękne pozwalają nam badać tylko i wyłącznie swoją siłę. Wszystko inne ukryte jest przed nami. Piękno jest siłą. Właśnie dlatego topi wszystko co słabe – pomyślał Baranorh Rudomordy i wrzucił do kotła garść oporządzonych z włókien i kolców łodyg kardu, zwanego też w Imperium “karczochem ostowym”.

Za jego plecami znowu rozległ się krzyk. A może to był jednak śpiew? Ogarnęła go nieoczekiwana błogość. Łagodna pieśń, do wtóru, której zawirował cały świat przepełniła go na wskroś. Oglądał teraz jak zawieszone w powietrzu pyły pustyni wdzierają się przez kuchenne okno i krążą po pomieszczeniu tworząc małe jaśniejące karuzele rozmaitości. Kierowały się one jakąś własną wewnętrzną busolą, która nakazywała im łączyć się ze sobą w jedno ciało, by potem dzielić się na wzór świetlistej eksplozji. Każda cząstka była zaś tak żywa, że Baranorh uświadomił sobie jak bogate jest otaczające go istnienie. Cóż, żyję teraz w absolutnej harmonii ze wszechświatem, pomyślał i… 

– Na sczerniałe kości czarnoksiężnika…- burknął pod nosem –  Cóż ja pierdolę?

Zdumiał się na moment, zważywszy na to z czego właśnie zdał sobie sprawę. Wewnętrzny monolog kurwa? Co go tak wzięło na rozmyślania? Czyżby jednak nie zachował ostrożności i ukłuł się toksyczną rośliną?

– No tak! Jestem naćpany! – Uświadomił sobie – Naćpany toksyną karczocha ostowego! Muszę się jej natychmiast pozbyć z mojego organizmu!

Być może dlatego właśnie ta nowa i wzrastająca niesfornie prędko refleksja, która szturmem przejmowałą jego umysł była powodem, dla którego Barbarzyńca próbował od kilku chwil ze wszystkich sił ignorować nerwowo drepczącą po kamiennej posadzce Nellę i z trudem skupić się na powierzonym mu zadaniu przygotowania wieczornej uczty. Nie miał w zwyczaju bicia kobiet bo był dosyć lewicowy jak na Barbarzyńcę, ale pomyślał, że mógłby chociaż czule rzucić w jej pięknie zafrasowaną głowę czymś odpowiednio ciężkim. Sen zdecydowanie by się jej przydał. Zwłaszcza, że…  Nie. O co tutaj się złościć? Gdyby nie nosiła pod sercem jego własnego dziecka. Może. Ale nie. W takich momentach zaczynał rozumieć niewygody, trudne wybory i wyrzeczenia ojcostwa. Znacznie wcześniej niż to obliczył. A znał większość cyfr z brzuszkami. Toksyna. Trzeba usunąć toksynę. Wyssać. 

Ach, co za kobieta, pomyślał. Była kimś, o kogo chciał się zatroszczyć, upewnić się, że nie spadnie jej włos z głowy w tej rozszalałej zawierusze zwanej życiem. Jakże czuła była, jakże miękka. Jakże pulsująca. Jakże nieporadnie próbowała go właśnie bić po twarzy. Toksyna! Przetarł obolałą facjatę dłonią i odezwał się w końcu pierwszy raz od jakiejś godziny. Nawet nie łudził się, że wstrzeli się w temat konwersacji, w której trwał z księżniczką od wczesnego popołudnia. Musiał się ratować.

– Nella, posłuchaj. – Rzucił przez zaciśnięte bez powodu zęby. – Musisz mi… wyssać toksynę.

– Człowieku, popatrz na mnie. – Wskazała na swój brzuch wkraczający w fazę pełni. – “Wyssać toksynę”. Kurwa no Leśmian.

Nella, kiedy wydało jej się, że znów skupiła na sobie choć trochę uwagi Baranorha, wróciła do wygłaszania w oburzeniu swojej tyrady na temat organizacji Sojuszu. Nie podobało jej się, że przywództwo mitręży na paktowaniu podczas uczt zamiast po prostu działać. Krążyła po obozowej kuchni rozsierdzona jak podgórski bies. Pomimo jej stanu, który zdradzał być może ósmy czy dziewiąty miesiąc ciąży, wciąż pozostawała niezwykle sprawna i żwawa. Zwłaszcza kiedy napędzała ją jej własna buta, która dla każdej księżniczki była motorem większości działań jakich się podejmowała. Ciągle była żywo zaangażowana w działania militarne Sojuszu i planowanie strategii, choć zarówno Gregoroth jak i Baranorh starali się po wielokroć ją od tego odwieść. Momentami ich próby przyjmowały wręcz wymiar nader sugestywny, choć nie kulturowo niekonwencjonalny. Była przecież w ciąży. – Zamykano ją więc w wieży, czy oddawano pod tymczasową opiekę zaprzyjaźnionym smokom albo wędrownym szarlatanom. Nie było jednak mocnych na księżniczkę Princpolonellę i jej upór, aż w końcu w całym Sojuszu zabrakło chętnych do pełnienia nad nią pieczy. W efekcie wylądowała w końcu w kuchni wraz z Baranorhem Rudomordym. Złośliwi mówili wtedy, że być może oto właśnie wypełniło się jej przeznaczenie. Nie trzeba dodawać, że wkurwiało ją to do ostateczności.

– Przegramy to! Przegramy z Zesraelem bo wy wolicie popijać pieprzone Technogalijskie wino i pierdolić o głupotach, zamiast trąbić na atak! Mało macie armii łamagi? Z sześć czy siedem teraz już!

– No… Chyba z osiem w sumie teraz już… – Zamyślił się Baranorh i próbował przeliczyć siły Sojuszu na palcach. Swoich pięknych, nieskończenie złożonych palcach zwijających się w bezkresne fraktale jego własnej dłoni… Toksyna! – Osz, kurwa. Nella, posłuchaj… Musisz mi…

– Nic nie muszę! Byłam księżniczką do chuja! – Wrzasnęła – Dość mam waszego uspokajania mnie, niemoty! Że też zgodziłam się na ten wasz pierdolony egalitaryzm, wy patusy… Wiosny ludów mi się zachciało, jasna cholera. Czerwonomordej chołoty…

– Nella! – Przerwał jej stanowczo Baranorh. Nella zamilkła. Barbarzyńca naparł na nią ciałem. Czyżby właśnie takiej stanowczości brakowało teraz w jej życiu? Dawnej Barbarzyńskiej zaciętości sprzed porażki w siedzibie Zesraela? Była jeszcze nadzieja.

Baranorh podszedł do niej jeszcze bliżej i złapał ją za ramię. Chwyt był mocny. – Nella! Powiedz mi… czy ja robię teraz siku?

Nella przewróciła oczami, jęknęła bezgłośnie i usiadła na kuchennej ławie. 

Bezradnie rozłożyła ręce.

Wtem do komnaty wszedł Wódz Barbarzyńców. Gregoroth chwiał się z lekka na nogach, ale widać było, że wzrok ma jeszcze na tyle przytomny, że jest w stanie prowadzić dalsze rozmowy. Na przykład takie:

– No i kurwa, co? Hm? – Beknął – Będzie to żarło, czy nie? Goście już drugą flaszkę kończą. Ile mamy czekać jeszcze?

– Zrobiłem siku. – Przytaknął Baranorh i cichutko zaszlochał. – Toksyna. Wyssać!

– Okej. – Burknął Gregoroth i wytargał z suto zaopatrzonej przez Technogalów piwniczki jeszcze jedną butelkę – To poczekamy jeszcze jedną.

Wychodząc trzasnął drzwiami i rzygnął na całe gardło.

– No tak. – Westchnęła Princpolonella – Niech żyje bal, kurwa.

Uczta rzeczywiście trwała w najlepsze.

W ozdobionej trofeami z dawnych wojen wielkiej owalnej sali zasiedli reprezentanci nacji, które miały niebawem brać udział w największej bitwie jaką znał ten postapokaliptyczny świat. Ogromny stół przy, którym zasiedli zastawiony był bezcennym szkłem, skradzionym podczas najazdów na Królestwa Zachodu, jeszcze za dynastii Wpierdolemeuszy. Służba zaś, składała się wyłącznie z ludzi o bardzo niskim poczuciu wartości, którzy przez problemy tożsamościowe dobrowolnie oddali się w niewolę w ramach terapii. Naturalnie byli też wykastrowani i natarci kremem nivea. Znalazło się też miejsce dla kilku grajków, którzy umilali gościom libację grając sprawdzone szlagiery takie jak: “Chodź, pomaluj mój świat krwią swoich wrogów”, “Dziwny jest ten pustynny świat”, “Wszystko mi mówi, że mnie ktoś splądrował” oraz “Nie płacz Ewka, już kończę”.

U szczytu stołu, na wysokim tronie wykutym ze stali zasiadał sam Gregoroth, Wódz Barbarzyńców, zaś obok niego na odpowiednio dziadowskim taborecie, służący mu radą i liczący na darmową wyżerkę Pustelnik. Zaraz przy nim, Król Namaxawix, który ostatnimi czasy zaskarbił sobie wielką sympatię Gregortha, czego ten nie ukrywał i odwzajemniał życzliwość, licząc na to, że rozsławieni Technogalowie w znaczny sposób wspomogą siły Sojuszu. Królowi towarzyszył jego wypity już nieco druid z zakonu Dziaduitów, sędziwy Wiadomix Beżowy. Zaproszeni zostali też na ucztę liczni książęta i generałowie z księstw Czyżynheimu i Wpierdolburgu, a nawet Maślany Gorgo z Gminy Boboń, który w ostatnim momencie zdołał przebłagać Gregorotha za swoją niesubordynację koszulką z napisem “Wolę dobrze zjeść niż podobać się byle komu” w iście królewskim rozmiarze. Pośród nich, aby książęta nie czuli, że zostali potraktowani po macoszemu usadzono kapitan Żentycę, która przez to poczuła się potraktowana nawet gorzej.

Choć uczta wydana została w zamyśle na cześć całej tej walecznej menażerii, wiadomym było, że głównymi gośćmi byli jednak nowo przybyli do obozu, potężni Weganie. Kto łudził się, że było inaczej, cień wątpliwości tracił po spojrzeniu w kartę planowanych dań. Posiłki, jakie na dziś przewidział mistrz Baranorh Rudomordy nie były tylko zwykłymi potrawami, z których służba przed podaniem na szybko wyjadała mięso, ale przygotowanymi specjalnie na tę okazję wyszukanymi specjałami z pogranicza kuchni wegańskiej i kanibalistycznej. Dosyć mocną sugestią pozycji Wegan w dzisiejszej naradzie było również to, że Gregoroth postanowił zaproponować miejsce na przeciwko siebie, u drugiego krańca stołu, właśnie władcy Wegan – Sincarnusowi Nieprzeciętnemu.

Wielu z zasiadających do stołu Południowców Weganina widziało pierwszy raz w życiu. Nawet Żentyca, która nim trafiła do Imperialnej Służby księżniczki Princpolonelli zwiedziła wiele krain Północy i wiele królestw nigdy nie miała sposobności z kimś takim. Próbowała zachować subtelną dyskrecję, ale ciekawość brała górę i co rusz, ukradkiem studiowała wygląd przedziwnego przybysza z Królestwa Wegan, łypiąc nań jak na zwierzę z Walwryjskiej mitologii.

Słyszała o tym, że Weganie swoje siły czerpią z niejedzenia mięsa, ale nie była świadoma tego, jak ich tajemne praktyki zmieniają także ich ciała. Uszy miał niby spiczaste, ale kłapciate jak u zwierzyny łownej, zaś nos sczerniały na końcu i szklący się wilgocią. Na głowie, tam gdzie kończyło się czoło i zaczynała się bujna czupryna jasnych gęstych włosów sterczały dwa twarde wyrostki niby rogi. Choć przymioty te wydawały się na pierwszy rzut oka dosyć groteskowe, Sincarnus był wysmukłym i dostojnym człowiekiem, któremu dodawały one jakiejś niewypowiedzianej mistycznej szlachetności.

– To mutacje! – pomyślała Żentyca – To wszystko mutacje spowodowane ichniejszą dietą. To nie tylko niejedzenie mięsa czy zwykłe promieniowanie. W tym jest również coś jeszcze. Jakaś tajemnica. Weganie to mistyczny naród, który posiada w sobie siłę, jaką nie łatwo nam będzie zrozumieć kiedy ją ujawnią. Oby tylko przydała się, kiedy będzie nam potrzebna.

Sincarnus spojrzał na Żentycę swoimi czarnymi jak noc oczami, ukrytymi pod masywną bruzdą brwi. Czyżby ją usłyszał? Czyżby usłyszał jej myśli?

Żentyca podskoczyła jak oparzona i szybko przeniosła całą swoją uwagę na kielich wina. Wychyliła go do cna po czym uzupełniła go skonfundowana.

– Niektórzy twoi ludzie nie są do mnie przekonani Gregorocie Barabarzyńco – Odezwał się z wyniosłością władca Wegan – Ty też masz wątpliwości co do moich zamiarów?

– Oczywiście, że nie mam. – Odparł zaskoczony Gregoroth – Wszak jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

– No cóż… – Uśmiechnął się Sincarnus – Owszem. Nie mniej jednak, kiedyś próbowałem cię zjeść, prawda?

– Oj tam. – Zakłopotał się wyraźnie Gregoroth – To tylko takie ugryzienie w dupę było tylko, no. Budziłem się w bardziej absurdalnych sytuacjach…

– Wódka to surowa pani – Podsumował kontemplując swoje własne słowa Wiadomix Beżowy. Wszyscy z cichą powagą wznieśli kielichy. Wszyscy oprócz Sincarnusa.

– Może i to prawda. – Zastanowił się Sincarnus – Ale tamte czasy, czasy naszej wspólnej podróży były ciemną epoką w historii mojego ludu. Wyrządziliśmy wtedy wiele krzywd. Za wiele zła jesteśmy teraz zobowiązani odpłacić ludom Południa.

– Czy mówisz o czasach… Wielkiej Schizmy Sojowej, panie? – zapytał drżącym głosem kapitan Obwijus z Czyżynheimu. Gregoroth już miał skarcić go za jego jak zwykle nie wnoszące nic uwagi, ale Sincarnus odrzekł tylko ze spokojem.

– Tak. Był to czas, w którym desperacko poszukiwaliśmy odpowiedzi na to kim jesteśmy jako Weganie. I kim chcemy się w końcu stać jako ludzie.

– A czy to nie jest tak, że jesteś tym co jesz? – Zapytał bez finezji Maślany Gorgo i wydął wargi w zadumie. – Tak słyszałem, pisali o tym w “Chobołd i Życie”…

– Gorgo! Ty durniu! – Gregoroth warknął przez zaciśnięte zęby – Ty już kurwa nie pijesz… Nie dawać mu nawet zlewek! Panie wybacz, ale on jest w trakcie zażywania Gripexu Zero-Control…

– Ależ spokojnie, Gregorocie! – Roześmiał się wprawiającym wszystkich w zakłopotanie śmiechem Sincarnus Nieprzeciętny – Ten Chobołd ma wiele racji. My sami przez wieki kierowaliśmy się podobną filozofią. Ale świat się zmienił. Wiele zwierząt i roślin stało się popromiennymi monstrami, które nie przypominały już nic co znaliśmy wcześniej. Ale czy to oznaczało, że można je teraz było jeść? Były takie propozycje bo zmieniliśmy się też i my. Ale mimo to wciąż chcieliśmy się kierować prawidłami naszych doktryn, które niestety najzwyczajniej w świecie…

– Przestały być adekwatne do realiów fantastyki postapokaliptycznej… – Rzuciła Żentyca i zorientowała się nagle, że wypowiedziała swoją myśl znacznie za głośno.

– Tak. W istocie – Uśmiechnął się Wódz Wegan dodając Żentycy nieco śmiałości. – Przez naszą niezmierzoną miłość do przyrody postanowiliśmy przed wiekami, że oprzemy dobrobyt naszej cywilizacji na produktach, które nie będą pochodzenia zwierzęcego.

– A więc stąd soja? – Zapytała Żentyca nabierając z powrotem typowej dla siebie Walwryjskiej pewności. – Oparliście gospodarkę na soi?

– Nie tylko nią. – Potwierdził Sincarnus – Także naszą technologię i alchemię. W szybkim tempie opanowaliśmy sztukę przemiany soi w co tylko chcieliśmy. Od smakowitych kotlecików po golemy sojowe, wyposażone w sztuczną inteligencję. Z czasem jednak… weszło GMO i przestała ona być taka sztuczna jak planowaliśmy. To właśnie doprowadziło do tego czasu poróżnień, o którym tu mówiliśmy. Do czasu piły i dzidy. Szpikulca i rożna. Mleka i kiszonego ogóra…

– Do Dies Diarrhoea. – Skwitował smętnie Gregoroth – Byłem tam, kiedy to się zaczęło. Ja i czarodziejka Yessica z Węgrzc. Zapłonęły stosy z sojowymi golemami, hummusoculusami i cieciorkowi żywiołakami. Wielki grill z myślących istot. To było coś strasznego. To była…

– To była hipokryzja. – ukrócił Sincarnus. Żentyca zauważyła, że na jego skroni pojawił się meander pulsującej żyły, ale jego twarz wciąż zachowywała pozór niewzruszenia. – Nie mogliśmy tak traktować istot, które mają uczucia i które myślą tak jak my. Byliśmy przecież za nie odpowiedzialni.

– No więc co właściwie postanowiliście? – Zapytał bezpardonowo Król Namaxawix – Do czego doprowadziła ta wasza… “Schizma”?

– Postanowiliśmy, jaśnie oświecony Królu Namaxawixie – Odparł Sincarnus takim tonem, że Gregorotha aż zmroziło, bo nie chciał aby cokolwiek zagroziło nowo powstającemu przymierzu. – Postanowiliśmy, że łącząc nasze stare i nowe doktryny, nie będziemy zagrażać ani istotom dzikim ani istotom inteligentnym. Oraz, że zachowamy dietę bogatą w witaminy i błonnik.

– No tak! – Rzucił Obwijus bijąc się w czoło – Błonnik skutecznie pomaga w uzyskaniu obfitego i plastycznego stolca, co z kolei ułatwia defekację!

– Zaraz, zaraz – Zmieszała się Żentyca – To w takim razie dlaczego właściwie ugryzłeś w dupę Gregorotha?

Gregoroth zbladł jak ściana. Kiedy Żentyca zauważyła to pospiesznie dodała…

– O, panie mój?

Sincarnus Nieprzeciętny roześmiał się w głos, a Gregoroth widząc to wydał z siebie nerwowy rechot i drżącą dłonią nalał sobie wina. Pustelnik był wniebowzięty. Prawie wszystko mu się wylało.

– Bo widzisz, moja droga, kiedy poznałem Gregorotha był jak dzika bestia… – Wzniósł kielich na cześć swojego gospodarza – Ale kiedy poznałem go bliżej, okazało się, że ma w sobie też pierwiastek ludzki. A nasza doktryna nie mówi przecież nic o nie jedzeniu mięsa istot ludzkich.

– No jak – Miotała się Żentyca – Przecież ludzie to istoty myślące i inteligentne.

– No, ale czy zawsze? – Zapytał Sincarnus.

– Wódka to surowa pani – Podsumował kontemplując swoje własne słowa Wiadomix Beżowy. Wszyscy z cichą powagą wznieśli kielichy. Wszyscy oprócz Sincarnusa.

– No dobra, nie zawsze… – Zgodziła się Żentyca – No, ale przecież też coś czują.

– Ha! Z tym polemizowałby nawet sam Gregoroth! – Odparł Sincarnus i dopił swoje wino. Potem z namaszczeniem odłożył kielich i dodał – Barbarzyńcy nie mają uczuć. Dlatego są tak śmiercionośnymi wojownikami. Najlepszymi z nich, prawda?

Wszyscy z wyczekiwaniem utkwili wzrok w Gregorocie. Czy rzeczywiście tak było? Czy ta wyklęta nacja skazana na tułaczkę i przemoc, która wszystko co czyniła, czyniła w imię przetrwania w świecie, który wcale nie przez nich stał się tak niegościnnym miejscem, jakim go dziś oglądali… miała rzeczywiście serca i nerwy ze stali? Czy to dzięki temu byli właśnie tacy niezwyciężeni? A jeśli mieliby w sobie choć cień uczuć? Jak wpłynęłoby to na ich renomę? Na ich śmiercionośną skuteczność? Czy to znaczyłoby, że ich potęga to tylko legenda, którą wsadzić można między bajki? Czy Gregoroth, czuły Barbarzyńca ze skomplikowaną psychiką i wewnętrznymi moralnymi dylematami nadawał się by dowodzić armią mającą na celu zniszczenie Zesraela? W tej kwestii nie mogło być niejasności. Chodziło o życie setek tysięcy istot. O losy świata. Ludzie, których prowadził musieli mu ufać.

– Tak – Gregoroth odparł ponuro – To prawda, mordo. 

Barbarzyńcy i uczucia? Ha! To dobre! Gregoroth wstał, energicznie rzucił kuflem o ziemię a ten rozbił się w pył. Potem ku uldze wszystkich biesiadników zaczął śmiać się w głos, dając przy tym znak czeladzi by rozlali więcej Technogalijskiego wina. Zdało się, że wszystkim w momencie ulżyło. Prawie wszystkim. Dopiero wtedy Gregorth usiadł z powrotem na swym tronie… i milczał. Wówczas już tylko jedna osoba zdawała się wciąż nie być zadowolona z tego jak potoczyła się ta rozmowa. Wciąż przenikała go wzrokiem.

– Dałbyś za to głowę, Gregorocie? – Zapytała Żentyca, kiedy wszyscy już zajęci byli innymi rozmowami. Miał wrażenie, że wyczuwa w jej głosie współczucie. Albo nawet litość.

– Do kata z moją głową. – Odparł. – Przejdźmy do opracowywania strategii. Królu Namaxawixie, czy ty i twoi ludzie przedstawicie nam dziś swoją propozycję?

– Oczywiście! – Namaxawix uniósł się z krzesła. Policzki miał już rumiane od alkoholu. – No to kurwa, tak. Mój druid wyczytał gdzieś, że Nekromanci, chociaż wiadomo, potężni i tak dalej, bla, bla, bla… To mają jedną wadę. Strasznie im nie idzie walka jak jest jest dzień. Po prostu. Chuj wie czemu. W sensie, noc dodaje im sił bo są mrocznymi sługami… tej, ciemności, a słońce no na odwrót, kurde. Odbiera im siły, więc…

– Zaraz, czyli chcesz powiedzieć, że Nekromanci będą bardziej podatni na nasz atak w… świetle dnia? – Upewnił się Kapitan Obwijus.

– No. – Rozłożył ręce w zdumieniu Król Technogalów i spojrzał pytająco na przewracającego właśnie oczami Gregorotha. – Będą słabsi. W dzień. Jak jest słońce. Słońce jest w dzień. Więc, wracając, mamy tutaj taki mały projekt dużej lupy powiększającej…

– Zaraz, zaraz – Tym razem przerwał mu sam Sincarnus – Czyli podatność na promienie słoneczne to ich wada… rasowa?

– No… raczej nie zaleta, prawda? – Zśmiał się nerwowo Namaxawix, nie wiedząc do czego zmierza Weganin. – Cechę taką mają po prostu.

– W takim razie nie powinniśmy tego wykorzystywać. – Surowo pokręcił głową Nieprzeciętny.

Wszystkie czoła przy stole nagle zmarszczyły się w poszukiwaniu zrozumienia dla jego słów.

– No. Racja. – Ironicznie pokiwał głową Król Technogalów. – Ale właściwie to kurwa, niby dlaczego, co?

– Namaxawixie! – Wtrącił się Gregoroth – Uważaj na swój ton!

– Czy chcesz wygrać wojnę posuwając się do wykorzystywania ich cech rasowych? – Rozsierdził się Weganin – Chcesz oprzeć swoją strategię na rasizmie, Technogalu?

– Panowie! – Krzyknął Gregoroth. – Panowie Spokój!

Było już jednak za późno.

– Słucham? Poczekaj, bo ja tutaj przyszedłem brać udział w epickiej bitwie, a ty chyba się kłócić o pierdoloną polityczną poprawność. Może jeszcze przestańmy mówić o nich Nekromanci bo słowo na “N” jest obciążone negatywnie kulturowo, co? Człowieku, przecież to jest fantastyka! Widziałeś siebie w lustrze?! Masz rogi jak satyr na mozaice w kiblu!

– Dosyć tego! – Wrzasnął Sincarnus – Co będzie następne? Masowe mordy?!

– Nie, Sincarnusie! Zaklinam cię! – Próbowął ułagodzić sprawę Gregoroth – Przecież wiesz, że będą tylko nasze… unikatowe mordy! O, zobaczcie, właśnie mistrz Baranorh Rudomordy i jego eunuchy wnoszą strawę! Usiądźmy i zjedzmy! Nie pozwólmy by ten sojusz rozpadł się przez nasze personalne niesnaski! Chodzi o przyszłość tego świata!

Na chwilę zapanował spokój, ale Gregoroth wiedział, że wszystko wisi na włosku. Nie mógł sobie teraz pozwolić na żadną, nawet najmniejszą gafę. 

Sincarnus wyprostował się, nabrał powietrza przez nozdrza a potem usiadł wpatrując się gniewnie w Króla Namaxawixa, który odwzajemniał to spojrzenie. Na znak Gregorotha, który liczył, że odrobina kulinarnej magii jego przyjaciela załagodzi konflikt, Baranorh rozkazał położyć strawę na stole a potem podszedł do władcy Wegan i nachylił się nad jego uchem z tajemniczym wzburzeniem.

– To jest absolutny potwór… Prosiłem już Nellę, ale ona… Ty mi musisz… – Wyszeptał i spojrzał mu głęboko w oczy – Musisz mi to wyssać, mordo.

Gregoroth jęknął szpetnie.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz