Barbario.net https://barbario.net Fri, 28 Aug 2020 12:36:36 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.3.4 https://barbario.net/wp-content/uploads/2019/04/favicon-150x150.png Barbario.net https://barbario.net 32 32 Zabezpieczony: Tom Szesnasty https://barbario.net/tom-szesnasty/ https://barbario.net/tom-szesnasty/#respond Fri, 28 Aug 2020 09:47:37 +0000 https://barbario.net/?p=573

Ta treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, podaj hasło poniżej:

]]>
https://barbario.net/tom-szesnasty/feed/ 0
Zabezpieczony: Tom Piętnasty https://barbario.net/tom-pietnasty/ Thu, 23 Jul 2020 13:58:53 +0000 https://barbario.net/?p=563

Ta treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, podaj hasło poniżej:

]]>
Tom Czternasty https://barbario.net/tom-czternasty/ https://barbario.net/tom-czternasty/#respond Sun, 29 Dec 2019 01:17:02 +0000 https://barbario.net/?p=515 Barbarzyńca zręcznie ujął kard w miejscu, gdzie jego długi prosty kształt zmieniał się w kolczastą głownię przypominającą przerośnięty polny oset jeżący się setkami lśniących szpil. Ostrożnie obracał go w swojej masywnej dłoni studiując jego niebezpieczne piękno w świetle paleniska, nad którym zawieszony był żeliwny kocioł. “Niektóre z nich ostrzejsze są niż nasze miecze” – pomyślał z ironią. “Nic dziwnego, że większość tak się wzbrania przed ich powszechnym stosowaniem”. Wiedział, że musi być ostrożny, bo ten kto sięgał po kard lekceważąc tę z pozoru trywialną kolczastą pałkę i robił to bez odpowiedniej wprawy, mógł narazić się na nieprzyjemne konsekwencje spowodowane zawartą w nim trucizną. Kard, który choć w istocie przypominał barbarzyńską broń, poza uzbrojeniem niewiele z nią łączyło. Ot kilka szpiczastych końców, sterczących niczym gwoździe i gruba rózga wysuszona na słońcu. Były też oczywiście leżące w jego naturze prostota i zabójczość. Właśnie to w kardach w jakiś szczególny sposób podobało się Barbarzyńcy. Baranorh niewiele rzeczy doceniał bardziej na tym świecie. Może poza dobrze przyprawionym gulaszem z susła stepowego i odpowiednią pieśnią, przy której można było zwilżyć się kurdwanowskim porterem. 

Zwilżyć się nim… do suchej nitki.

Ale Baranorh, choć nie zwykł tego przyznawać kochał też piękno jako takie. Ale kochał jak to Barbarzyńca. Z zaskoczenia. Często samotrzeć. I skrycie. Tak skrycie, że nie oczekiwał by go otaczało w jego ponurej brutalnej codzienności. Właściwie podświadomie zwykł wszelkim staraniem odpychać je od siebie by nie przeszło przypadkiem zapachem rozlanej krwi i pogorzeliskiem. Nie chciał by spowszedniało, a w efekcie stało się płowe i marne jak wszystko inne na jałowych ziemiach Południa. Ale gdyby to co powabne i cudne było zarówno tak piękne co i zabójcze… Takie zjawisko mógłby przy sobie zostawić – pomyślał. Gdyby wiedział, że to coś czego nie potrafił nazwać wytrzymalsze jest niż ten ostowy kard, który choć groźny i urzekający swoją urodą, po oczyszczeniu z drobnych kolców i chwili w kotle stawał się pachnącą potrawą, zatrzymałby to piękno przy sobie na dłużej. To coś ulotnego, choć tak potężnego, stałoby się czymś więcej niż tym czym staje się niedostępny kwiat, który w najlepszym wariancie swojego istnienia służy w końcu za sałatkę czy surówkę. To coś stałoby się świętością. 

“Świętością…” – zadumał się Baranorh i powtórzył kilka razy w głowie, jakby odkrywając to słowo na nowo. Ochronie tego czegoś, zechciałby ofiarować swoje chaotyczne, pełne gniewu i szaleństwa życie. Nawet jeśli spowodowałoby to w końcu, że przez tę jedną decyzję właśnie, raz na zawsze musiałby opuścić swoją Barbarzyńską brać. Ta zapewne potępiłaby go. Świętości bowiem, dobre są dla przeciętnego Barbarzyńcy wtedy kiedy w zwolnionym tempie spadają podczas plądrowania z ołtarzy na kościelną podłogę.

Nawet bliski mu Gregoroth nie byłby pewnie w stanie w pełni zrozumieć Baranorha i rodzącej się w nim nowej potrzeby. Potrzeby powsztrzymania się przed rozpierdoleniem kompletnie wszystkiego. Potrzeby przyglądania się czemuś nie tylko po to by ocenić słabości tej rzeczy. Rzeczy prawdziwie piękne pozwalają nam badać tylko i wyłącznie swoją siłę. Wszystko inne ukryte jest przed nami. Piękno jest siłą. Właśnie dlatego topi wszystko co słabe – pomyślał Baranorh Rudomordy i wrzucił do kotła garść oporządzonych z włókien i kolców łodyg kardu, zwanego też w Imperium “karczochem ostowym”.

Za jego plecami znowu rozległ się krzyk. A może to był jednak śpiew? Ogarnęła go nieoczekiwana błogość. Łagodna pieśń, do wtóru, której zawirował cały świat przepełniła go na wskroś. Oglądał teraz jak zawieszone w powietrzu pyły pustyni wdzierają się przez kuchenne okno i krążą po pomieszczeniu tworząc małe jaśniejące karuzele rozmaitości. Kierowały się one jakąś własną wewnętrzną busolą, która nakazywała im łączyć się ze sobą w jedno ciało, by potem dzielić się na wzór świetlistej eksplozji. Każda cząstka była zaś tak żywa, że Baranorh uświadomił sobie jak bogate jest otaczające go istnienie. Cóż, żyję teraz w absolutnej harmonii ze wszechświatem, pomyślał i… 

– Na sczerniałe kości czarnoksiężnika…- burknął pod nosem –  Cóż ja pierdolę?

Zdumiał się na moment, zważywszy na to z czego właśnie zdał sobie sprawę. Wewnętrzny monolog kurwa? Co go tak wzięło na rozmyślania? Czyżby jednak nie zachował ostrożności i ukłuł się toksyczną rośliną?

– No tak! Jestem naćpany! – Uświadomił sobie – Naćpany toksyną karczocha ostowego! Muszę się jej natychmiast pozbyć z mojego organizmu!

Być może dlatego właśnie ta nowa i wzrastająca niesfornie prędko refleksja, która szturmem przejmowałą jego umysł była powodem, dla którego Barbarzyńca próbował od kilku chwil ze wszystkich sił ignorować nerwowo drepczącą po kamiennej posadzce Nellę i z trudem skupić się na powierzonym mu zadaniu przygotowania wieczornej uczty. Nie miał w zwyczaju bicia kobiet bo był dosyć lewicowy jak na Barbarzyńcę, ale pomyślał, że mógłby chociaż czule rzucić w jej pięknie zafrasowaną głowę czymś odpowiednio ciężkim. Sen zdecydowanie by się jej przydał. Zwłaszcza, że…  Nie. O co tutaj się złościć? Gdyby nie nosiła pod sercem jego własnego dziecka. Może. Ale nie. W takich momentach zaczynał rozumieć niewygody, trudne wybory i wyrzeczenia ojcostwa. Znacznie wcześniej niż to obliczył. A znał większość cyfr z brzuszkami. Toksyna. Trzeba usunąć toksynę. Wyssać. 

Ach, co za kobieta, pomyślał. Była kimś, o kogo chciał się zatroszczyć, upewnić się, że nie spadnie jej włos z głowy w tej rozszalałej zawierusze zwanej życiem. Jakże czuła była, jakże miękka. Jakże pulsująca. Jakże nieporadnie próbowała go właśnie bić po twarzy. Toksyna! Przetarł obolałą facjatę dłonią i odezwał się w końcu pierwszy raz od jakiejś godziny. Nawet nie łudził się, że wstrzeli się w temat konwersacji, w której trwał z księżniczką od wczesnego popołudnia. Musiał się ratować.

– Nella, posłuchaj. – Rzucił przez zaciśnięte bez powodu zęby. – Musisz mi… wyssać toksynę.

– Człowieku, popatrz na mnie. – Wskazała na swój brzuch wkraczający w fazę pełni. – “Wyssać toksynę”. Kurwa no Leśmian.

Nella, kiedy wydało jej się, że znów skupiła na sobie choć trochę uwagi Baranorha, wróciła do wygłaszania w oburzeniu swojej tyrady na temat organizacji Sojuszu. Nie podobało jej się, że przywództwo mitręży na paktowaniu podczas uczt zamiast po prostu działać. Krążyła po obozowej kuchni rozsierdzona jak podgórski bies. Pomimo jej stanu, który zdradzał być może ósmy czy dziewiąty miesiąc ciąży, wciąż pozostawała niezwykle sprawna i żwawa. Zwłaszcza kiedy napędzała ją jej własna buta, która dla każdej księżniczki była motorem większości działań jakich się podejmowała. Ciągle była żywo zaangażowana w działania militarne Sojuszu i planowanie strategii, choć zarówno Gregoroth jak i Baranorh starali się po wielokroć ją od tego odwieść. Momentami ich próby przyjmowały wręcz wymiar nader sugestywny, choć nie kulturowo niekonwencjonalny. Była przecież w ciąży. – Zamykano ją więc w wieży, czy oddawano pod tymczasową opiekę zaprzyjaźnionym smokom albo wędrownym szarlatanom. Nie było jednak mocnych na księżniczkę Princpolonellę i jej upór, aż w końcu w całym Sojuszu zabrakło chętnych do pełnienia nad nią pieczy. W efekcie wylądowała w końcu w kuchni wraz z Baranorhem Rudomordym. Złośliwi mówili wtedy, że być może oto właśnie wypełniło się jej przeznaczenie. Nie trzeba dodawać, że wkurwiało ją to do ostateczności.

– Przegramy to! Przegramy z Zesraelem bo wy wolicie popijać pieprzone Technogalijskie wino i pierdolić o głupotach, zamiast trąbić na atak! Mało macie armii łamagi? Z sześć czy siedem teraz już!

– No… Chyba z osiem w sumie teraz już… – Zamyślił się Baranorh i próbował przeliczyć siły Sojuszu na palcach. Swoich pięknych, nieskończenie złożonych palcach zwijających się w bezkresne fraktale jego własnej dłoni… Toksyna! – Osz, kurwa. Nella, posłuchaj… Musisz mi…

– Nic nie muszę! Byłam księżniczką do chuja! – Wrzasnęła – Dość mam waszego uspokajania mnie, niemoty! Że też zgodziłam się na ten wasz pierdolony egalitaryzm, wy patusy… Wiosny ludów mi się zachciało, jasna cholera. Czerwonomordej chołoty…

– Nella! – Przerwał jej stanowczo Baranorh. Nella zamilkła. Barbarzyńca naparł na nią ciałem. Czyżby właśnie takiej stanowczości brakowało teraz w jej życiu? Dawnej Barbarzyńskiej zaciętości sprzed porażki w siedzibie Zesraela? Była jeszcze nadzieja.

Baranorh podszedł do niej jeszcze bliżej i złapał ją za ramię. Chwyt był mocny. – Nella! Powiedz mi… czy ja robię teraz siku?

Nella przewróciła oczami, jęknęła bezgłośnie i usiadła na kuchennej ławie. 

Bezradnie rozłożyła ręce.

Wtem do komnaty wszedł Wódz Barbarzyńców. Gregoroth chwiał się z lekka na nogach, ale widać było, że wzrok ma jeszcze na tyle przytomny, że jest w stanie prowadzić dalsze rozmowy. Na przykład takie:

– No i kurwa, co? Hm? – Beknął – Będzie to żarło, czy nie? Goście już drugą flaszkę kończą. Ile mamy czekać jeszcze?

– Zrobiłem siku. – Przytaknął Baranorh i cichutko zaszlochał. – Toksyna. Wyssać!

– Okej. – Burknął Gregoroth i wytargał z suto zaopatrzonej przez Technogalów piwniczki jeszcze jedną butelkę – To poczekamy jeszcze jedną.

Wychodząc trzasnął drzwiami i rzygnął na całe gardło.

– No tak. – Westchnęła Princpolonella – Niech żyje bal, kurwa.

Uczta rzeczywiście trwała w najlepsze.

W ozdobionej trofeami z dawnych wojen wielkiej owalnej sali zasiedli reprezentanci nacji, które miały niebawem brać udział w największej bitwie jaką znał ten postapokaliptyczny świat. Ogromny stół przy, którym zasiedli zastawiony był bezcennym szkłem, skradzionym podczas najazdów na Królestwa Zachodu, jeszcze za dynastii Wpierdolemeuszy. Służba zaś, składała się wyłącznie z ludzi o bardzo niskim poczuciu wartości, którzy przez problemy tożsamościowe dobrowolnie oddali się w niewolę w ramach terapii. Naturalnie byli też wykastrowani i natarci kremem nivea. Znalazło się też miejsce dla kilku grajków, którzy umilali gościom libację grając sprawdzone szlagiery takie jak: “Chodź, pomaluj mój świat krwią swoich wrogów”, “Dziwny jest ten pustynny świat”, “Wszystko mi mówi, że mnie ktoś splądrował” oraz “Nie płacz Ewka, już kończę”.

U szczytu stołu, na wysokim tronie wykutym ze stali zasiadał sam Gregoroth, Wódz Barbarzyńców, zaś obok niego na odpowiednio dziadowskim taborecie, służący mu radą i liczący na darmową wyżerkę Pustelnik. Zaraz przy nim, Król Namaxawix, który ostatnimi czasy zaskarbił sobie wielką sympatię Gregortha, czego ten nie ukrywał i odwzajemniał życzliwość, licząc na to, że rozsławieni Technogalowie w znaczny sposób wspomogą siły Sojuszu. Królowi towarzyszył jego wypity już nieco druid z zakonu Dziaduitów, sędziwy Wiadomix Beżowy. Zaproszeni zostali też na ucztę liczni książęta i generałowie z księstw Czyżynheimu i Wpierdolburgu, a nawet Maślany Gorgo z Gminy Boboń, który w ostatnim momencie zdołał przebłagać Gregorotha za swoją niesubordynację koszulką z napisem “Wolę dobrze zjeść niż podobać się byle komu” w iście królewskim rozmiarze. Pośród nich, aby książęta nie czuli, że zostali potraktowani po macoszemu usadzono kapitan Żentycę, która przez to poczuła się potraktowana nawet gorzej.

Choć uczta wydana została w zamyśle na cześć całej tej walecznej menażerii, wiadomym było, że głównymi gośćmi byli jednak nowo przybyli do obozu, potężni Weganie. Kto łudził się, że było inaczej, cień wątpliwości tracił po spojrzeniu w kartę planowanych dań. Posiłki, jakie na dziś przewidział mistrz Baranorh Rudomordy nie były tylko zwykłymi potrawami, z których służba przed podaniem na szybko wyjadała mięso, ale przygotowanymi specjalnie na tę okazję wyszukanymi specjałami z pogranicza kuchni wegańskiej i kanibalistycznej. Dosyć mocną sugestią pozycji Wegan w dzisiejszej naradzie było również to, że Gregoroth postanowił zaproponować miejsce na przeciwko siebie, u drugiego krańca stołu, właśnie władcy Wegan – Sincarnusowi Nieprzeciętnemu.

Wielu z zasiadających do stołu Południowców Weganina widziało pierwszy raz w życiu. Nawet Żentyca, która nim trafiła do Imperialnej Służby księżniczki Princpolonelli zwiedziła wiele krain Północy i wiele królestw nigdy nie miała sposobności z kimś takim. Próbowała zachować subtelną dyskrecję, ale ciekawość brała górę i co rusz, ukradkiem studiowała wygląd przedziwnego przybysza z Królestwa Wegan, łypiąc nań jak na zwierzę z Walwryjskiej mitologii.

Słyszała o tym, że Weganie swoje siły czerpią z niejedzenia mięsa, ale nie była świadoma tego, jak ich tajemne praktyki zmieniają także ich ciała. Uszy miał niby spiczaste, ale kłapciate jak u zwierzyny łownej, zaś nos sczerniały na końcu i szklący się wilgocią. Na głowie, tam gdzie kończyło się czoło i zaczynała się bujna czupryna jasnych gęstych włosów sterczały dwa twarde wyrostki niby rogi. Choć przymioty te wydawały się na pierwszy rzut oka dosyć groteskowe, Sincarnus był wysmukłym i dostojnym człowiekiem, któremu dodawały one jakiejś niewypowiedzianej mistycznej szlachetności.

– To mutacje! – pomyślała Żentyca – To wszystko mutacje spowodowane ichniejszą dietą. To nie tylko niejedzenie mięsa czy zwykłe promieniowanie. W tym jest również coś jeszcze. Jakaś tajemnica. Weganie to mistyczny naród, który posiada w sobie siłę, jaką nie łatwo nam będzie zrozumieć kiedy ją ujawnią. Oby tylko przydała się, kiedy będzie nam potrzebna.

Sincarnus spojrzał na Żentycę swoimi czarnymi jak noc oczami, ukrytymi pod masywną bruzdą brwi. Czyżby ją usłyszał? Czyżby usłyszał jej myśli?

Żentyca podskoczyła jak oparzona i szybko przeniosła całą swoją uwagę na kielich wina. Wychyliła go do cna po czym uzupełniła go skonfundowana.

– Niektórzy twoi ludzie nie są do mnie przekonani Gregorocie Barabarzyńco – Odezwał się z wyniosłością władca Wegan – Ty też masz wątpliwości co do moich zamiarów?

– Oczywiście, że nie mam. – Odparł zaskoczony Gregoroth – Wszak jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

– No cóż… – Uśmiechnął się Sincarnus – Owszem. Nie mniej jednak, kiedyś próbowałem cię zjeść, prawda?

– Oj tam. – Zakłopotał się wyraźnie Gregoroth – To tylko takie ugryzienie w dupę było tylko, no. Budziłem się w bardziej absurdalnych sytuacjach…

– Wódka to surowa pani – Podsumował kontemplując swoje własne słowa Wiadomix Beżowy. Wszyscy z cichą powagą wznieśli kielichy. Wszyscy oprócz Sincarnusa.

– Może i to prawda. – Zastanowił się Sincarnus – Ale tamte czasy, czasy naszej wspólnej podróży były ciemną epoką w historii mojego ludu. Wyrządziliśmy wtedy wiele krzywd. Za wiele zła jesteśmy teraz zobowiązani odpłacić ludom Południa.

– Czy mówisz o czasach… Wielkiej Schizmy Sojowej, panie? – zapytał drżącym głosem kapitan Obwijus z Czyżynheimu. Gregoroth już miał skarcić go za jego jak zwykle nie wnoszące nic uwagi, ale Sincarnus odrzekł tylko ze spokojem.

– Tak. Był to czas, w którym desperacko poszukiwaliśmy odpowiedzi na to kim jesteśmy jako Weganie. I kim chcemy się w końcu stać jako ludzie.

– A czy to nie jest tak, że jesteś tym co jesz? – Zapytał bez finezji Maślany Gorgo i wydął wargi w zadumie. – Tak słyszałem, pisali o tym w “Chobołd i Życie”…

– Gorgo! Ty durniu! – Gregoroth warknął przez zaciśnięte zęby – Ty już kurwa nie pijesz… Nie dawać mu nawet zlewek! Panie wybacz, ale on jest w trakcie zażywania Gripexu Zero-Control…

– Ależ spokojnie, Gregorocie! – Roześmiał się wprawiającym wszystkich w zakłopotanie śmiechem Sincarnus Nieprzeciętny – Ten Chobołd ma wiele racji. My sami przez wieki kierowaliśmy się podobną filozofią. Ale świat się zmienił. Wiele zwierząt i roślin stało się popromiennymi monstrami, które nie przypominały już nic co znaliśmy wcześniej. Ale czy to oznaczało, że można je teraz było jeść? Były takie propozycje bo zmieniliśmy się też i my. Ale mimo to wciąż chcieliśmy się kierować prawidłami naszych doktryn, które niestety najzwyczajniej w świecie…

– Przestały być adekwatne do realiów fantastyki postapokaliptycznej… – Rzuciła Żentyca i zorientowała się nagle, że wypowiedziała swoją myśl znacznie za głośno.

– Tak. W istocie – Uśmiechnął się Wódz Wegan dodając Żentycy nieco śmiałości. – Przez naszą niezmierzoną miłość do przyrody postanowiliśmy przed wiekami, że oprzemy dobrobyt naszej cywilizacji na produktach, które nie będą pochodzenia zwierzęcego.

– A więc stąd soja? – Zapytała Żentyca nabierając z powrotem typowej dla siebie Walwryjskiej pewności. – Oparliście gospodarkę na soi?

– Nie tylko nią. – Potwierdził Sincarnus – Także naszą technologię i alchemię. W szybkim tempie opanowaliśmy sztukę przemiany soi w co tylko chcieliśmy. Od smakowitych kotlecików po golemy sojowe, wyposażone w sztuczną inteligencję. Z czasem jednak… weszło GMO i przestała ona być taka sztuczna jak planowaliśmy. To właśnie doprowadziło do tego czasu poróżnień, o którym tu mówiliśmy. Do czasu piły i dzidy. Szpikulca i rożna. Mleka i kiszonego ogóra…

– Do Dies Diarrhoea. – Skwitował smętnie Gregoroth – Byłem tam, kiedy to się zaczęło. Ja i czarodziejka Yessica z Węgrzc. Zapłonęły stosy z sojowymi golemami, hummusoculusami i cieciorkowi żywiołakami. Wielki grill z myślących istot. To było coś strasznego. To była…

– To była hipokryzja. – ukrócił Sincarnus. Żentyca zauważyła, że na jego skroni pojawił się meander pulsującej żyły, ale jego twarz wciąż zachowywała pozór niewzruszenia. – Nie mogliśmy tak traktować istot, które mają uczucia i które myślą tak jak my. Byliśmy przecież za nie odpowiedzialni.

– No więc co właściwie postanowiliście? – Zapytał bezpardonowo Król Namaxawix – Do czego doprowadziła ta wasza… “Schizma”?

– Postanowiliśmy, jaśnie oświecony Królu Namaxawixie – Odparł Sincarnus takim tonem, że Gregorotha aż zmroziło, bo nie chciał aby cokolwiek zagroziło nowo powstającemu przymierzu. – Postanowiliśmy, że łącząc nasze stare i nowe doktryny, nie będziemy zagrażać ani istotom dzikim ani istotom inteligentnym. Oraz, że zachowamy dietę bogatą w witaminy i błonnik.

– No tak! – Rzucił Obwijus bijąc się w czoło – Błonnik skutecznie pomaga w uzyskaniu obfitego i plastycznego stolca, co z kolei ułatwia defekację!

– Zaraz, zaraz – Zmieszała się Żentyca – To w takim razie dlaczego właściwie ugryzłeś w dupę Gregorotha?

Gregoroth zbladł jak ściana. Kiedy Żentyca zauważyła to pospiesznie dodała…

– O, panie mój?

Sincarnus Nieprzeciętny roześmiał się w głos, a Gregoroth widząc to wydał z siebie nerwowy rechot i drżącą dłonią nalał sobie wina. Pustelnik był wniebowzięty. Prawie wszystko mu się wylało.

– Bo widzisz, moja droga, kiedy poznałem Gregorotha był jak dzika bestia… – Wzniósł kielich na cześć swojego gospodarza – Ale kiedy poznałem go bliżej, okazało się, że ma w sobie też pierwiastek ludzki. A nasza doktryna nie mówi przecież nic o nie jedzeniu mięsa istot ludzkich.

– No jak – Miotała się Żentyca – Przecież ludzie to istoty myślące i inteligentne.

– No, ale czy zawsze? – Zapytał Sincarnus.

– Wódka to surowa pani – Podsumował kontemplując swoje własne słowa Wiadomix Beżowy. Wszyscy z cichą powagą wznieśli kielichy. Wszyscy oprócz Sincarnusa.

– No dobra, nie zawsze… – Zgodziła się Żentyca – No, ale przecież też coś czują.

– Ha! Z tym polemizowałby nawet sam Gregoroth! – Odparł Sincarnus i dopił swoje wino. Potem z namaszczeniem odłożył kielich i dodał – Barbarzyńcy nie mają uczuć. Dlatego są tak śmiercionośnymi wojownikami. Najlepszymi z nich, prawda?

Wszyscy z wyczekiwaniem utkwili wzrok w Gregorocie. Czy rzeczywiście tak było? Czy ta wyklęta nacja skazana na tułaczkę i przemoc, która wszystko co czyniła, czyniła w imię przetrwania w świecie, który wcale nie przez nich stał się tak niegościnnym miejscem, jakim go dziś oglądali… miała rzeczywiście serca i nerwy ze stali? Czy to dzięki temu byli właśnie tacy niezwyciężeni? A jeśli mieliby w sobie choć cień uczuć? Jak wpłynęłoby to na ich renomę? Na ich śmiercionośną skuteczność? Czy to znaczyłoby, że ich potęga to tylko legenda, którą wsadzić można między bajki? Czy Gregoroth, czuły Barbarzyńca ze skomplikowaną psychiką i wewnętrznymi moralnymi dylematami nadawał się by dowodzić armią mającą na celu zniszczenie Zesraela? W tej kwestii nie mogło być niejasności. Chodziło o życie setek tysięcy istot. O losy świata. Ludzie, których prowadził musieli mu ufać.

– Tak – Gregoroth odparł ponuro – To prawda, mordo. 

Barbarzyńcy i uczucia? Ha! To dobre! Gregoroth wstał, energicznie rzucił kuflem o ziemię a ten rozbił się w pył. Potem ku uldze wszystkich biesiadników zaczął śmiać się w głos, dając przy tym znak czeladzi by rozlali więcej Technogalijskiego wina. Zdało się, że wszystkim w momencie ulżyło. Prawie wszystkim. Dopiero wtedy Gregorth usiadł z powrotem na swym tronie… i milczał. Wówczas już tylko jedna osoba zdawała się wciąż nie być zadowolona z tego jak potoczyła się ta rozmowa. Wciąż przenikała go wzrokiem.

– Dałbyś za to głowę, Gregorocie? – Zapytała Żentyca, kiedy wszyscy już zajęci byli innymi rozmowami. Miał wrażenie, że wyczuwa w jej głosie współczucie. Albo nawet litość.

– Do kata z moją głową. – Odparł. – Przejdźmy do opracowywania strategii. Królu Namaxawixie, czy ty i twoi ludzie przedstawicie nam dziś swoją propozycję?

– Oczywiście! – Namaxawix uniósł się z krzesła. Policzki miał już rumiane od alkoholu. – No to kurwa, tak. Mój druid wyczytał gdzieś, że Nekromanci, chociaż wiadomo, potężni i tak dalej, bla, bla, bla… To mają jedną wadę. Strasznie im nie idzie walka jak jest jest dzień. Po prostu. Chuj wie czemu. W sensie, noc dodaje im sił bo są mrocznymi sługami… tej, ciemności, a słońce no na odwrót, kurde. Odbiera im siły, więc…

– Zaraz, czyli chcesz powiedzieć, że Nekromanci będą bardziej podatni na nasz atak w… świetle dnia? – Upewnił się Kapitan Obwijus.

– No. – Rozłożył ręce w zdumieniu Król Technogalów i spojrzał pytająco na przewracającego właśnie oczami Gregorotha. – Będą słabsi. W dzień. Jak jest słońce. Słońce jest w dzień. Więc, wracając, mamy tutaj taki mały projekt dużej lupy powiększającej…

– Zaraz, zaraz – Tym razem przerwał mu sam Sincarnus – Czyli podatność na promienie słoneczne to ich wada… rasowa?

– No… raczej nie zaleta, prawda? – Zśmiał się nerwowo Namaxawix, nie wiedząc do czego zmierza Weganin. – Cechę taką mają po prostu.

– W takim razie nie powinniśmy tego wykorzystywać. – Surowo pokręcił głową Nieprzeciętny.

Wszystkie czoła przy stole nagle zmarszczyły się w poszukiwaniu zrozumienia dla jego słów.

– No. Racja. – Ironicznie pokiwał głową Król Technogalów. – Ale właściwie to kurwa, niby dlaczego, co?

– Namaxawixie! – Wtrącił się Gregoroth – Uważaj na swój ton!

– Czy chcesz wygrać wojnę posuwając się do wykorzystywania ich cech rasowych? – Rozsierdził się Weganin – Chcesz oprzeć swoją strategię na rasizmie, Technogalu?

– Panowie! – Krzyknął Gregoroth. – Panowie Spokój!

Było już jednak za późno.

– Słucham? Poczekaj, bo ja tutaj przyszedłem brać udział w epickiej bitwie, a ty chyba się kłócić o pierdoloną polityczną poprawność. Może jeszcze przestańmy mówić o nich Nekromanci bo słowo na “N” jest obciążone negatywnie kulturowo, co? Człowieku, przecież to jest fantastyka! Widziałeś siebie w lustrze?! Masz rogi jak satyr na mozaice w kiblu!

– Dosyć tego! – Wrzasnął Sincarnus – Co będzie następne? Masowe mordy?!

– Nie, Sincarnusie! Zaklinam cię! – Próbowął ułagodzić sprawę Gregoroth – Przecież wiesz, że będą tylko nasze… unikatowe mordy! O, zobaczcie, właśnie mistrz Baranorh Rudomordy i jego eunuchy wnoszą strawę! Usiądźmy i zjedzmy! Nie pozwólmy by ten sojusz rozpadł się przez nasze personalne niesnaski! Chodzi o przyszłość tego świata!

Na chwilę zapanował spokój, ale Gregoroth wiedział, że wszystko wisi na włosku. Nie mógł sobie teraz pozwolić na żadną, nawet najmniejszą gafę. 

Sincarnus wyprostował się, nabrał powietrza przez nozdrza a potem usiadł wpatrując się gniewnie w Króla Namaxawixa, który odwzajemniał to spojrzenie. Na znak Gregorotha, który liczył, że odrobina kulinarnej magii jego przyjaciela załagodzi konflikt, Baranorh rozkazał położyć strawę na stole a potem podszedł do władcy Wegan i nachylił się nad jego uchem z tajemniczym wzburzeniem.

– To jest absolutny potwór… Prosiłem już Nellę, ale ona… Ty mi musisz… – Wyszeptał i spojrzał mu głęboko w oczy – Musisz mi to wyssać, mordo.

Gregoroth jęknął szpetnie.

]]>
https://barbario.net/tom-czternasty/feed/ 0
Tom Trzynasty https://barbario.net/tom-trzynasty/ https://barbario.net/tom-trzynasty/#respond Sat, 19 Oct 2019 19:17:15 +0000 https://barbario.net/?p=503 Palec wskazujący Gregorotha sunął po pergaminowej mapie, przemierzając odległe jałowe krainy niczym boski palec samego rozwścieczonego Croma, opracowującego mityczną zemstę Końca Czasów. Wódz Barbarzyńców dobrze wiedział, że tym razem sama zaciętość i niepohamowany gniew nie wystarczą by rozegrać tę najważniejszą wojnę, u progu której stał wraz z całym swoim zjednoczonym plemieniem i nowo zdobytymi sprzymierzeńcami – Sojuszem Wolnych Ludów Południa. 

Sojusz składał się z licznych śmiałków tworzących zastępy freelancerów, pracujących bez etatu i realizujących projekty na zlecenie, którzy być może pierwszy raz w historii swoich narodów gotowi byli walczyć nie dbając o łupy, a jedynie o wolność i przyszłość swoich nacji… a także o zachowanie ich unikatowej tożsamości kulturowej. O to by suchymi od wrzasku ustami wciąż smakować krzepiących soków pieczonego mięsa i słodkich win. By doznawać kojących objęć bielutkich ramion i wspianiałego bojowego rauszu, kiedy to ostrza płoną białymi płomieniami szaleństwa by w końcu schłodzić się czerwienią. O Barbarzyński Sen. I być może także symboliczny wpis do portfolio. 

Wiedział, że musi być sprytniejszy nawet od Croma. Boga, którego wyznawał przez lata, i którego nieskończony święty gniew dodawał mu sił i odwagi we wszystkich bitwach, które stoczył przez lata swojego awanturniczego życia pełnego wartych spisania przygód. Wiedział, że musi działać i planować mądrzej niż zrobiłoby to starożytne impulsywne bóstwo wojennego chaosu. Wiedział, że musi być chytry i rozważny niczym Żółw Błotny, a kiedy przyjdzie pora – jadowity i zabójczy niczym Padalec Zwyczajny. Jedyne czego nie wiedział, to jakiego fortelu użyć by raz na zawsze rozprawić się z przeważającymi siłami Zesraela – Króla Nekromantów, Władcy Necromarchu. Demonicznej istoty, która w zaledwie jeden moment zabrała mu wszystko – od dłoni, poprzez prestiż i godność wojownika, aż po drogiego mu przyjaciela – Czarnoksiężnika Amadoububu.

Barbarzyńca rozgonił rozpraszające go wspomnienia swojej sromotnej porażki i utkwił wzrok w centralnej części mapy, jakby oczekiwał, że przy odpowiedniej dozie skupienia, niezrozumiałych dla nikogo oprócz siebie pomruków i chrzęstu marszczonych brwi, uzyska odpowiedzi na dręczące go pytania. Bo właśnie tam, w samym środku starożytnego ozdobnego pergaminu pochodzącego jeszcze z czasów Starych Mądrych, rysował się gigantyczny płaskowyż osnuty wiecznym cieniem, w którym swoją mroczną siedzibę miał nieprzyjaciel. W samym jej czarnym sercu wznosiła się ponura wieża zwana Szkieletorem, a u jej stóp rozpościerał się kraj pełen śmierci i wynaturzeń – Czarne Mogiły. 

Królestwo Necromarchu z trzech stron otoczone było niemal nieprzekraczalnymi łańcuchami górskimi, ukoronowanymi łuną nigdy niegasnących wulkanicznych ognisk. Od północy chroniły ją Góry Taboretowe, zaś od zachodu i wschodu – Karkozłamy i Śmiecionosze. Natomiast od południa, wejścia do ów piekielnej krainy bronił bezkres pokrytej wieczną mgłą pustyni Bezmyślenickiej, gdzie Nekromanci wznieśli przez eony setki swoich groteskowych strażnic i zamków. Gregoroth już raz przebył tę drogę ze swoimi kompanami, ale wtedy było ich zaledwie trzech. Jakże miał, na Croma, przeprowadzić tamtędy całą zgromadzoną pod jego proporcami armię? To zadanie spędzało mu sen z jego kuloodpornych powiek. Wiedział, że nie chce ryzykować przejścia przez dolinę Czarnych Młynów, ani opuszczone tunele pod Przełęczą Imienia Lecha i Marii Kaczyńskich. Jeszcze raz spojrzał na mapę i rzucił przekleństwo tak plugawe i szpetne, że aż wino w jego kielichu zgorzkniało tak bardzo, że za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia zaczęło obwiniać innych.

Wyżej, na północ, gdzie szerokie połacie lądu pozostawały poza zasięgiem Ludów Południa leżały niezbadane krainy Cywilizancjum, skąd pochodziła księżniczka Princpolonella… a raczej “Nella”, jak ostatnimi laty kazała zwracać się do siebie. Cywilizowane królestwa mimo iż ogromne, nie zajmowały po prawdzie wielkiej części świata w porównaniu do ziem zamieszkałych przez Barbarzyńców. Nie mniej jednak żyło się tam lekko, a mieszkańcom tych krain doskwierały kompletnie inne trudy, niż problemy ludów pustyni. Do najpoważniejszych z nich należeli kupcy kładący resztę na ladzie zamiast na wyciągniętej do nich dłoni, budzenie się z drzemki kiedy za późno już na śniadanie, a za wcześnie jeszcze na obiad oraz naturalnie fakt, że chrupki i dip nigdy nie kończą się w tym samym momencie. 

Duży wpływ na ten stan rzeczy miało to, iż obywatele Imperium Cywilizancjum posiedli sekret obróbki cieplnej Bigosu – niemal magicznego nawozu, który sprawiał, że jałowa ziemia tego świata stawała się znów żyzna i płodna jak samica Karczownika Ziemnowodnego w czasie rui.

A jak wiadomo, kto kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat. 

Perła w koronie Północy – Libancjum, stolica Imperium, była najbardziej wysuniętym na zachód jego królestwem. To tam w sali z pomarańczowego kamienia, spoczywał na swym ebonitowym tronie Cesarz Ochlawian, ojciec Nelli, na którego pomoc w walce z Zesraelem liczył tak bardzo Gregoroth. I choć Walwryjka Żentyca, wieloletnia przyjaciółka i wojownicza służebnica księżniczki, zapewniała wodza Barbarzyńców, że gdy przyjdzie czas, zastępy wojowników z Północy zjawią się by wesprzeć w decydującym starciu ich wojska, obietnica tego wsparcia płowiała z każdym kolejnym dniem coraz bardziej niczym poranna mgła. Stawała się tak nierealna i ulotna jak wizja godnej emerytury dla prywaciarzy. 

Coraz częściej myślał więc Gregoroth o Libancjum jak o jakiejś wyśnionej, nierealnej krainie z cyklu umiarkowanie zabawnych opowiadań o dalekich i niemożliwych krainach. Czy mieszkańcy tamtych zieleniejących się ziem pamiętali w ogóle jeszcze o swojej księżniczce? Czy znaczyły coś dla nich lojalność i honor? Przecież to było tak dawno. Tak daleko. Tam przecież kończył się świat. Bo cóż było dalej? Tylko Wielki Ocean Zachodu i morskie siedziby hardych Wryjkingów i Walwryjek skute wieczną zmarzliną. 

Barbarzyńca znów pomyślał o Potopie, który zesłać miał na świat Zesrael. Dlaczego jeszcze tego nie zrobił? Co go powstrzymywało? Skoro mógł to zrobić i nie zależało mu już na tajemnicy Bigosu, na co, u Croma, on czekał? W jaką ohydną grę grał ten najnikczemniejszy z nikczemnych?

Gregoroth zwinął z uwagą mapę i ułożył ją u brzegu stołu. Choć jego cowieczorne wpatrywanie się w nią nie sprawiało, że spływało na niego olśnienie Starych Mądrych i plany bitewne nie tworzyły się w cudowny sposób same, wizerunek całego znanego mu kontynentu spoczywającego pod jego dłonią powodował, że czuł się dobrze. Nie dlatego, że jako Barbarzyńca w sposób naturalny zawsze pragnął rozbić w pył cały świat, widzieć jak ziemia kładzie się do jego stóp i zanosi się przy tym lamentem kobiet. Nie. Dlatego, że patrząc na kontury krain starannie utrwalonych na pergaminie uświadamiał sobie o jak wielką stawkę toczy się bój. 

Poza tym, wprost przepadał za ładnie wykonanymi rzeczami. Sądził nawet, że gdyby jakimś cudem udało się pokonać Nekromantów i wyczyn ten stałby się kanwą jednej z tych epickich powieści wydanych w twardej oprawie i z ilustracjami, taka właśnie mapa idealnie pasowałaby jako zwieńczenie ostatnich kart tej księgi.

– Tylko z tymi wydawcami się użerać… – Pokręcił głową Gregoroth i warknął pod nosem z obrzydzeniem – Nawet na moje nerwy to za dużo.

Drzwi otworzyły się z metalowym chrzęstem i do sali wpadły ostatnie wieczorne promienie martwego słońca. Na ich tle Gregoroth rozpoznał pokraczną sylwetkę, która pospiesznie wtargnęła do wewnątrz i zatrzasnęła za sobą ciężkie rzeźbione wrota. Przytłaczające swoją wielkością wnętrze budynku, który kiedyś Starzy Mądrzy nazywali “Kościołem” znów oświetlało tylko rozedrgane światło wielu dopalających się świec. Obraz ten podyktować musiał w jakiś niewyjaśniony sposób przybyszowi coś na wzór pokory czy wręcz bojaźni bo ten zwolnił krok i sunął teraz po chłodnej posadzce z widocznie mniejszym pośpiechem niż gdy wstępował w jego progi. Pomyśleć, że miejsce to, w którym ongi odprawiano pełne nadziei pobożne modły, dziś stało się kwaterą, gdzie przyszło opracowywać Gregorothowi plany wojenne. Była to jego osobista świątynia zemsty. “Gdy proszono tutaj o pokój, bóg Starych Mądrych nie słuchał ich. Pozostawał też głuchy gdy tamten dawny świat się kończył. Być może posłucha gdy usłyszy żądanie wojny i krwi?” – Gregoroth uśmiechnął się sam do siebie i zapomniał na chwilę, o przybyszu. Starzec zdążył już dotrzeć do podwyższenia w nawie, w której Gregoroth kazał ustawić palenisko i ogrzewał teraz drżące z zimna wątłe kończyny.

– Co powiedział Grzyb z kabiny prysznicowej, Pustelniku? – Zapytał bezceremonialnie i ostro. Na powrót przyzwyczajał się do używania tego tonu. Tonu przywódcy.

Starzec odwrócił się do swojego wodza i pokręcił głową mamrocząc coś chyba jedynie do siebie. Spod jego kaptura, który chronił go przed burzami pyłowymi wystawał zaledwie tylko czubek nosa i ciężko było go zrozumieć.

– Pustelniku! – Ryknął Gregoroth, którego cierpliwość kończyła się ostatnimi czasy wyjątkowo szybko –  Co powiedział Grzyb! Mów co rychlej!

Złapał kaptur pustelnika i zerwał go z jego głowy, odsłaniając wystraszoną brodatą twarz ukrytą za okularami tak brudnymi, że raczej na pewno były wyłącznie symbolem statusu plemiennego.

– Przemówił! Przecież mówię, że przemówił! – Wymamrotał pospiesznie starzec. – Powiedział, że… Niech no ja sobie tylko przypomnę, taki jestem…

Tutaj przerwał, bo spostrzegł, że na pobliskim stole, gdzie przedtem Wódz studiował mapę świata ustawiono misę z kromkami czarnego chleba i kielich wina, którego tamten nawet nie raczył tknąć. Jego oczy zapłonęły zza zakurzonych szkieł i Pustelnik już miał pognać w kierunku strawy jak wygłodniały pies, ale przypomniał sobie, że nawet jemu nie wypada takie zachowanie w obliczu Wodza Barbarzyńców. Rzucił więc pytające spojrzenie mniej więcej w kierunku, w którym szacował, że znajduje się twarz Gregorotha i wyczekiwał błagalnie przestępując z nogi na nogę. Nie obyło się również bez wystudiowanego teatralnego jęku żałości.

– Jedz, mordo. – Rzucił Gregoroth i wykonał dłonią gest obojętności. – Widocznie wiadomość od Grzyba może poczekać.

Starzec rzucił się na jedzenie jak wystrzelony z bieńczyckiej katapulty oblężniczej. Musiał nie jeść nic od długiego czasu, pomyślał Gregoroth. Zasoby armii zaczynały się kończyć szybciej niż to wstępnie wyliczył. Pustelnik wepchnął w gardło kilka kromek naraz i chwycił pucharek z winem. Wziął łyk, skrzywił się okrutnie, później zawahał się, wzruszył ramionami i w końcu wypił do dna. Pić też nie pił dawno, widocznie. 

– Wina w koszarach już nie dają? – Zapytał Gregoroth. Wiedział, że kiedy wszyscy zgromadzeni w obozie wojowie zaczną trzeźwieć, pojawią się niewygodne pytania o to jaki jest właściwie plan oblężenia Szkieletora. A szczegółów tegoż planu było obecnie jeszcze mniej niż obozowej strawy i wina. Była to sytuacja o tyle niebezpieczna, iż jedynym co obecnie spajało ze sobą tę menażerię różnych ras i nacji, był wątły pakt o nieagresji wypracowany właśnie na kamieniu węgielnym wspólnej libacji. Gdyby skończył się alkohol, losy Sojuszu mogłyby stanąć pod znakiem zapytania.

– Ano, nie dają już  – Powiedział Starzec i beknął, a beknięcie jego wypełniło aż po sklepienia pomieszczenie czymś zupełnie innym niż niebiański splendor. – Herszt Chobołdów z Gminy Boboń, Maślany Gorgo, wysłał nawet jeden swój oddział harcowników z misją, żeby szukali jakiegoś monopolowego w przełęczy i go złupili, ale nikt z nich nie wrócił. Natknęli się na oddział nekromanckich Kościotrooperów a ci zrobili im z dup jesień postapokalipsy.

– Na Croma! – Gregoroth zacisnął w gniewie swoją jedyną pięść – Przeklęte Chobołdy! Nikt ze mną tego nie uzgadniał! Już ja się kurwa policzę z tymi…

Wtem drzwi znów otworzyły się z hukiem i do sali wpadła ogromna smagła postać przypominająca potwornego górskiego giganta, a zaraz za nią, próbując ją chyba desperacko powstrzymać, inna, tym razem kobieca. Wskoczyła olbrzymowi na plecy, uczepiłą się silnymi nogami i okładała go pięściami co sił. Ten jednak nie zwracał na nią kompletnie uwagi, zupełnie jakby była zaledwie insektem na jego grubej niczym kamień skórze. Kiedy jednak w końcu odkrył, że niesie na swoim cielsku natrętną gapowiczkę, pochwycił kobietę i wgniótł ją w podłogę jednym ruchem. Dopiero teraz kiedy jęknęła z bólu i zaklęła po walwryjsku, Gregoroth rozpoznał w niej Żentycę.

– O wilkorożcu mowa. – Pustelnik wskazał na olbrzyma, napchał w usta resztę kromek z misy i wlazł pod stół.

– A ty co, do cholery? – Zdumiał się, Gregoroth. – Odbiło ci? To tylko jeden rozwścieczony Chobołd. Jeszcze w dodatku na okrutnym kacu. Aż tutaj czuć.

– Ano, chodzi o to, że mam tutaj jeszcze trochę chlebka do przeżucia, drogi panie, a nie trzeba być plemiennym mędrcem, żeby dojrzeć, że kroi się mordobicie. – Wymamrotał Pustelnik plując kaskadami okruchów. – Absolutnie nie zwracajcie na mnie uwagi. Udawajcie wręcz, że mnie tu nie ma. Dosłownie. Błagam.

I wczołgał się głębiej pod stół.

– Gregoroth! Mīru oka koḍuku! – Olbrzym rozłożył w gniewie swoje gigantyczne łapy tak, że ledwie mieścił się w głównej nawie i ryknął na całe gardło, aż cała budowla zadrżała w posadach. – Nā raitulu ēḍu! Ja siedmiu najlepszych chłopa stracił!

Gigant uniósł starą drewnianą ławę w swoje obłe ramiona i rozłupał ją na dwie części tradycyjnym bobońskim uderzeniem “z twarzy”. Tak rozbite na pół siedzisko cisnął w kierunku wodza Barbarzyńców. Szczątki runęły zaraz obok Gregorotha. Jeśli ten nie schyliłby się w odpowiednim momencie z pewnością zmiotłyby go z nóg i przygniotły pod swoim ciężarem.

– I ty masz pretensje do mnie, ty boboński chuju?! – Krzyknął Gregoroth – Tylko zdurniały Chobołd szuka monopola na ziemi opanowanej przez siły Nekromantów! Poza tym koniec świata był durniu! Całodobowe też pozamykane!

Maślany odpowiedział tylko dzikim zwierzęcym wrzaskiem. Jego oczy zapłonęły szaleństwem i Gregoroth już wiedział, że w jego prostym umyśle zapanowała kompletna pustka, którą w mig wypełniła wściekłość. Chobołd naparł naprzód niczym wielki wykolejony moralnie pociąg, a gdy dobiegł do Wodza Barbarzyńców nie było już możliwości by go zatrzymać – Pochwycił swoimi grubymi paluchami Gregorotha i miotał nim jak szmacianą lalką, tłukąc nim po ścianach wyjąc przy tym jak wściekły goryl śnieżny z silnym zapaleniem zwieraczy odbytu, któremu ktoś zasadził kopa. W końcu uderzył swoim przywódcą o ziemię, pochylił się na nad nim nie przestawając ryczeć, aż w końcu zbliżył swoją wielką płaską mordę na taką odległość, że mógł swobodnie odgryźć Barbarzyńcy głowę. Spontanicznie postanowił, że skorzysta z tej sposobności. Jak to Chobołd bowiem, nie lubił mitrężyć i trwonić czasu na mrzonki o misternym planowaniu.

– Mī mukhaṁ nādi! Twoja morda mieści się w mojej! Giń!

Już miał zacisnąć szczękę, kiedy w ostatnim momencie Gregoroth otrząsnął się z oszołomienia.

– Zaraz zmieści się tam coś innego, głąbie… – Wychrypiał.

Błyskawicznym ruchem wyciągnął zza pasa sztylet i szybko wbił go gigantowi w podniebienie, wrażając rękę w pysk bestii aż po sam łokieć. Przez chwilę martwił się, że straci i drugą dłoń, ale na szczęście Maślany Gorgo wyprostował się jak długi i wył w niebogłosy, próbując wyciągnąć ostrze z krwawiących ust. Niestety jego gigantyczne, masywne jak dwa kafary pięści nie mieściły się w wąskiej cieśninie w fasadzie zębów. Gregoroth wstał z ziemi i uśmiechnął się szpetnie.

– Wyciągnę go, jeśli obiecasz mi, że się uspokoisz. – Zaoferował.

– Prohę! Yjmij go! Tak baydzo e boji! – Jęczał olbrzym.

– A będziesz grzeczny i będziesz słuchał kurwa rozkazów? – Upewnił się Gregoroth i zbliżył się do Chobołda ostrożnie, z wyciągniętą jedyną dłonią jak szwoleżer uspokajający ogarniętą paniką bestię.

– Ak! – Obiecał Chobołd ze łzami szczerej i dozgonnej lojalności w małych czarnych ślepkach. – Nie moę o sam wyjąć bo mam a małą buzię!

– I zrobisz co ci każę?

– Zoę co esz, tyko go yjmij!

– Przepraszam, czy my w czymś przeszkadzamy?

Gregoroth odwrócił się gwałtownie i spojrzał na tłum obcych wojowników, którzy wypełniali teraz katedrę aż po nawy boczne. Poczuł jak nieprzyjemne ciepło zażenowania wdziera się na jego lico, bo trzymał właśnie rękę aż po łokieć w przepastnej gębie śliniącego się olbrzyma. Ostatni raz przyłapano go na czymś bardzo podobnym lata temu, w zamtuzie “Pod Rdzawą Renatą”. Ale to przecież było lato miłości 2004…

Wyszarpnął sztylet pośpiesznym ruchem, któremu daleko było do chirurgicznej zręczności. Gorgo gruchnął na kolana i począł wyć jeszcze głośniej, niczym ofiara sadystycznego Masarza z Blaviken. 

– Jeśli w czymś przeszkadzamy, możemy wrócić później kiedy już skończysz, panie. – Odezwał się stojący na czele gromady jasnowłosy wojownik o dorodnych, zaplecionych w warkocze wąsach.

– Już skończyłem. To znaczy… nic takiego nie…. – Ukrywał bezskutecznie zmieszanie Gregoroth – Kim jesteście? Co tutaj robicie?

– Gregorocie, wodzu Barbarzyńców, przybywamy w pokoju. – Z namaszczeniem oświadczył mężczyzna – Chcemy przyłączyć się do walki przeciwko siłom Zesraela. Ja nazywam się Namaxawix. A to moi wierni wojowie.

– Namaxawix? Król Namaxawix?- Skonsternował się Gregoroth. – Czyli jesteście…?

– Tak. – Przytaknął z dumą wojownik – To my. Technogalowie. Cieszy mnie to, że słyszałeś o nas, wodzu Barbarzyńców.

Istotnie, Gregoroth słyszał nie jedno o dzielnych i bitnych Technogalach z dalekiego wschodu. Lud ten słynął z prawdziwie imponującego zamiłowania do walki, które przewyższało chyba tylko ich upodobanie do mistycznych i mrocznych całonocnych rytualnych imprez, podczas których Techno-guślarze i inni ludowi artyści wykonywali muzykę elektroniczną, a stoły uginały się od kopców mefedrolandryn.

– Oczywiście, że słyszałem… – Uśmiechnął się Gregoroth starając się o serdeczny wyraz twarzy – To wielki zaszczyt, królu Namaxawixie.

– Wybacz to najście podczas… – Namaxawix wskazał na olbrzymiego Chobołda, który siedział teraz w kucki pod ścianą i kiwał się żałośnie starając ukryć się we własnych objęciach. Obok niego stał Pustelnik i  gładził czule jego masywny zapłakany łeb.

– To nic. I wybaczcie, właściwie to moja kapitan powinna was zapowiedzieć… – Gregoroth rozglądnął się nerwowo po sali w poszukiwaniu Żentycy.

– Mówisz panie, o tej Walwryjce wgniecionej w posadzkę? – Namaxawix wskazał na podnoszącą się teraz z ziemi, obolałą wojowniczkę. Pośród drużyny Technogalów, tam i ówdzie, słychać było cichy rechot.

– No cóż… – Wzruszył ramionami Gregoroth, podszedł do stołu i nalał sobie wina. Potem ciężko usiadł i wzniósł kielich w kierunku przywódcy przybyszy. – Wiem. Nie wygląda to najlepiej. Moglibyśmy kilka rzeczy usprawnić, zwłaszcza organizacyjnie, ale niech tam. Za pierwsze wrażenie!

Wychylił kielich i rzucił nim o podłogę. Trunek rzeczywiście był paskudny.

– Nie przejmuj się Gregorocie. Tak legendarny wojownk jak ty nie musi przejmować się trywializmami. Słyszałem wystarczającą ilość pieśni o twojej waleczności, żeby wiedzieć, iż nie przybyliśmy tutaj na darmo. – Uśmiechnął się Namaxawix i podniósł z ziemi kielich, który zrządzeniem losu wprost z dłoni wodza Barbarzyńców potoczył się aż pod jego stopy. Skinął władczym ruchem na stojącego za nim sługę, a ten pospiesznie wyciągnął spod płaszcza bukłak i przekazał go swojemu panu. Mężczyzna odkręcił naczynie i wlał do kielicha wonny brunatny płyn. Potem podszedł do Gregorotha i wręczył mu na powrót napełniony puchar.

– Wierzę, że rychle staniemy się przyjaciółmi. – Zapewnił Technogal i dodał – Mordo.

Zdumiony Gregoroth przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Jego serce przepełnił nagle jakiś dziwny spokój. Ujął w dłoń podarek od swojego nowego sojusznika i zanurzył w nim usta. Obce wino rozlało się rozkosznie po jego gardle. Smakowało jak jeden z najpowabniejszych trunków jakich kiedykolwiek smakował. Bez trudu rozpoznał rocznik. Był to wtorek. Być może nawet pochodzi z półki wyższej niż najniższa – pomyślał.

– Byłbym wtedy rad, Technogalu Namaxawixie – Zaśmiał się gromko Gregoroth – Zwłaszcza jeśli przynosicie ze sobą więcej tego napoju! Moi ludzie trzeźwieją!

Oboje wybuchnęli serdecznym śmiechem, lecz po niedługim momencie wymianę życzliwości nagle przerwał przeszywający odgłos bojowego rogu, który grzmiał gdzieś w oddali tak przenikliwie, że zarówno Gregoroth jak i Namaxawix spoważnieli w mgnieniu oka. Obaj wojownicy natychmiast zaczęli nasłuchiwać dźwięku jak myśliwskie charty, które usłyszały zbliżającą się zwierzynę. Barbarzyńca spojrzał na swoją kapitan, która stała teraz już w pełnej gotowości i wyczekiwała rozkazów. 

Żentyca pomimo całej swojej Walwryjskiej buńczuczności była dobrym żołnierzem i spisywała się jako najbliższe Gregorothowi ogniwo w łańcuchu dowodzenia. Choć z natury była nonkonformistką, miała ogromne poczucie obowiązku wobec armii i swojego przywódcy. Zdumiewało to Gregorotha, bo wiedział, jakie Walwryjka podejście ma do patriarchatu i mężczyzn w ogóle, ale rozumiał, że w obliczu zbliżającej się wojennej zawieruchy gotowa była na kompromisy. Z trudem i wbrew sobie, ale była. Pozostawiła sobie tylko mały azyl, wentyl bezpieczeństwa. Zaraz po przyjęciu rozkazów, czasami szeptała cicho pod nosem jakieś zbitki walryjskich przekleństw, albo po prostu pojedyncze słowa typu “cipa tam”. Mała anarchia, niewielkie acz znaczące dla niej weto. Gregoroth przymykał na to oko. Wiedział, że słówka te nie są właściwie adresowane do niego,  ale do jakiegoś wyabstrahowanego męskiego ogółu. Był to jej mały prywatny bunt wobec stanu rzeczy w armii Barbarzyńców, dzięki któremu wciąż pozostawała przy zdrowych zmysłach. I wciąż zachowywała tak ważną przecież dla Walwryjki godność. Godność, na którą tak często nie ma miejsca podczas krwawej wojny na wyczerpanie.

– Żentyco, ze mną. – Rozkazał Gregoroth i ruszył pospiesznie w kierunku wyjścia z katedry. Walwryjka kiwnęła głową, szepnęła prawie bezdźwięcznie słowo “dupa” i żywo dogoniła Barbarzyńcę. Władca Technogalów zareagował błyskawicznie i pozostawiając swoich wiernych wojowników samych sobie, również dołączył do nich.

– Znasz ten róg? – Zapytał Gregorotha doganiając go – Wiesz kto to?

– Wiem. – Przytaknął Gregoroth i wyszczerzył zęby – Jeszcze więcej przyjaciół, Namaxawixie. Dziś zdobędziesz ich kilku.

Zdumiony obrotem zdarzeń Technogal uniósł brwi i bez słowa wyszedł na zewnątrz dotrzymując kroku wodzowi i jego pani kapitan. Sądził, że to on będzie dzisiaj największą niespodzianką dla Gregorotha Barbarzyńcy, jednak los wojownika jeszcze raz pokazał, że lubi przynosić zaskoczenie. Nie mógł powstrzymać się od gestu zacierania rąk z nagłego podniecenia, które ogarniało go na myśl o enigmatycznej odpowiedzi Gregorotha. Uwielbiał poznawać nowych przyjaciół. Zwłaszcza kiedy był pod wpływem mefedrolandryn i kiedy ci nowi przyszli przyjaciele lubowali się bojach i rzezi przynajmniej w jednej setnej tak samo jak on. Poza tym po prostu miał ochotę dotykać obcych.

Z tej strony budynku będącego sztabem dowodzenia lepiej było widać jałową równinę, która wszędzie gdzie tylko było to możliwe roiła się od mieszanki barbarzyńskich narodów. Całe to wielkie zgromadzenie, być może nawet największe w postapokaliptycznej historii świata, tonęło teraz w mroku chłodnej pustynnej nocy. Tylko gdzieniegdzie rozpalono błyszczące latarnie i ogniska. Wartownicy przechadzali się po wyznaczonych im trasach otuleni w grube zwierzęce futra, które ledwie radziły sobie z tutejszymi temperaturami, po zmroku spadającymi na łeb na szyję. Zgromadzeni pod różnobarwnymi sztandarami, w wielką wielotysięczną armię, w większości wypoczywali teraz odchorowywując całodzienną pijatykę w rzędach namiotów i szałasów, pośród stosów broni, pęków włóczni zetkniętych w ziemię i ustawionych na sztorc niczym jakiś niegościnny las. Inni zaś cisnęli się na skraju biegnącej od stóp katedry drogi, pozdrawiając swojego władcę podniesionymi w górę czarami wina. Niektórzy z wojowników, co bardziej zaaferowani i trzeźwiejsi, parli też na zachodnią część doliny, skąd usłyszeli nieznane im dotąd dźwięki egzotycznych bojowych rogów.

– Myślisz, że to oni? – Zapytała Gregorotha Żentyca.

– Oby tak. Najwyższy czas. –  Odparł Barbarzyńca, a w głosie jego słychać było wielkie wyczekiwanie i resztki cierpliwości wystawionej na próbę kilku ostatnich długich tygodni.

– O kim wy mówicie? Kto jedzie? – Nie posiadał się z niecierpliwości przywódca Technogalów.

– To Weganie! – Poczęli krzyczeć nagle zgromadzeni w dolinie wojownicy i zapanowała wielka wrzawa wiwatów i radosnych obwieszczeń o tym, że bojowe plemię Wegan dotrzymało danej obietnicy i przybyło na wezwanie Sojuszu.

Gregoroth uśmiechnął się jeszcze szpetnej niż zwykle. Spojrzał na Żentycę i zobaczyła ona, że jego wzrok stał się teraz jasny i bystry jak kiedyś. Jakby wstąpiła w poturbowanego przez niefortunne wypadki Barbarzyńcę zupełnie nowa siła i energia. Zdecydowanie widok ten dodał jej otuchy i najzwyczajniej… ucieszył ją. Być może w oczach wodza zaczynała tlić się nadzieja? A może po prostu wzrastało przed nimi właśnie wyobrażenie największej jatki w historii?

– Niech mnie! – Złapał się za głowę Namaxawix i pociągnął nerwowo nosem – To naprawdę Weganie! I mają ze sobą sojowe golemy! I mchowego mecha! Jak udało się wam ich tutaj kurwa ściągnąć?! Nawet do nas na Zielone Świątki Hardstajlu nie przyjeżdżają!

– To długa historia, przyjacielu, kiedyś jeden z nich ugryzł mnie w dupę i potem zrozumiałem, że bycie człowiekiem to przede wszystkim… – Zaczął wyjaśniać Gregroth kiedy nagle zza jego pleców wyskoczył Pustelnik i odciągnął go na stronę. Wódz Barbarzyńców nie ukrywał poirytowania i gotów był zdzielić Starca przez jego kudłaty łeb, ale ten pospiesznie rzucił:

– O tym właśnie mówił Grzyb! Już pamiętam!

– O czym, na Croma! – Syknął przez zaciśnięte zęby Gregoroth i odwrócił się pospiesznie by przelotnym kurtuazyjnym uśmiechem zapewnić Namaxawixa, że już zaraz dokończy mu opowieść o śladach wegańskich zębów na pośladku. – Nie widzisz stary pierdolcu, że rozmawiam?

– Grzyb z kabiny prysznicowej przysłał mnie do ciebie z przestrogą! On się nigdy nie myli! – Gorączkowo trajkotał mędrzec. – Fałszywy sojusznik już wdziera się do twojego obozu, panie!

Twarz Gregorotha zbladła i nabrała marsowej powagi.

– Twierdzisz więc starcze, że… – Wycedził powoli i z trwogą.

– Zostaniesz zdradzony, Gregorocie Barbarzyńco! – Odpowiedział Pustelnik. – I prawdopodobnie na końcu umrzesz!

]]>
https://barbario.net/tom-trzynasty/feed/ 0
Tom Dwunasty https://barbario.net/bwo12/ https://barbario.net/bwo12/#respond Sat, 18 May 2019 16:00:03 +0000 https://barbario.net/?p=496 Gregoroth zacisnął pięść. Poprawił chwyt na drzewcu i trzymał go tak mocno, że jego knykcie stały się niemalże białe, kiedy odpłynęła z nich krew. Potem wyprostował się i z całej siły uderzył. Ostrze opadło z potężną siłą. Wziął zamach i ponowił. Ostrze rąbnęło z wizgiem. Barbarzyńca ignorował paraliżujący ból, który promieniował na całe jego ciało. Naprzód. Musiał dokończyć co zaczął. Nie było innego wyjścia. Wziął kolejny zamach. I znów. I znów. Posuwał się mozolnie do przodu zostawiając na ziemi za sobą ślad swojej tężyzny. Teraz kiedy zmęczenie wtargnęło do jego umysłu, zrozumiał, że jego myśli jaśnieją i pierwszy raz od dłuższego czasu nabierają ostrości i precyzji. Zrozumiał, że bił już bez gniewu. Dopiero uczył się nad nim panować, a było to trudne. Dotąd dawał się opanować jego niszczycielskiej mocy i szybował na jego skrzydłach, pozwalając by niósł go jak wielka wściekła ziejąca ogniem bestia. Podczas walki szaleństwo nigdy go nie zawiodło. Kiedy tracił zmysły, robił to na poczet swojego miażdżącego zwycięstwa. Teraz nabrał morderczej precyzji. Szaleństwo ustąpiło wyrafinowanej technice. Każdy ruch był miarowy, oddech spokojny a ostry jak brzytwa umysł planował każde kolejne posunięcie. Wiedział, że wszystko to co się stało zmieniło go na zawsze, ale nie wiedział jeszcze w jaki sposób. Pewnym był natomiast tego, że dziś nadejdzie dzień kiedy ukończy swoje największe dzieło. Niemalże czuł już smak zimnego piwa, przy którym opowiadać będzie o swoim zwycięstwie.

Zawsze bał się spokoju. I kto by pomyślał, że to właśnie spokój, który przyniosło mu odrzucenie barbarzyńskich wartości i tajemnic da mu potęgę, o której wcześniej nawet nie marzył. Nową, nieznaną potęgę. Dziś, w skwarze, który toczył się na niego z niebios niczym niegdyś tabuny wrogów, zrozumiał, że odkąd zamienił swój miecz na motykę, tylko tak mógł przepędzić ze swojego życia cienie, które z wolna niszczyły jego duszę.

Gardził uprawą ziemi, ale właśnie dzięki niej, w końcu czuł, że dzień w którym poległ jego kompan może odejść w przeszłość. Pamięć o tym, że zawiódł nie tylko jako przyjaciel, ale także jako wódz Barbarzyńców, którym niegdyś był, sprawiała, że pożądał dla siebie śmierci tchórza. Choć nie udało mu się wtedy, tam na szczycie Szkieletora, pomścić swojego druha, czuł, że jest inny sposób by jego poległa bohaterska dusza zaznała spokoju. Rozwiązaniem była śmierć sama w sobie. Martwe rzeczy powinny takie pozostać. W to wierzyli przecież Barbarzyńcy i tą naturalną kolej próbowali wypaczać Nekromanci.

Śmierć zabiera całe cywilizacje, bohaterskich wojowników i nawet idee, które kierują nimi na heroiczne wyprawy. Otchłań zabiera wszystko. Nie należy jednak z nią walczyć.

Malijczycy wierzą, że nie uchodzi wypowiadanie imion swoich poległych w rozmowach. Każde wspomnienie o nich, jest zakłócaniem ich wiecznego spoczynku. Jest przywoływaniem ich do naszego świata. Chyba tylko tak więc czarnoksiężnikowi można było zapewnić spokój: Pozwalając mu prawdziwie odejść i uznać, że wszelkie jego sprawy należą do przeszłości. A przeszłość winna być martwa. Wielu uznałoby Gregorotha za wiarołomcę, gdyby usłyszeli to co teraz uważał, ale nie wielu stało tam wtedy przed obliczem Mrocznego Pana i jego współplemieńców, którzy władali magią tak potężną, że samo wspomnienie jej spaczenia jeżyło włos na głowie. Gregoroth przeżył, ale trudno mu było przyznać, że uszedł z życiem z tej potyczki. Potyczki, która złamała w nim ducha. Tam w Szkieletorze, Gregoroth zostawił na zawsze część siebie. Został pokonany. Zesrael zwyciężył.

Gregoroth wytarł pot z czoła swoją jedyną dłonią. Starł wilgoć ze skóry i poczuł jak jego spracowane palce suną po okaleczonej twarzy, którą znaczyła teraz wielka blizna. Zarówno jego kalectwo jak i ta osobliwa ozdoba, były pamiątką, dzięki której nigdy nie zapomni swojej walki z władcą Nekromantów. Cisnął motykę na ziemię i odwrócił się by ocenić swoją dzisiejszą pracę.

Trzydzieści mórg, dziewięćdziesiąt źrebów i dziewięć łokci kwadratowych. To o połowę więcej niż mieli przed burzą pyłową, która zniszczyła wszystko zeszłej wiosny. Teraz trzeba było to wszystko zaorać. Jak co roku od trzech, czy czterech lat. Trudno było się połapać. Czas na pustkowiu płynie w sposób pokrętny i zdradliwy, nawet jeśli twoje dni wypełnia odliczanie siewów i zbiorów. Zbiorów przeraźliwie marnych i podłych. Owszem, kto kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat. Ale Wszechświat był tylko zbiorem kamieni i pyłu. To żadna władza. Być może gdyby księżniczka znała całą formułę tajemnicy obróbki cieplnej tego cudownego nawozu wspólnie mieliby szansę by  stworzyć dzieło na miarę ogrodów Cywilizancjum, ale los sprawił, że mogli o nich tylko marzyć i godzić się z tym, że nigdy nie zobaczy ich ani on ani ona.

To dziwne, pomyślał Gregoroth, czasami wciąż w myślach nazywał ją Princpolonellą, chociaż już dawno kazała nazywać się po prostu „Nella”. Zmieniała się, ale pomimo czasu, który spędzili na tułaczce i ukrywaniu się przed sługami Nekromantów wciąż pozostała butna i niepokorna jak kiedyś, kiedy nosiła na głowie książęcy diadem Libacjum. Ileż to razy Gregoroth wmawiał jej, że powinna powrócić do domu. Do Cywilizancjum. Wiedział jednak również, tak dobrze jak i ona, że jest to niemożliwe. Sługi Zesraela przeczesywały całą krainę i rosły w siłę, odcinając wszelkie możliwe trakty do Imperium Północy. Crom jedyny wiedział, czy wielki imperialny pałac cesarza wciąż jeszcze stał. Crom jedyny wiedział, dlaczego i oni żyli skoro Zesrael nigdy nie został pokonany. Dlaczego nie zrealizował swojego planu? Dlaczego wszystko nie zniknęło w odmętach potopu, którym zalać miał cały świat. Czy to była gra? Czy to jakiś cyniczny kaprys tego wszechmocnego maga śmierci?

– Nie pogardziłbym chociaż kroplą wody. Nawet słonej. – Powiedział Gregoroth wyżynając ostatnie resztki cieczy ze swojego bukłaka.

W oddali, w połowie pola, na którym uprawiał roślinność, której nazwę znała tylko Nella, zobaczył małą szarą włochatą kulkę. Swoimi zręcznymi rączkami wkładała nasiona do ziemi, a potem przeskakiwała do kolejnej bruzdy by powtórzyć powierzone jej zadanie.

– Koczkodan osiwiał do reszty po śmierci swojego pana. – Wychrypiał Gregoroth sam do siebie. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarzało. Być może to był wpływ słońca pustkowi, być może po prostu zaczynał się starzeć. – I pije skurwiel coraz więcej.

– Hej! Małpo! – Krzyknął Gregoroth i pomachał swojemu jedynemu pracownikowi. Kiedyś zatrudniał dziesiątki wojowników. Dziś został mu jeden cercopithecus neglectus. I to na umowę o pracę, którą wymusił. – Na dziś wystarczy! Wracamy do domu!

Koczkodan wypluł z obrzydzeniem resztę nasion, które przechowywał w swoich workach policzkowych, machnął łapą i poczłapał w kierunku skromnej, rozpadającej się chaty położonej na wzgórzu ponad polami. Inaczej to sobie wyobrażał. Czuł, że stać było go na więcej.

Martwe słońce skłaniało się już ku zachodowi, a wiatr niósł nieodgadnioną woń wieczornych zapachów. Gregoroth znajdował w nich ukojenie. Niewiele rozmawiając z koczkodanem, posępnie i ciężko stawiał kroki ku swojemu upragnionemu posłaniu. Znajdował w tym codziennym rytuale pewną dziwną ulotną subtelność, która intrygowała go. Wszystko było takie proste, a takie nowe. Zwędrował całą pustynię, widział i mordował rzeczy, o których nie śniło się botanikom i zoologom, a teraz odkrywał poezję tego co najbardziej prozaiczne.

Nagle jego medytację przerwał nowy bodziec, który wdarł się do jego wyciszonego umysłu przez nozdrza. Gulasz z susła stepowego. A więc Nella wróciła z polowania. Musiał przyznać, że coraz lepiej radziła sobie z łukiem. I z toporem. I z włócznią. I z korbaczem. I z młotem bojowym.

Gregoroth zmrużył oczy by przebić wzrokiem wieczorną szarówkę i ujrzał drobną kobiecą sylwetkę, która wynurzyła się właśnie z chaty by powitać wracających ze znoju mężczyzn. Nabrała krzepkości, pomyślał Gregoroth. Być może to przez surowe życie, które teraz wiodła. A może i przez jej stan, który ci szaleńcy z Cywilizancjum nazywali z niewiadomych powodów „błogosławionym”?

– Upolowałaś susła stepowego. – Mruknął Gregoroth ukrywając dumę – Brawo. Stajesz się dobrą tropicielką, Nella. Oby tak dalej.

– Jestem wojownikiem, nie tropicielem. Ty też nim jesteś. – Naciskała księżniczka – Przynajmniej kiedyś nim byłeś.

– Światu nie potrzebni są już wojownicy. – Ta ciągła dyskusja nużyła już Gregorotha – Wszelkie wojny przegrane.

– Musimy być gotowi na wszystko. – Upierała się – Kiedyś nas tutaj znajdą. A wtedy będziemy musieli znów stanąć do walki.

– Z takim brzuchem? – Zarechotał ponuro Gregoroth – Nie zdałabyś się na wiele. Dupą gnieść to orzechy można, nie czaszki.

– Odezwał się. Jesteś kaleką, staruszku. – Dworowała sobie Nella – Jeśli chcesz się zmierzyć pójdę do środka po swój młot bojowy.

W jej głosie słychać było wyczekiwanie pełne nadziei.

Gregoroth puścił tę niezręczną uwagę o kalectwie mimo uszu. Uśmiechnął się do księżniczki i bez słowa spuścił głowę. Póki udawali martwych, byli żywi. Tak uważał, ale gorącokrwista dziewczyna nie podzielała jego zdania. Wszedł do chaty, przepychając z drogi księżniczkę jedynym zdrowym ramieniem. Wewnątrz panował przyjemny półmrok, który pozwalał odpocząć oczom zmęczonym monotonią pustkowi. Cztery posłania, kilka koszy i stek żelastwa był wszystkim co mieli. U belek wspierających sklepienie wisiały skóry upolowanych przez Nellę rzęsorków, żółwiaków i susłów, a także suszące się kawałki grzybów skalnych. Po środku paleniska ustawiony był kocioł, a w nim gotował się gulasz z susła stepowego. Gregoroth wciąż nie rozumiał jak Baranorh potrafił z kilku chwastów znalezionych pomiędzy gruzem i odrobiny grzybów stworzyć przyprawy, które suśle mięso potrafiły przeobrazić w potrawę, jakiej nie powstydziliby się nawet Królowie Północy.

Jednoręki wojownik zaciągnął się gęstą, pobudzającą wonią pożywienia i podszedł do swojego Rudomordego przyjaciela, mieszającego w kotle toporem. Nachylił się nad nim, upewnił się, że księżniczka niczego nie słyszy i szepnął.

– Na Croma, ona jest w dziewiątym miesiącu.

– Nie chce usiedzieć na dupie. – Zaśmiał się bezradnie Baranorh – Nosi ją. Nudzi jej się. Ty tak nie masz?

– Kiedyś. Teraz jesteśmy rolnikami, stolarzami, kowalami – Mamrotał Gregoroth – Na bogów! Ty jesteś kucharzem! Kiedyś tłukłeś ludzi, dziś kotlety z Prątozaura!

– No i co w tym dziwnego? – Parsknął Baranorh – Wszystko opiera się na kompozycji i dekompozycji. Zawsze miałem do tego dryg, tylko głupio było powiedzieć. Ciągle tylko napierdalać to, napierdalać tamto. Nie było momentu, żeby podzielić się zainteresowaniami. Innymi niż rzeź oczywiście. Apropos, królikora oprawiłeś?

– Jeszcze nie. – Odparł Gregoroth.

– No to na co czekasz, wodzu? – Zarechotał Baranorh.

– Na oklaski, kurwa. – Zrezygnowany Gregoroth usiadł ciężko na swoim posłaniu i westchnął. – A z księżniczką porozmawiaj. To w końcu twój bękart, którego nosi.

– Porozmawiam, porozmawiam. – Zapewnił Rudomordy z uśmiechem – Rozmowa to jest coś czego powinieneś częściej spróbować. Rozchmurzyłbyś się.

Potop czy nie, świat, który znał został rzeczywiście zniszczony. Wpatrując się w przestrzeń studiował teraz ten nowy, który rodził się na jego oczach. Czy rzeczywiście możliwe byłoby, że teraz zapanuje w jego życiu spokój i nuda? Tak miało to wyglądać?

Nagle powietrze przeszył monstrualny skrzek, który dobiegł do bohaterów z zewnątrz ich skromnego domostwa.

– To znów ona – Powiedziała księżniczka wściubiając tylko zaledwie swój zadarty nos do wnętrza chaty. – Postaraj się być miły Gregorocie.

– Miły, kurwa. – Gregoroth splunął na podłogę – Raz rozpierdolisz komuś na głowie taboret i już jesteś towarzysko napiętnowany do końca życia.

Barbarzyńcy wylegli z chaty i ich oczom ukazał się wielki cień przesłaniający ostatnie promienie martwego słońca. Wieczór już się kończył, więc kształt, który mieli okazję teraz podziwiać przypominał płomienistego ptaka na zalanym krwią niebie. Kształt w końcu wylądował na ziemi i wszyscy zobaczyli ogromnego kościstego dziobatego gada. Miał połyskującą, wielobarwną łuskowatą skórę, a jego ogromne skrzydła pokryte były błonami. Na jego grzbiecie siedziała zakapturzona postać, która gdy tylko bestia dotknęła podłoża, rzuciła lejce i zeskoczyła ze stworzenia.

– Nigdy się nie przyzwyczaję do tego jebanego smoka – Wyznał Baranorh unosząc brwi.

– To jest gad. Pterodontyle to gady – Zakpiła Żentyca ściągając z głowy kaptur – Smoki są w bajkach i gównianej fantastyce dla stulejarzy.

Potężna Walwryjka stanęła naprzeciwko swoich dawnych kompanów wyprostowana i wyciągnęła zza płaszcza coś co przypominało okrągłe zawiniątko. Uniosła to do góry i rzuciła im pod nogi. Była to ludzka głowa. Głowa Nekromanty. Woń krwi i świeżego mózgowia przywołała wspomnienia, które dla Gregorotha były dopiero świeżo zasklepionymi ranami.

– Musicie walczyć – Rzuciła stanowczo Żentyca – Cywilizancjum wyśle do nas swoje wojska. Nie zostawią południowych krain na jego pastwę. Wiedzą, że Princpolonella wciąż żyje. Musimy być gotowi na ich ruch. Musimy wierzyć, że podejmą walkę. Musimy zebrać wojsko i uderzyć kiedy oni to uczynią. Weźmiemy ich w imadło. Musimy spróbować.

– Tyle razy mówiłem – Gregoroth wycedził z parszywością w głosie – Wypierdalaj z mojego piachu.

– Barbarzyńcy potrzebują wodza! – Wrzasnęła Żentyca nie dopuszczając do siebie uporu mężczyzny, którego weszło jej w krew ostatnio nawiedzać – Tylko razem możemy pokonać Zesraela! Wszystkie plemiona południa jednoczą się pod jednym sztandarem. Tylko ty możesz go ponieść!

– Przykro mi – Prychnął plugawie Gregoroth – Brak mi wolnej ręki. I nie wymawiaj tego plugawego imienia na mojej ziemi. I spierdalaj w ogóle. Suseł mi stygnie.

– Ty nazywasz to ziemią? – Żentyca zaśmiała się w głos – To pył! Nigdy nic tutaj nie urośnie! Księżniczko powiedz mu!

– Nie słucha mnie. – Wzruszyła ramionami Nella – Nie słucha nawet Baranorha. Jest głuchy nawet na własne myśli. Tępy chuj.

– Barbarzyńcy pójdą do walki z tobą lub bez ciebie. A wraz z nimi księstwa gminy Boboń, Czyżynheimu i Wpierdolburgu. – Walwryjka nie ustępowała –  Nawet Weganie potwierdzili swoją obecność!

– Weganie? – Gregoroth przywołał do swojego umysłu wspomnienie o tym krwiożerczym narodzie, który czerpał swoją niepohamowaną siłę z niejedzenia zwierzęcego mięsa. W przeszłości, jeszcze przed Zesraelem tylko oni potrafili poważnie mu zagrozić – Weganie chcą dołączyć do walki o Południe?

– Tak. – Skinęła głową Żentyca i stanęła wyprostowana niczym rasowy żołnierz. – Oferują nam dwa tysiące zbrojnych, czterdzieści sojowych golemów i jednego gigantycznego mchowego mecha.

– Weganie… – Zamyślił się Gregoroth i wymacał bliznę po zębach na swoim pośladku. – To byłaby siła.

Wojownik zaczął przechadzać się bez celu kalkulując coś w głowie i licząc na palcach.

– To byłaby wielka bitwa. Bitwa Siedmiu Armii! – Zagrzmiał w końcu Gregoroth. Iskra podniecenia z wolna zaczęła tlić się w jego głosie.

Wszyscy na chwilę zamilkli i poczęli wodzić wzrokiem w dezorientacji jakby próbowali rozgryźć to zagadnienie matematyczne w swoich umysłach.

– Sześciu chyba – Zaryzykował Baranorh.

– No to sześciu. – Machnął ręką Gregoroth i dalej dreptał okręgi rozmyślając.

Wszyscy czuli, że moment przełamania nadchodzi. Wystarczyło odpowiednio pchnąć i wódz Barbarzyńców znów mógłby stać się tym pełnym zaciętości, uzależnionym od przemocy człowiekiem, o którym legendy krążyły nawet daleko za granicami Południowych Krain. Nagle Gregoroth zatrzymał się jak sparaliżowany i spojrzał na swoje pole. Swoje największe dzieło. Opokę jego nowego życia.

– Powiedz mi, Nella – Zwrócił się cicho do księżniczki – Co my właściwie uprawiamy?

– To? – Zdziwiła się – To pszenica jara jest.

– Pszenica jara… – Powtórzył Gregoroth i uśmiechnął się. – A to chuj z nią, z tą pszenicą.

W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa.

]]>
https://barbario.net/bwo12/feed/ 0
Tom Jedenasty https://barbario.net/bwo11/ https://barbario.net/bwo11/#respond Mon, 29 Apr 2019 15:29:35 +0000 https://barbario.net/?p=491 – Jak można było do tego dopuścić? – Dziwiła się załamana Princpolonella, z niedowierzaniem kierując pytający wzrok ku wodzowi Barbarzyńców. Nie kryła pretensji. Gregoroth zaś zażenowania. Zwiesił nos na kwintę i warczał tylko jakąś bezsłowną mantrę odwetu. – Umiecie zabić Parchlatą Stonogę, a nie jesteście w stanie podołać jednemu mężczyźnie? Też mi wyklęta nacja skazana na tułaczkę i przemoc…

Pomimo ostrych słów barbarzyńca ignorował ją a łańcuch znów kołysał się u jej stóp. Powoli traciła wiarę w sukces jej ekipy ratunkowej. Pewna była jednego – jeśli uda jej się z tego ujść z życiem, taką im opinię wysmaruje na Targach Wojownictwa i Rzezi we Wpierdolburgu, że skończy się czas miecza i topora. Być może nawet odbiorą im licencję.

– Zakradł się do nas – Wydarło się z zaciśniętych warg Czarnoksiężnika Amadoububu – Jak podszyty kutasiarstwem, śmierdzący tchórz. Fuj kurwa!

– A wy daliście się podejść jak nieświadome niczego dzieci. Więcej nawet – Zarechotał chrapliwie mężczyzna w dziwnym hełmie szczelnie zakrywającym jego twarz. – Jak delikatne cioty!

– A ty se kurwa wiadro na łeb ubrałeś i jesteś mądry? – Baranorh szarpał łańcuchami, którymi skute były jego masywne dłonie. – Jak tylko pozbędę się tego żelastwa to rozetrę tę twoją tajemniczą zamaskowaną mordę po podłodzę. A potem zaaranżujemy coś czego elementem będzie oddawanie moczu na liczne rany otwarte i otarcia. I masz przejebane bo to będzie mój mocz i twoje otarcia. I poznasz co to piekło. Bo będzie cię kurwa piekło i szczypało. Oj będzie.

– Nie szarp się i morda psie! Myślisz, że to coś da?! Te łańcuchy są wykute z Turbostali! – Wrzasnął zamaskowany mężczyzna i szarpnął łańcuchem tak, że barbarzyńca prawie stracił równowagę. – Gdyby Mroczny Pan nie płacił mi za dostarczenie was żywcem już gnilibyście gdzieś poszatkowani jak mielonka z przymroczka pozłocistego. Doceńcie to, że jestem profesjonalistą i cieszcie się, że przywódca Nekromantów ma słabość do dramatycznych scen!

– Ten krwiopijca w jednym ma racje, Baranorhu Rudomordy – Odezwał się w końcu Gregoroth – Wiem, że masz go pod dostatkiem, ale oszczędzaj  swój gniew na spotkanie z naszym oprawcą. Przyda się kiedy tylko pozbędziemy się tych łańcuchów.

– Ha! Skąd wiesz, Gregorocie Barbarzyńco, że dojdzie do ich ściągnięcia! Może Mroczny Pan zechce w swoim okrucieństwie z miejsca wywiesić was za nie u szczytu Szkieletora by wiatr i burze pyłowe odarły wasze ciała do białej kości! – Śmiał się mężczyzna, który schwytał wodza Barbarzyńców i jego dziką bandę. Jego diabelski rechot rezonował metalicznie wewnątrz hełmu.

– Dojdzie do tego, nie martw się, Łowco. Dojdzie do tego. – Wycedził Gregoroth dbając o odpowiedni stopień parszywości wypowierdzi i uśmiechnął się szpetnie.

– Tobie na ryj dojdzie. – Uciął łowca nagród i pchnął wojownika, by ten przyspieszył kroku. – Dalej! Mroczny Pan czeka!

Mówili na niego Kabał Dęg ze wsi Łokcie. Był najsprawniejszym i najdroższym zarazem łowcą nagród w całym znanym postapokaliptycznym świecie. Wśród innych parających się tym fachem był nie lada osobistością – stanowił wzór dla każdego, kto profesjonalnie chciał zajmować się łowiectwem personalnym. Pracował tylko na kontrakt, stawiał warunki, które wyznaczały standardy biznesowego fair-play i nie psuły rynku branży swoimi cenami. Poza jego zdumiewającą skutecznością również jego wygląd odróżniał się pewną już ikonicznością w Związku Gildii Łowców Nagród. Na głowie nosił hełm, który rzeczywiście przypominał wiadro, i którego nigdy ponoć nie ściągał. Nawet podczas przerw obiadowych,  również przewidywanych zawsze w jego kontraktach. Na plecach przypięte miał dwa zakrzywione w haki miecze spięte ze sobą łańcuchem z Turbostali. Wokół ramienia obwiązany miał bicz a przy pasie lśnił mu także szereg różnych noży, szpikulców, kunajów, brzytew i brzeszczotów. Nosił je bo nosił, ale wyglądały. Z butów starczały mu zaś dwa okute żelazem Żubrołacze Rogi. Wierzył, że dzięki nim szybciej mu się chodzi. Nikt nie śmiał z tym dyskutować więc może i działało. Naturalnie, poza tym wszystkim, krył w kieszeniach i sakwach jeszcze wiele morderczego ekwipunku, którego wyliczanie tutaj zdecydowanie jednak zepsułoby tempo i rytm naszej opowieści.

– Słuchaj, mnie Łowco! – reagowała Princpolonella w akcie desperacji – Czy ty wiesz kim ja jestem?! Jestem księżniczka Princpolonella z Libacjum! Mój ojciec jest władcą całego Imperium Cywilizancjum! Wypuść nas! Zapłacę ci więcej niż ten kościsty zbol!

– Być może księżniczko, ale nie przekupisz mnie. – Syknął Kabał Dęg – W moim kontrakcie jest wyraźny ustęp o zakazie konkurencji. A ja zawsze wywiązuje się ze swoich umów. Dlatego jestem najlepszy.

– A to idź się podpal, koleś. – Rzuciła wierna Żentyca – Tylko pamiętaj, że nikt nie lubi mądrali. Będzie ci ciężko w życiu z takim podejściem. To znaczy o ile przeżyjesz dzisiejszą noc.

– Coś mi mówi, że ja przeżyję, Walwryjko. – Jego hełm skrywał uśmiech pewności. – A ty nie. Dostanę za was niemałą fortunkę.

– Ile?! Powiedz mi ile warta jest dla ciebie księżniczka Libancjum, ty łajzo! – Krzyczała rozhisteryzowana Princpolonella.

– Potraktuj to jako pochlebstwo, wasza wysokość – Zacharczał Kabał Dęg ze wsi Łokcie i westchnął – Całe siedem czyżyńskich pesos.

Wszyscy pokiwali głowami zgadzając się, że to rzeczywiście dużo, ale w granicach rozsądku i w dodatku nie psuje rynku. Princpolonella ukryła satysfakcje i wydęła usta pozorując obojętność.

Korytarz porwał nagle stromo w górę i bohaterowie odczuli, że powietrze gwałtownie zrzedło a temperatura spadła. Po schodach snuć zaczęły się splątane strumienie cieni, które biegły w dół niby jakieś upodlone stworzenia z minionej ery. To miejsce było najbardziej nieprzyjaznym i obcym w jakim do tej pory się znaleźli, ale mimo tego bardzo dobrze wiedzieli gdzie są. Zbliżali się do szczytu Szkieletora. Tu swoją posępną siedzibę urządził sam Mroczny Pan. I choć wizja spotkania go we własnej osobie łamała ich ducha, gniew jarzący się w ich sercach ciągle podsycał ogień nadziei na ucieczkę z tej czarnej stalowej twierdzy.

W końcu schwytani stanęli naprzeciwko ogromnych zdobionych drogocennymi kamieniami drzwi, których broniły dwa kościste olbrzymy. Kabał Dęg skinął na nich nie zniżając się do wydania im rozkazu słowem, a te w swoim hipnotycznym posłuszeństwie zerwały się by uchylić gigantyczne wrota. Gdy to się stało, ich oczom ukazała się sala tronowa Władcy Nekromantów – samego potężnego mistrza czarnej magii, śmierci i różnych innych dziwnych zboczeństw – Zesraela.

– Cokolwiek tam na nas czeka – Szepnął Amadoububu do swojego wodza – Przyjmiemy to jak członkowie tego samego wojowniczego plemienia. Plemienia, które zawsze silne było jak rzeka, Gregorocie. Może nie jak Odra ale przynajmniej jak Biebrza.

– Cieszą mnie te słowa – Uśmiechnął się wódz – Cokolwiek planują nie przyjdzie im to łatwo.

– A sprzątanie na pewno. Jak mam się już wykrwawić to będę krwawił jak dzika świnia. Nie doczyszczą nawet germańską chemią. – zaśmiał się Baranorh i wyszczerzył kły. Jego kompani odpowiedzieli tym samym. Nie zamierzali oddać swoich skór łatwo. Byli Barbarzyńcami. Wyklętym plemieniem najtwardszych z ostatnich ludzi… I tak dalej.

Wprowadzono ich do wielkiej sali, którą rozświetlały pochodnie emanujące dziwnym trupim światłem. Zobaczyli przed sobą ogromny tron sklecony z kręgosłupów wygiętych w agonalnym skurczu, nad którym górowały makabryczne obrazy zaklęte w ponurych witrażach. Przedstawiały one straszliwą historię krwawych dokonań wielkiego Zesraela. Leitmotivem tejże narracji zdecydowanie były, jak nie trudno było się domyślić, trupie czaszki. Nieoczywistym zaś zabiegiem było dodanie, wszędzie gdzie tylko zostało trochę miejsca, wizerunku kobiecych piersi. Na tronie zaś zasiadał on… Mroczny Pan. Strzegło go tutaj dwunastu okutych w ciemną stal Nekromantów. Uzbrojeni po zęby, pokornie i bez słowa warowali w kątach okrągłej sali.

– Myślę, że w końcu udało mi się pojąć wasz sekret. – Zimny tubalny głos skuł lodem serca bohaterów – Chyba rozumiem dlaczego wy, Barbarzyńcy jesteście tacy jacy jesteście.

Zesrael wstał mozolnie ze swojego tronu. Kiedy poprawił szatę, która zdobiła jego wypaczone przez mroczne praktyki ciało, bohaterowie ujrzeli, że jest on w istocie kościstym, ale nienaturalnie rosłym człowiekiem. Lub czymś co kiedyś nim było. Spod hełmu wykonanego z czaszki jakiejś nieziemskiej rogatej bestii zapłonęły pełne zła oczy.

– Myślę, że staliście się wojownikami bo nie mieliście innego wyboru. Wasz opór i nonkonformizm, niezgoda na upadającą kondycję człowieka w tym martwym świecie pchnęła was do bycia dzikimi, agresywnymi zwierzętami. Woleliście się stać krwiożerczymi bestiami niż należeć do rasy, którą niczym rak zjada hipokryzja, tchórzostwo i chciwość. Baliście się nie śmierci, ale klatki społecznego ogłupienia. Czekania za jej kratami, aż zmęczenie i starość każą się z nimi pogodzić, aż wszelka nadzieja wielkich czynów nie tylko przepadnie, lecz straci również powab.

– A mi się wydaje, że intelektualizowanie i dorabianie teorii do czegoś co jest jasne jak cios w ryja po prostu szkodzi. Mógłbym ci gadać i gadać dlaczego na świecie jest jak jest a i tak by ci się to we łbie nie zmieściło, pajacu. – Gregoroth zbierał podkopaną odwagę. – Jesteśmy po prostu wkurwieni, bo tacy jak ty robią chlew. Chlew, który trzeba posprzątać.

– Po cóż ten gniew? Wszak myślimy podobnie, Gregorocie Barbarzyńco. – Zesrael złożył dłonie i nachylił się nad wojownikiem. Jego przytłaczająca czarna sylwetka górowała nad bohaterami. Na twarzach poczuli trwożący chłód i pustkę zaświatów. – Już niebawem zasiądziemy do ostatniej uczty. Ale przed ucztą trzeba dom oczyścić z śmieci.

– Nigdy nie posiądziesz tajemnicy Bigosu! – Gotowała się Princpolonella – Kto kontroluje Bigos, kontroluje wszechświat!

– Dlatego nie zależy mi by poznać tę tajemnicę, księżniczko – Zaśmiał się demonicznie Zesrael – Chcę aby została ona bezpowrotnie zapomniana.

– Będzie filozofia czarnego charakteru teraz – Baranorh szepnął na ucho czarnoksiężnikowi – Jak obstawiasz? Ja mówię, że zwichrowany ekolog-ekstremista.

– Dwa krzemienie, że moralny upadek gatunku ludzkiego – Odpowiedział Amadoububu.

– Widzieliście kiedyś Ocean? – Zesrael wyprostował się i rozpostarł kolosalne ramiona jakby objąć chciał ogrom dawnego wspomnienia. – Dla ludu skazanego na życie w pustyni to widok, który wypala się w umyśle na wieczność. To widok, który otwiera oczy. To widok, który niszczy ignorancję. Gdy ja go zobaczyłem, zrozumiałem, że muszę zdobyć przepis na obróbkę cieplną Bigosu, żeby zrozumieć wszystkie sekrety wzrastającego życia i jego rozkładu, ale teraz… Teraz nie jest mi już potrzebna. Wzrosłem ponad tanie fortele…

– Trudno ocenić – Skrzywił się Baranorh – Niby ten ocean…

– Ni chuja – Rzucił Amadoububu – Wisisz mi dwa krzemienie. Z tym oceanem to tylko taki zabieg stylistyczny żeby przykuć uwagę, a potem i tak moralistyka zawsze wjeżdża. Za każdym razem tak jest. Jak w zeszłym roku mordowaliśmy króla Wryjkingów to to samo było tylko z rannym jeleniem czy czym tam.

– To wy zabiliście króla Wrzaskwryka? – Żachnęła się Żentyca – To był mój wujek!

– To właściwie nie my wybieramy. Słuchamy takiego grzyba z kabiny prysznicowej u naszego plemiennego mędrca i on nam rozkazuje różne rzeczy, a my potem idziemy i sieczemy. – Wzruszył ramionami czarnoksiężnik – Ludzie nie są świadomi tego jaki to prozaiczny proces.

– To rzeczywiście musi prowadzić do wielu takich nieporozumień. – Zdumiała się Żentyca – Przepraszam. Nie byłam świadoma.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się Amadoububu – A twój wujek umarł godnie. Wyrwaliśmy mu kręgosłup przez gardło a potem go nim zatłukliśmy.

– Milczeć! – Wrzask Nekromanty był jak grom poruszający z posad całą czarną twierdzę – Nie pojmujecie powagi sytuacji! Jam jest Zesrael! Niosę kres wszelkiego życia na ziemi! Myślałem, że będę potrzebował do tego celu waszych tajemnic, ale zrozumiałem, że stać mnie na większy rozmach! Po prostu zniszczę wszystko za jednym zamachem miast zagłodzić świat powoli! Wszelkie tajemnice Bigosu zginą wraz z wami! Wtedy ludzie na pewno nie dadzą rady się podnieść! Uśmiercę wszystko!

– Zwięrzątka też? – Zapytał Gregoroth – To dosyć nowatorskie jeśli chodzi o czarne charaktery. Zawsze tylko chcą wymordować ludzi.

– Wszystko bez wyjątku musi zniknąć z powierzchni Ziemi! Wszystko co przetrwało do tej pory jest skażone wiekami daremnych rządów człowieka na tej planecie. Dopiero kiedy wszystko przepadnie wzrośnie świat nowy, lepszy… czysty i zdrowy! Bez Bigosu! Bez GMO!

– A nie żal ci tylu unikatowych gatunków, które bezpowrotnie znikną? – Dziwił się Baranorh – Ryjówka średnia, ryjówka białowieska, ryjówka…

– Różnorodność to woda na młyn ludzkiego egoizmu! – Zesrael płonął fanatycznym gniewem – Życiu obojętne jest czy należy do rzadkiego gatunku, czy nie… Wystarczy mu samo życie. Ludzie chcieli od wieków zachować unikaty by cieszyć się nimi, by bezprawnie karmić się ich pięknem. Pięknem, które pięknem jest tylko dla nich. Nie dla natury. Natura zbyt potężna jest na takie trywializmy. Natura zawsze znajdzie drogę by zatriumfować. A ja tę drogę dla niej oczyszczę. Już za chwilę!

– No a jak to zrobisz? Jakieś magiczne kamienie zbierasz? Jakieś pierścienie, jakieś coś masz? – Amadoububu dociekał – Zawsze jest jakiś taki elemencik. Magiczny gadżet taki co wszyscy za tym gonią nagle, choć przez setki lat każdy to miał gdzieś.

– Ten “elemencik”, o którym mówisz był kiedyś większością tej planety. Jest gigantem, który ukształtował ją. Każde tchnienie, każda kropla materii wraca do jego bezkresnej otchłani. Każda żywa istota potrzebuje go i beznadziejnie pożąda jego objęć. Wypełzamy z niego jak pokraczne gady i nic nam nie jest winien. Dawał nam. A teraz zabierze jak kapryśny ponury bóg. Truliśmy go a potem oczekiwaliśmy by nas karmił. Za to świętokradztwo przyjdzie na nas kara. Nasz zbawca, nasz niszczyciel zakrywał niegdyś całą tę krainę. I może zrobić to znów. I tak właśnie się stanie…

– Czekaj, nie mów! – Krzyknął zgadując Baranorh – Czas! Nie, nie! Góra! Nie, poczekaj! Wiem! Wojna!

– Ocean! – Zagrzmiał Zesrael a Barbarzyńcy przewrócili oczami – Ocean pochłonie stare życie i według swojego uznania wyda na świat nowe!

– Czyli ekolog-ekstremista jednak. Czaję. Że niby Nekromanta, a tu natura jednak. No ciekawy zabieg niby. – Wyszczerzył się Baranorh – W każdym razie dwa krzemienie dla mnie, czarnoksiężniku.

– Dobra, koniec tych pierdół. Nawymyślał kurwa z tym oceanem, że nie mogę już. To było ciekawe przez chwile, a teraz jest już po prostu głupie. – Uciął Gregoroth – Napierdalamy się.

Wódz Barbarzyńców napiął swoje potężne mięśnie i łańcuchy z Turbostali pękły w drobny mak. Oczka natrwalszego materiału na Ziemi poturlały się po kamiennej podłodze. Wraz za wojownikiem jego kompani uczynili to samo. Nawet koczkodan okazał się na tyle krewki by oswobodzić się z kajdan. Kiedy już wszyscy wojownicy byli wolni, Barbarzyńcy ściągnęli też krępujący łańcuch z księżniczki i jej wiernej służki. Żentyca przełknęła tę zniewagę bo niewiele jest bardziej uwłaczającego dla Walwryjki niż sterczenie w kajdanach.

– Co to ma znaczyć?! – Wrzasnął zdziwiony Zesrael. – Przecież to łańcuchy z Turbostali!

– Reklamacji nie przyjmuję. – Zaprotestował Kabał Dęg ze wsi Łokcie – Schwytani zostali dostarczeni żywi i skrępowani. Biorę swoje siedem czyżyńskich pesos i żadnej odpowiedzialności za to co teraz się tutaj stanie. Do widzenia. Wychodzę.

I wyszedł.

Wszyscy ruszyli do walki. Ani Princpolonella, ani Żentyca nie pozostawały w tyle. Z krzykiem grzmiącym z ich gardeł parły przed siebie wprost na Mrocznego Pana Zesraela, siecząc jego strażników, którzy próbowali zastąpić im drogę. Bohaterów niosły zaciętość i gniew. Wiedzieli, że walka, która właśnie się rozpoczyna będzie jedną z najtrudniejszych jakie dotąd mieli stoczyć. Stal biła o stal. Ostrza rąbały ciało na kawałki. Rozgrzana krew tryskała pod sam sufit, aż w końcu bohaterowie wykarczowali sobie drogę do króla Nekromantów. Stał tam niewzruszony i posępny jak sam Ponury Żniwiarz. Roztaczał wokół siebie posępny mrok, który zwiastował straszliwe czary. Czary, których potężną moc wymierzyć miał w nacierających na niego herosów. Czary, których był absolutnym mistrzem.

– Zapłacicie za swoją bezczelność! – Ryknął Zesrael i wyciągnął przed siebie swoje kościste ramię – Gińcie!

Z jego palców wystrzeliły nagle błękitne płomienie, które niczym pociski pomknęły w kierunku Barbarzyńców. Ci uskoczyli w ostatnim momencie i wykorzystując moment, w którym Mroczny Pan zbierał siły by powtórzyć niszczycielski atak, ruszyli zadać cios. Zesrael jednak parował wszystkie ich cięcia używając samych swoich gołych rąk. Wreszcie Nekromanta odskoczył i wymierzył potężne uderzenie, które zmiotło wszystkich wojowników z ich nóg jakby byli zaledwie wątłymi źdźbłami stepowych traw.

– To bezcelowe. – Wycedził Zesrael – Dziś kończy się wasza heroiczna podróż. U jej kresu tylko śmierć czeka.

Mroczny Pan powoli podszedł do powalonych wojowników i przechadzał się pomiędzy nimi, aż w końcu skłonił się nad czarnoksiężnikiem studiując jego atletyczne ciało zwijające się z bólu.

– Malijczyk? – Zastanawiał się – Nie widziałem, żadnego z was od kiedy puściłem z dymem całą zachodnią bruzdę… Zabić takiego to zdecydowanie rarytas. Cieszę się, że wpadłeś.

Zesrael podniósł Amadoububu chwytając go za jego czarną czuprynę i przyglądał mu się tak jak kot, który patrzy na mysz, mając zamiar męczyć ją jeszcze przed jej niechybną śmiercią.

– Puść go! – Zachrypiał Gregoroth z mozołem podnosząc obolałe ciało z podłogi – Puść go, albo rozerwę cię na strzępy!

– Nie. Nie puszczę – Odpowiedział Zesrael z okrucieństwem – Ale pozwól, że podsunę ci nieco inspiracji w temacie rozrywania na strzępy.

Mroczny Pan uniósł czarnoksiężnika nad głowę, oczy zapłonęły mu przerażającym blaskiem i koszmarny ryk wyrwał mu się z gardła. Zaraz potem jego ogromne ramiona rozdarły Malijskiego Barbarzyńcę na dwie części. Zesrael rzucił wyjącego z bólu wojownika na kamienną posadzkę i przyglądał się z lubieżnością jak życie wycieka z niego strugami krwi i wnętrzności.

– Amadoububu! – Krzyknął Gregoroth rzucając się do swojego ciężko rannego przyjaciela. – Zapłacisz za to ty skurwysynu!

– Chyba ze mną niedobrze, mordo – Jęczał umierający czarnoksiężnik – Nie czuję nóg. Chyba mi coś zrobił w kręgosłup. Myślisz, że wyjdę z tego? Myślisz, że będę mógł chodzić?

– Chyba kurwa na rękach. – Gregoroth tłumił gniew – Ale pomszczę cię, przyjacielu. Dziś nadszedł twój chwalebny kres…

– Rozumiem – Oczy Malijczyka stały się nagle spokojne i chłodne – Rozpętaj piekło, mordo.

– Ale zaraz! – Wrzasnęła Princpolonella – Przecież on jest czarnoksiężnikiem! Czy nie zna jakiś czarów, które mogłyby ocalić go przed śmiercią?!

– Nazywają mnie czarnoksiężnik Amadoububu – Wolno i z namaszczeniem wojownik dobierał ostatnie słowa – Ale to bardziej taki grzecznościowy tytuł. Żegnajcie, mordy.

Amadoububu zamknął swoje oczy na zawsze i pogrążył się w śmierci, której zawsze szukał i którą zawsze tak chętnie obdarowywał innych. Przyszedł dzień jego zasłużonego odpoczynku. Umierając cieszył się. Był dumny. Jego kompani zapamiętają go jako wojownika, a dla tego kto zadał mu śmiertelny cios nie będą łaskawi. Świadomość ta, która mętnie gasła wraz z ostatnimi myślami czarnoksiężnika sprawiała, że ostatnie co czuł prócz bólu to osobliwe zwycięstwo. Zwycięstwo na które pracował całe swoje barbarzyńskie życie.

Zapanowała przeraźliwa cisza, w której wybrzmiewały tylko głośne sapnięcia płonącego gniewem wodza Barbarzyńców i cichy chichot króla Nekromantów. Nawet przerażona garstka żyjącej jeszcze straży Zesraela niepewnie wyczekiwała na rozwój wydarzeń.

– Brać ich – Rozkazał król Nekromantów – Nużą mnie już te ich pretensjonalne twarze.

Strażnicy ruszyli na wojowników i walka znów rozgorzała na dobre. Baranorh, Princpolonella i Żentyca sprawnie odpierali ataki i choć zmęczeni i poturbowani wciąż udawało się im utrzymywać niewielką przewagę na przeciwnikami. Gregoroth nie baczył na płotki, które rozbijały się o niego jak marne owady o szybę rozpędzonego tira. Sunął przez pole bitwy by stawić czoła tylko jednemu już przeciwnikowi. A tym przeciwnikiem był Zesrael. Ten, który pozbawił życia jego przyjaciela. Miał obowiązek go pomścić nie tylko jako jego bliski druh, ale również jako wódz wszystkich Barbarzyńców. Tylko tak dopełnić się mógł los. Tylko poprzez zimną barbarzyńską stal.

]]>
https://barbario.net/bwo11/feed/ 0
Tom Dziesiąty https://barbario.net/bwo10/ https://barbario.net/bwo10/#respond Wed, 17 Apr 2019 17:00:29 +0000 https://barbario.net/?p=477 Strażnicy wbiegli po schodach i zatrzymali się zaraz przy drzwiach, zza których dobiegały odgłosy gorejącej walki. Halabardy, które nieśli ze sobą biły o siebie w ciasnym, zatłoczonym korytarzu, a szczęk nagiej stali rymował się ze szczękiem zębów przerażonych Nekromantów. Kotłowali się teraz gorączkowo wyczekując rozkazów od swojego przywódcy. Ten jednak milczał, tak jakby w dźwiękach po drugiej stronie drzwi szukał odpowiedzi na to jakiej taktyki bitewnej powinien użyć. “Falliczna falanga”? “Pijany wójt”? “Czerwone bambo”? A może “Na wnuczka”? Żadna strategia poza taktycznym daniem dyla nie wydawała mu się odpowiednia, więc kapitan Masturbajaszi milczał. Ta niezręczna cisza przerywana tłumionymi przez cienkie drzwi odgłosami rozbryzgującego się mózgowia wcale nie podnosiła morale reszty Nekromantów, którymi miał nieszczęście dowodzić. Kiedy strach na chwilę ustąpił, jego serce przepełniła gorycz. Miał dokładnie cztery tygodnie do wcześniejszej emerytury. Zostało tylko spieniężyć nekrowaluty i nara do Atlangentyny. Ale nie. Bo Mroczny Pan kazał. Tak jak i jego strażnicy, Masturbajaszi przeczuwał teraz, że czekały na niego rzeczy, od których włos jeży się na trupiej czaszce. Czuł, że już niedługo pozna nową definicję bólu i upokorzenia. Człowiek się całe życie uczy, nawet moment przed wypatroszeniem toporem.
– Mówią – ośmielił się w końcu, któryś z halabardzistów – że żelazo się ich nie ima!

– Tych Barbarzyńców? – Upewniał się gorączkowo jego kolega z szeregu, który liczył, że znajdzie dobre usprawiedliwienie dla tego by zlać się w gacie ze strachu.

– A gdzie tam Barbarzyńców! – Ryknął nagle kapitan Masturbajaszi. Odczuwał strach tak samo jak jego żołnierze i było to widać, bo strugi potu spływały po jego twarzy wraz z makijażem. Teraz trupia czacha, którą miał wymalowaną na kościstym licu, przypominała tapetę taniej łagiewnickiej kurtyzany. – Do nich to ni chuja nawet dobiegnąć podobno, a co dopiero ranić żelazem! On mówi o księżniczce i jej przeklętej dzikusce. Bo głupio babę bić!

– To szaleństwo! – zaskomlał halabardzista zamykający stawkę oddziału. Wszyscy widzieli go dosyć dokładnie, wszak stawka nie była wysoka. – Nie na to się pisałem! Wytną nas w pień a gwarantowaliście, że nie będzie redukcji etatów!

– Milczeć! – Zagrzmiał kapitan – Zastosujemy technikę, której Princpolonella nie będzie się spodziewać! A jej Walwryjka tym bardziej!

– Jaka to technika? – Zapytał zatroskany o swoje trzewia tłum.

– Równouprawnienie. – Powiedział Masturbajaszi i ruchem miecza rozkazał by strażnik znajdujący się najbliżej drzwi otworzył je. – Na mój znak wchodzimy! Lejemy bez krępacji!

Strażnikowi tego ostatniego nie trzeba było powtarzać. Stał w mokrych spodniach już od pewnego czasu. Teraz wyciągnął drżącą dłoń w kierunku ciężkiej mosiężnej klamki, spojrzał na swojego kapitana i wyczekiwał na jego znak. Kapitan skinął głową i całe życie młodego halabardzisty przeleciało mu przed oczami. Łącznie z fragmentami, których nie pamiętał bo będąc w seminarium nekromanckim jadł dużo mefedrolandryn. Nacisnął klamkę, pchnął i drzwi ciężko ustąpiły do wnętrza komnaty. Zaraz potem niewielki potok ciemnej, gęstej posoki wylał się na schody i spłynął w dół wieży, zalewając stopy strażników.

– O fuuuu! – Jęknął jeden z Nekromantów – To krew! To krew!

Kapitan Masturbajaszi wydał z siebie przeraźliwy krzyk bojowy i rzucił się w głąb komnaty, w której trwała jatka. Za nim, wtórując mu, podążyli jego podwładni. Wrzask, który wzniósł się nagle z pięćdziesięciu gardeł niemal poruszył posadami Szkieletora. Był tak potężny, że aż wódz Barbarzyńców Gregoroth przez moment myślał, że jakiś niezliczony tłum starców i dzieci wtargnął nagle na pole bitwy.

– Dokładka, mordy! – Oczy błyszczały mu od adrenaliny. Gregoroth rzucił się w kierunku wstępujących do komnaty nekromanckich piechurów i blokując własnym barkiem ich szarżę, pozwolił by rozbili się o niego jak bezsilna ludzka fala. Gdy tak się stało, wyprostował się i z paskudnym uśmiechem, wezwał imię boga swego nadaremno i zaczął przeklinać tych, którzy śmieli stawić mu czoła. Świętokradztwo zawsze dodawało mu animuszu.

– O wojowniczy Cromie, usłysz wrzaski, napełń myśli człowiecze! Ty, który cieszysz się niepowodzeniem i gardzisz szczęściem, wzywamż cię! Bądź moją sangwiną i męstwem! – Uniósł miecz na znak ofiary dla mrocznego boga i zakończył uroczyście – Daj ać! Ja pobruszę!

I Crom był mu świadkiem, że pobruszył w chuj. W jednej chwili długi miecz wojownika nagle rozbłysł jak natchniony piorunem i Gregoroth jął trzaskać halabardy w drzazgi. Niczym srogi południowy wiatr barbarzyńca strącał głowy, które frunęły pod sufit, by potem roztrzaskać się o podłogę. Stanął naprzeciwko kapitana straży i zanim ten zdążył zarządzić zmianę formacji, rąbnął potężnie w jego ciało, które rozpadło się w czerwonej mgle na pięć i pół idealnie równych części. Flaki rozlały się po posadzce, a straż widząc to cofnęła się bojaźliwie o krok przed górującym nad nimi barbarzyńskim wojownikiem.

– I ja ci powiem, że tak jest cały czas właśnie – tłumaczył czarnoksiężnik Amadoububu walwryjskiej wojowniczce – Nic tylko popisy i efekciarstwo!

Żentyca strząsnęła z bitewnego młota resztki trzewioczaszki swojego ostatniego wroga i wymierzyła potężny bekhend kolejnemu. Uradowana, że udało jej się wprawić Nekromantę w lot, uśmiechnęła się i ryknęła z satysfakcją.

– Ah! Stara dobra przemoc! Mi wystarczą te małe rzeczy! To one są piękne! – Uśmiechnęła się do czarnoksiężnika – Słyszałeś jak chrupnęło? Kręgi wbiły mu się w mózg!

– Rzeczywiście, słyszałem. – Amadoububu pokiwał głową aprobująco i starł ze swojej zadowolonej twarzy krew Nekromanty. Lubił kiedy ktoś doceniał prostotę mordu. No i kiedy jednym ciosem potrafił rozmazać wroga po suficie. A tej umiejętności nie posiadała jeszcze żadna kobieta, którą porwał i której powiedział sakramentalne: “majty won”.

– Powiedz mi, masz jakieś plany po tym jak was uratujemy? – Nieśmiało zapytał Amadoububu, dźgając nerwowo brzuch naprzykrzającego się mu wroga. – Mam w domu kolekcję fajnych kamieni. Może chciałbyś posłuchać jak rzężą jak się je pociera o siebie?

– A kfo potfebuje łatowania?! – Krzyknęła Princpolonella przelatując przed ich oczami na linie – I kfo pofiedział, fe włacamy do domu?! Tu jeft zajebifcie! – Księżniczka wylądowała na ziemi, wyciągnęła z między zębów krótki sejmitar i puściła linę, na której jeszcze przed chwilą bujała się robiąc ogromne wrażenie na zapatrzonym w nią koczkodanie. Lina, którą wypuściła księżniczka szybko poszybowała do góry, a dźwig, którego była częścią natychmiast sprawił, że wiszący nad polem bitwy wielki mosiężny żyrandol runął na próbujących zajść ją od tyłu Nekromantów. Czuła, że żyje. Otarła majestatyczną twarz z kalającego ją potu i zawyła niczym ogarnięta wściekłością wilczyca.

–  Przepraszam księżniczko – Zagadnął Baranorh wdeptując twarz jakiegoś nieszczęśnika w kamienną posadzkę – Nie chciałbym ci przeszkadzać, ale… czuję,  że powinniśmy porozmawiać. Wiesz. O wtedy. O Augustowie.

– O nie! Ani myślę! – parsknęła Princpolonella i naparła mocniej na rękojeść sejmitaru, który w końcu przebił zbroję Nekromanty przeszywając go na wylot. – Jak mogłeś! Taki wstyd!

– Nie miałem wyboru! – Baranorh rzucił toporem we wroga i rozłożył ręce w geście bezradności wobec kobiety. – Ścigali mnie Łowcy Skór z Pawulionu!

– Teraz to widzę – wycedziła księżniczka – Ty sam jesteś pies z głową w dół!

– Uuuuu! – żachnął się Nekromanta, którego właśnie dusił Baranorh – To ci laseczka pojechała teraz, mordeczko!

–  Nie wtrącaj mi się, ty plugawcze! – Baranorh zmiażdżył mu krtań i rzucił bezwładne martwe ciało na podłogę. – Nie cierpię jak nawiązują ze mną dialog! Przestają być dla mnie bezosobowi i mam potem wyrzuty sumienia!

– Może po prostu jesteś zbyt miękki? – Śmiech Princpolonelli niósł się wśród gorejącej walki – Ej, chłopcy! Może mnie weźcie zamiast tej łajzy? Zyskalibyście na szlachetności!

– I na uzębieniu – dodała Żentyca. – Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałam tak niewiele zębów pośród tak wielu gąb.

– No nie wiem. Na ten moment nasze plemię zaoferować może tylko Umowę o Dzieło Zniszczenia – Wahał się Gregoroth – No, może nawet Umowę Zlecenie Zabójstwa, ale to wszystko. Mamy restrukturyzację. Chcemy wprowadzić anarchoprymitywizm plemienny.

– A chuj, biorę! – Princpolonella uśmiechnęła się swoim nowym, szelmowskim uśmiechem i dodała – …mordo!

– Purchlawa stonoga! Zapluta purchlawa stonoga! – Wrzasnął nagle Baranorh z całą swoją czerwienią na twarzy.

– Jak mnie nazwałeś?! – Nastroszyła się Princpolonella.

– Nie ty! – Odpowiedział – Purchlawa stonoga! Tam za tobą!

Nagle do sali na setce swoich zmutowanych odnóży wpełzła gigantyczna wijąca się gadzina opancerzona w chitynową skorupę. W mgnieniu oka okrążyła bohaterów, by w końcu zatrzymać się prosto przed nimi i wyprostować się wydając przy tym przeraźliwy diabelski skrzek. Jej przedziwny, nieziemski wręcz wygląd zapierał dech nawet najbardziej doświadczonym wojownikom. Szczękoczułki mogące giąć meteorytową stal, haczykowate odnóża zakończone ostrymi jak szable brzeszczotami i olbrzymie masywne ciało na siedem sążni długości. To wszystko składało się na jadowitą purchlawą stonogę.  Nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się bezpośredniej walki z tym potworem.

– Na nią kurwa! – Krzyknął Gregoroth i barbarzyńcy ruszyli do ataku. – Kroimy zdzirę!

Wojownicy dźgali płaskie segmenty długiego tułowia, który niczym wąż falował w przerażającym tańcu śmierci. Unikali ciosów odnóży stonogi by zaraz później znów zaatakować. Potwór chociaż wielki i masywny, posiadał prędkość, która znacznie przewyższała barbarzyńską kompanię. Monstrum starało owinąć się wokół któregoś z atakujących i unieszkodliwić go jadem wytwarzanym przez jego kleszcze, ale odważnym wojownikom zawsze udawało się oswobodzić w ostatniej chwili. W końcu znużony gigantyczny skorupiak uniósł długie, drgające czułki i łowiąc nimi zapach oraz ciepłotę ciała uderzył całym swoim tułowiem w kolumnę, która podtrzymywała strop w miejscu gdzie znajdowała się teraz Princpolonella. Sufit runął w dół na sparaliżowaną strachem księżniczkę. Żentyca desperacko rzuciła się by ochronić swoją podopieczną, nawet kosztem własnego życia, ale było już na to za późno.

Wielkie gruzowisko zaległo na zbrukanej krwią kamiennej podłodze, a kiedy opadł kurz bohaterowie zobaczyli, że Princpolonella choć oniemiała i pogrążona w szoku, wciąż żyje – uratowana przez nieoczywistego wybawcę. Baranorh Rudomordy postawił ją delikatnie na ziemi, otrzepał się z pyłu i przemówił.

– Serio. Pogadamy, kurwa? – Wskazał na wciąż wijącego się groźnie stwora – Trochę cię w sumie uratowałem, tak? To nie jest taka łatwa robota! Ścigali mnie Łowcy Skór z Pawulionu!

– Tak! Zgadzam się! – Wrzasnęła Princpolonella dochodząc do siebie – Tylko zabijcie to coś!

– Się robi, wasza ikoniczność. – I poszli zabić co mieli zabić. Bo co mieli nie zabić?

]]>
https://barbario.net/bwo10/feed/ 0
Tom Dziewiąty https://barbario.net/bwo9/ https://barbario.net/bwo9/#respond Thu, 11 Apr 2019 13:20:29 +0000 https://barbario.net/?p=473 – A czy widzisz tę rzekę, która płynie przez ogród? – Zapytała Żentyca delikatnie muskając palcami złote loki księżniczki. Wieczorne światło sprawiało, że rozczesywanie ich zapewniało jej oczom niezwykłą przyjemność. Czasami patrząc na nie wyobrażała sobie, że właśnie tak musiały kiedyś wyglądać promienie słońca.

– A, tak. Widzę. – Blade oblicze zamyślonej Princpolonelli rozświetliła filuterna krzywizna błogiego uśmiechu. – Zakręca zaraz obok klombów. Bogowie, ile pracy włożyliśmy w podtrzymanie życia tych roślin.

Cesarz Ochlawian sprowadził sadzonki z egzotycznego Kłaju i księstw gminy Boboń. Kosztowały go fortunę a i tak nie było pewności, że przeżyją w surowym klimacie Cywilizancjum. Na szczęście były złoża Nawozium, nazywanego przez południowców “Bigosem” ziemi. Bigos był darem i był też przekleństwem całego Imperium. Powodem tej całej nieszczęsnej przygody, w którą wraz, z zaufaną Żentycą była zamieszana księżniczka. Kto bowiem kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat.

-Wiesz, dziś rano pachniało tutaj ziołami, ale teraz… teraz czuć jaśmin. Czuję go bardzo wyraźnie. – Księżniczka nabrała powietrza przez mały zadarty nos i zamilkła. Jej usta znów zwęziły się w małą podkówkę. Żentyca wyczuła, że samopoczucie księżniczki, które próbowała leczyć przez cały wieczór, znów jest o krok od załamania się. A Żentyca nie lubiła kiedy jej znój szedł na darmo. Z resztą jak każda Walwryjka. Zareagowała niezwłocznie niczym infolinia UPC.

– A czy widzisz dom w oddali? Tam na wzgórzu. – Skłoniła się nad księżniczką obejmując ją czule i dodała szeptem zaraz obok jej ucha. – Poznajesz dom swoich rodziców?

– Tak. Poznaję. – Princpolonella odwróciła twarz na wschód i czekała aż martwa gwiazda resztkami sił ogrzeje jej twarz. Na próżno. – Dom z pomarańczowego kamienia, który szybko nagrzewa się w słońcu.

– A widzisz tę drogę do niego? – Splotła palce księżniczki ze swoimi i unosząc jej dłoń wskazała na zachód. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że na tę chwilę zapomniała o delikatności, którą była winna swojej pani, ale jej podopieczna zdała się nie zwracać na to uwagi. Princpolonella raz jeszcze uświadomiła sobie jak znacznie większa jest dłoń Żentycy od jej własnej. Lekki pąs wdarł się podstępnie na jej policzki. Poczuła się znów bezpiecznie. –  Tych, którzy uczęszczają tym traktem odprowadzają ogromne topole, grusze, figi i jabłonie. – Żentyca wyprostowała się i gestykulowała teraż żywo drugą ręką próbując oddać wielkość koron pełnych ciemno zielonego listowia. Listowia tak grubego i soczystego, jak skóra dzikiego gada błąkającego się po dalekiej pustyni południa. Pustyni, której księżniczka zaznała dopiero po raz pierwszy niedawno. I nie było to miłe doświadczenie.

– Słyszałam, że i ty bacznie odprowadzasz naszych gości wzrokiem kiedy nią jadą. Strzeżesz nie tylko mnie. Lubisz gruszki. – Zaśmiała się cicho księżniczka.

– Cóż, jaśnie pani… –  Twarz służki nabrała srogiej rezolutności – To w końcu nasze owoce. Ochleje się taki naszego wina a potem żre jeszcze owoce jak wraca z Libacjum. No rzeczywiście. Poza tym lubię je. Są słodkie i zdrowe. I nic tak nie poprawia humoru jak porcja witamin. Każdy kaznodziej Instagramotha ci to powie.

– To dzięki temu, że nasza ziemia jest taka czarna. Niemal jak serca barbarzyńców z południa. Albo nawet bardziej. Jak ich włosy. – Zachichotała księżniczka. I choć tchnęło to radość w serce oddanej Żentycy, jako Walwryjka musiała na to porównanie zareagować dezaprobująco. Dla zasady. Żeby powkurwiać się trochę dla rozrywki.

– Ależ księżniczko… – Pokręciła pobłażająco głową – Barbarzyńcy są zdecydowanie przereklamowani. Czas skończyć z tym barbarocentryzmem w kulturze. Kreowani są przez  skaldów na takich twardych tylko dlatego, że musieli się takimi stać. Głównie z uwagi na to, że z natury są zbyt delikatni, wrażliwi i takie tam pierdoły typowe dla współczesnego kryzysu męskości. Za to my, Walwryjki, droga księżniczko, jesteśmy z natury silne i niezależne. Wierzę, że wy dziewczyny z Cywilizacjum też macie w sobie takie cechy.

– Ale nie sądzę, że mogłabym zmiażdżyć ludzką czaszkę gołymi rękami. Skąd w takim razie płynie niepohamowana dzika siła Barbarzyńców?

– Z kompleksów.

Nagle rozmowę przerwał metaliczny łomot otwierania rygli zabezpieczających drzwi celi. Princpolonella otworzyła w końcu oczy, a dolina, w której jeszcze niedawno przebywała zniknęła w jednym momencie z jej wyobraźni. Znów znajdowała się w swojej zimnej celi, wysoko w najbardziej niedostępnych piętrach wieży zwanej Szkieletorem. Żentyca wstała pospiesznie. Była potężną kobietą, nawet jak na Walwryjkę. Skinęła na Princpolonellę aby ta okryła się szczelniej potarganym kocem, który dzieliły ze sobą, i który był jedynym wyposażeniem ich karceru.

– Ja to załatwię – Warknęła i ścisnęła swoją własną pięść, która wydała ostrzegawcze chrupnięcie. – Nie ma co sobie plugawić języka tym ich wężowym pierdzeniem, księżniczko.

– Nie, Żentyco. – Zaprotestowała księżniczka nabierając nagle zaskakującej surowości – Nie tym razem.

Mechanizm przestał pracować i drzwi powoli otworzyły się na oścież wpuszczając do komnaty nieco zimnego światła, na tle którego rysował się czarny obły kontur. Cień zbliżył się do wnętrza celi i wypełnił ją całą, aż w mroku widać było tylko szkliste oczy dwóch kobiet.  Żentyca ugięła potężne kolana jak nowohucki tygrys bojowy gotowy do ataku, a Princpolonella pilnowała by jeden nawet mięsień nie drgnął w jej organizmie. Siedziała prosto i niewzruszenie tak, jak siedzą królowe. Albo przynajmniej jak baby w Zusie.

– Co tam? – Obły cień przemówił i wyostrzył się na tyle, by obie więźniarki rozpoznały w przybyszu kapitana straży. Teraz nie robił już na nich tak potwornego wrażenia. Właściwie gdyby nie to, że pełnił z chorą satysfakcją rolę ich oprawcy, księżniczka, wraz z jej służką wzięłyby go za karłowatego karczemnego knura, którego towarzystwo to jednoznaczny omen mega zjebanego wieczoru na mieście.

– Kollegas fokken, soek jy, lam? – Gardłowo rzuciła Żentyca do kapitana, który przeszedł koło niej z założonymi z tyłu rękoma i zatrzymał się dopiero koło księżniczki.

– Co ona powiedziała? – Zapytał z ohydną melodią w głosie.

– Mój Walwryjski nieco zaśniedział, kapitanie Penistofelesie – Odpowiedziała chłodno Princpolonella unosząc władczo podbródek w majestatycznym geście sugerującym pocałowanie jej w dupę. – Ale wedle mojej najlepszej wiedzy, to można to chyba interpretować jak “Kolegów kurwa szukasz, laumusie?”

Mina kapitana skwaśniała jak mleko rzęsorka tatrzańskiego na słońcu. Żentyca parsknęła śmiechem, a rozpalony od gniewu Nekromanta natychmiast ruszył ku niej i wymierzył jej siarczysty policzek. Trochę szczypało, ale Walwryjka ignorowała ten dyskomfort podziwiając jak trupio blade oblicze jej oprawcy zmienia się w czyżynheimskiego cukrowego buraka.

– Znowu każę wybatożyć to twoje rzeźbione fit mięsko, ty seksowna dzikusko. – Popluł się jak głupek, oblizał, a potem uśmiechnął szkaradnie. Żentyca doszła do wniosku, że żeby policzyć zęby kapitana wszystkie palce jednej ręki to aż nadto. Wystarczył jeden łokieć. – A może wolisz żeby posłać cię do kuchni, co, paniusiu?

– Onthou dat jy daar messe het. – Wyszczerzyła się.

Kapitan natychmiast odwrócił się w kierunku księżniczki i bez słowa, z zaciśniętymi wargami wyczekiwał tłumaczenia.

– Coś jak “Pamiętaj, że trzymacie tam noże, ty zapluty kurduplu spijający mocz z byczego prącia.” – Beznamiętnie wyrecytowała Princpolonella. – Choć może dodałam kilka rzeczy od siebie…

Kapitan straży wrzasnął gniewnie i rzucił się niezgrabnie w kierunku księżniczki. Żentyca miała już puścić się za nim, ale księżniczka prawie niezauważalnym gestem powstrzymała ją. Kapitan zacisnął pięść by skarcić więźniarkę za jej bezczelność, ale przypomniał sobie, że musi pozostać powściągliwym. Póki co takie były rozkazy.

– Nie radzę kapitanie. – wycedziła chłodno Princpolonella – chyba, że sekrety Bigosu znasz lepiej niż ja.

Kapitan Penistofeles potarł skronie w obawie o wylew krwi do mózgu i po chwili zaczął śmiać się pod nosem jak maniak i zboczeniec, którym niewątpliwie był jak to każdy Nekromanta.
– Jedno twoje skinienie zmusza do posłuszeństwa – Zauważył z fałszywą aprobatą – To godne uznania. Dlatego proszę cię, księżniczko. Przystań na moją propozycję. Masz szansę wyjść z tego cało. Ta oferta ważna jest tylko teraz. I tylko ze mną. Inaczej nie dasz mi rady.

– Dam ci radę, Panistofelesie. – Odpowiedziała księżniczka – A ta rada brzmi: wypierdalaj, ty ciemny żłobie, zanim Żentyca ukręci ci łeb. Powiedz też swojemu panu, że nie doczeka się tego co sobie zamierzył w swojej wybujałej wyobraźni. Musi albo nas zabić, albo wypuścić. Nam wszystko jedno, bo i tak zdechnąć tu z nudów idzie u was.

Żentyca zaśmiała się w głos, a kapitan zdezorientowany i zrezygnowany ruszył w kierunku drzwi do celi. Ostatnio tak upokorzony czuł się w szatni po dżudo. Rozkazał otworzyć mechanizm drzwi i czekając aż rygiel po ryglu odsuną się ze swoich uzd, przemówił:

– Przyznam kobieto z północy – Rzucił zgrzytając przez zęby –  że istotnie masz dar przemawiania. Szybko się uczysz i coraz lepiej idzie ci z językiem.

– Tobie podobno też, mój panie. – Niezwłocznie dodała księżniczka Princpolonella nie chcąc pozostać dłużną komplementu.

– Chłopaki w koszarach podobno wypolerowani jak kość słoniowa chodzą. – Wyjaśniła niecierpliwie Żentyca. – Brawo!

Drzwi otworzyły się, a kiedy zniknął za nimi kapitan straży, jeszcze długo słychać było zza nich jego piskliwy, jakby dziecięcy wrzask histerii.

– “Spijający mocz z byczego prącia”? Zaczynasz przeginać księżniczko – Żentyca próbowała brzmieć rozsądnie mimo swojego rozbawienia – W końcu rzeczywiście nas zabiją.

– Mogą nas zabijać i ożywiać bez końca – Machnęła ręką Princpolonella – Byle by od czasu do czasu dali co innego do żarcia niż ten przeklęty bób. A tajemnicy obróbki cieplnej Bigosu i tak nie pojmą. Nawet ja ją nie do końca rozumiem, więc gdybym się złamała to i tak, tak pi razy oko im powiem jak to działa. Marnują czas.

– Rozumiem, że to przez przezorność nie uważałaś na lekcjach mistrza Stulejusza? – Żentyca uniosła jedną brew i uśmiechnęła się serdecznie do swojej pani.

– Bezpieczeństwo tajemnic Cywilizancjum jest najważniejsze. – księżniczka przeczesała dłonią włosy i ułożyła się na niewygodnym posłaniu. Potem dała znak Żentycy by spoczęła koło niej. – Poza tym walił ten dziad jakimś takim grochem jakby po prostu. Nie szło wysiedzieć.

Już miała zamknąć oczy i spróbować zażyć nieco snu, by choć na chwilę wrócić do tej doliny, do której przenosiły ją powoli blaknące wspomnienia, kiedy nagle obie kobiety usłyszały jakiś łomot dochodzący zza drzwi. Wrzask kapitana wrócił i na korytarzu słychać było coś co przypominało bardzo agresywną dyskusję.

– Nie mogę z tym typem. – Princpolonella wywróciła oczami i usiadła na  posłaniu. – Jak tylko złapię jakąś ćmę, to spierdalam.

Nagle, ciężkie rygle drzwi zadrżały jak od uderzenia czymś wielkim i obłym, a więźniarki skoczyły na równe nogi. Uderzenia nasilały się i piętrzyły przez dłuższy czas, aż w końcu po chwili absolutnej ciszy, ktoś uruchomił mechanizm otwierający zamek. Drzwi uchyliły się z potężnym metalicznym jękiem i do komnaty wkroczyło trzech potężnych mężczyzn o twarzach zbrukanych krwią i sumieniach zbrukanych też krwią.

– A wy kurwa, co? – Skrzywiła się Żentyca – Konkurs na głupi ryj macie? Jak dla mnie ten z tym dziwnym pieskiem na ramieniu wygrywa.

– Przyszliśmy cię uratować, Princpolonello – Powiedział jeden z nich występując przed szereg. W dłoniach dzierżył miecz, a włos rozwiewał mu wiatr, który właściwie nie wiadomo skąd się wziął w tej zamkniętej ciasnej celi. – Jesteśmy barbarzyńcami. Wyklętą nacją skazaną na tułaczkę i przemoc. Wszystko to…

– Zaraz, zaraz. – Princpolonella wstała i podeszła bliżej by przyglądnąć się twarzom swoich potencjalnych wybawców. – Czy ty czasami nie byłeś w Augustowie jakieś trzy, albo cztery lata temu?

– No byłem, a co? – Odpowiedział ostrożnie i bez zrozumienia wojownik o czerwonej twarzy. Na pytający wzrok swoich kompanów wymamrotał tylko – Na takich warsztatach z jogi byłem. Myślałem, kurwa, że to sztuka walki jakaś. Jak się dowiedziałem, że nie to szybko wróciłem.

– Te, Żentyca! No nie uwierzysz! – Oczy Princpolonelli zabłysnęły mozaiką wielu emocji – To jest Baranorh Rudomordy! Mistrz pozycji psa z głową w dół!

– Wiedziałem – powiedział barbarzyńca wyglądający na malijskiego czarnoksiężnika – Coś jakiś taki podejrzanie rozciągnięty mi się zawsze wydawał. Jak gekon.

]]>
https://barbario.net/bwo9/feed/ 0
Tom Ósmy https://barbario.net/bwo8/ https://barbario.net/bwo8/#respond Wed, 03 Apr 2019 14:54:13 +0000 https://barbario.net/?p=444 Korytarz, po licznych meandrach, w końcu zaczął wznosić się ku górze. Długi czas bohaterowie wspinali się coraz wyżej, nim wreszcie znów znaleźli się na płaskiej drodze prowadzącej do jakiegoś wielkiego ciasnego holu. Było teraz gorąco i wilgotno, lecz powietrze stało się czyste, a od czasu do czasu świeży powiew muskał ich zmęczone twarze. Zrozumieli, że Szkieletor posiada swój własny system wentylacyjny, który pomagać miał w oczyszczaniu toksycznego powietrza. Kiedy oddychali nic nie chrzęściło im w nosach, a haustów tlenu nie trzeba było popijać ani przesadnie drobić zębami. W blasku płomieni pochodni Barbarzyńcy dostrzegali niekiedy zarysy schodów, sklepień, bocznych korytarzy i tuneli. Wszystko to pogrążone było w poskramiającej ducha ciemności. Przejścia prowadziły to w górę, to stromo spadały w dół – zewsząd jednak zionęły czarną pustką i śmiercią. Sprawiały wrażenie, jakby wieża ta zaprojektowana została ongi przez szaleńca… albo budowa tej twierdzy przerywana była i wznawiana na przestrzeni lat przez różnych innych szaleńców, którzy niewielkie mieli pojęcie o planowaniu przestrzennym ani o analizie urbanistycznej. No i czaszki. Wszędzie, kurwa, czaszki. Tak jakby w architekturze nie było, żadnego innego motywu ozdobnego.

– Powiem wam, że chujowo tutaj jest. – Podsumował Czarnoksięznik Amadoububu karmiąc koczkodana woskiem z ucha – Niby tacy mądrzy ci Nekromanci a po ciemku siedzą w jakimś, za przeproszeniem, syfnym loszku.

– Zaprawdę, mordo – Zgodził się Baranorh Rudomordy – Co myślicie, że jest tam na dnie tej mrocznej czeluści? Kolce czy lawa? To zawsze są albo kolce, albo lawa…

– Zobaczcie! Tam w oddali tli się jakieś światło! – Gregoroth wskazał majaczący w otchłani blady pobrzask. W miarę jak posuwali się do przodu, zimne światło nabierało jasności i w końcu bohaterowie przekonali się, że pochodzi ono z lekko uchylonych kamiennych drzwi. Zza nich zaś słychać było dźwięk rytmicznego mlaskania.

Kiedy Barbarzyńcy wślizgnęli się do środka, ich oczom ukazała się wielka owalna sala oświetlona pochodniami. Stali na antresoli obudowanej krużgankami, a w dole, pod kondygnacją, na której znajdowali się, rozgrywała się właśnie osobliwa scena.

– Czy to jakaś sala tortur? – Szepnął Baranorh próbując ogarnąć niecodzienny widok – I dlaczego oni są na golasa?

– Nie mam pojęcia, mordo – Główkował Gregoroth – Zastanawia mnie również to jak ten człowiek w środku może sikać z czymś takim. Rozumiem kolczyki, jeden, albo nawet dwa, ale cały pęk kluczy to już przesada!

– To jeden z ich rytuałów. Ci dwaj zakneblowani młodzi mężczyźni z odważnikami i klipsami na sutkach to więźniowie, a ten stary w środku, ten co mu dzwoni w kroczu, jest najwidoczniej ich oprawcą, który odprawia nad nimi jakiś bezbożny rytuał. Jesteśmy świadkami Nekromancji w czystej postaci!

– Skąd wiesz czarnoksiężniku? – Żywo zapytał Gregoroth. – Mów co rychlej!

– Bo robi tak ręką, o. – Amadoububu wykonał wymowny gest – I to do rytmu!

– Rzeczywiście! – żachnął się Baranorh – Oni poruszają się dokładnie w tym samym tempie co jego dłoń! Jakby niemal dostrojeni byli do jego woli!

– To jego marionetki. Rzucił na nich czar, przez który więźniowie ci robią cokolwiek zrodzi się w jego pokręconym umyśle. Teraz wiecie już do jakich wynaturzeń mogą prowadzić igraszki z czarną magią. – Ciągnął grobowym tonem czarnoksiężnik – O otarciach już nie wspominając. Ten tam na przykład będzie rano potrzebował około beczki kremu Nivea.

– Zabijamy? – Upewnił się Baranorh pojąwszy powagę sytuacji.

Mlaskanie z klaskaniem wypełniły wyczekiwanie na decyzję przywódcy. Ci niewolnicy byli jeszcze tacy młodzi. Ile mogli mieć lat? Ze dwadzieścia? Dwadzieścia dwa? Całe życie było przed nimi. Być może mogli pięknie śpiewać, lub tańczyć? Albo dekorować wnętrza? Byli rzeźwi, pełni krzepy i werwy a mimo to wódz barbarzyńców wiedział, że niektóre z ich części ciała nigdy już nie powrócą do dawnej sprężystości i rozmiarów. Gregoroth skinął w milczeniu głową.

– Zabijamy. – Rozkaz wywołał niemałe zadowolenie na twarzach towarzyszy. Nie dość, że ratowali życie tym dwóm wyjącym w niebogłosy zniewolonym charłakom, to jeszcze przy okazji robili to w czym byli najlepsi. A byli robiąc to najgorsi.

Gregoroth wyciągnął swój miecz, przeskoczył barierkę i rzucił się w dół, w samo centrum sali, w której już za moment rozpocząć miała się kaźń. Zaraz za nim, bez chwili zawahania ruszyli jego kompani. Wszyscy trzej uderzyli w ziemię tak, że aż zadrżała podłoga. Stali teraz tam wyprostowani, z marsowymi obliczami i zimną stalą w dłoniach. Stalą, której zbierało się na śpiew. Koczkodan wylądował między nimi z gracją i uśmiechnął się szpetnie.

– Ja pierdolę, nie wiedziałem nawet, że to się da przekłuć – Studiował wroga Baranorh.- Z bliska wygląda to jak taka poduszeczka na igły co krawcowe mają.

Gorgoroth powoli ruszył w kierunku podejrzanie skąpo ubranego starszego mężczyzny z szeregiem kolczyków w jajach. Nekromanta spojrzał na niego i wystraszył się, choć nie przerywał odprawiania mrocznego rytuału, w którym zatracił się bez reszty.

– Ty podły, potliwy bydlaku! Ty naoliwiony niegodziwcze! Gotuj się!

I rzeczywiście w pewnym sensie Nekromanta się gotował. Mlaskanie przeplatane klaskaniem nie ustawało. Gregoroth uniósł swój miecz, rzucając przeraźliwy cień. Cień srogiego wpierdolu.

– Za to coś zrobił tym dwóm delikatnym chłopcom o anielskich włosach, czeka cię… – Gregoroth przerwał nagle skonfundowany – Mógłbyś przestać na chwilę jak do ciebie mówię? Trochę mnie to rozprasza…

Nagle twarz Nekromanty nabrała niewypowiedzianej tężyzny. Prawie zawsze czujny Amadoububu działał instynktownie. Jak pantera.

– A niech mnie Mitra… – Amadoububu rzucił się w powietrze – Gregoroth! Padnij!

Czarnoksiężnik w ostatnim dogodnym momencie pchnął Gregorotha. Obaj stracili równowagę i upadając na kamienną posadzkę, uniknęli nekroromantycznego pocisku, który przeleciał o włos od policzka Króla Barbarzyńców. Było blisko. Zbyt blisko jak na ten heteronormatywny gatunek fantasy. Takiej zmazy nie dałoby się zmazać, nawet z pomocą najlepszych wróżbitów od public relations.

– Amadoububu? – Gregoroth nie ukrywał oszołomienia – Ty… Uratowałeś mi życie!

– Świat się zmienił, lecz pozostał jeszcze gdzieniegdzie wierny, mordo. Jesteś być może moim wodzem – Amadoububu uśmiechnął się do własnych wspomnień – Ale i bądź co bądź przyjacielem. Zawsze nim byłeś. I raczej zawsze będziesz. Nie bacz na dzielące nas kwasy. Wstań i pokaż tej łajzie… jego własne flaki.

– Cieszę się że jesteś ze mną, czarnoksiężniku. – Powiedział podnosząc się Gregoroth – Tutaj, w najciemniejszej godzinie tej chwalebnej podróży.

– Lajt, mordo. Nie pucuj się.

– Kurwa! Nie czas na czułości! – Wrzasnął Baranorh – On przeładowuje!

Gregoroth wyszczerzył się paskudnie, czując już, że żyły na jego skroni pompują euforię walki, wywołaną przez adrenalinę. Rzucił się na Nekromantę, który dygocąc z nieopanowanej żądzy mlaskał i klaskał przywołując nową falę rytualnego ładunku. Wojownik wykonał ostrzem młyniec nad głową. Zza jego barbarzyńskich zębów wyrwał się charczący wrzask i Gregoroth ciął z całą mocą Nekromantę przez okolczykowany łeb. Krew trysła. Głowa spadła na ziemię, turlając się pod stopy magicznie zniewolonych chłopców. Dopiero na jej widok wyzwolili się z czaru Nekromanty i przestali znęcać się bezpamiętnie nad swoimi narządami.
Na odciętej głowie poległego wroga zastygł błogi wyraz spełnienia.

– Idźcie. – Powiedział Gregoroth chowając swój miecz za pas – Jesteście wolni. Zły czar prysł.

Błękitne oczy mężczyzn rozszerzyły się w niemym zdumieniu. Wstali i pośpiesznie ruszyli w kierunku drzwi nie rzucając ani słowa do swoich wybawców. Dopiero wędrując długim korytarzem ku wyjściu z mrocznej wieżycy, jeden z nich zdecydował się odezwać, jakby otrząsnąwszy się z szoku.

– Gabriel, powiedz mi… – Zapytał a jego głos drżał ze zdenerwowania i niepewności – To nie były czary, prawda?

– Nie, Rafał. Tak jak to nie czary, że dziś noc jest ciemna, a poranek będzie jutro chłodny. – Uśmiechnął się smutno jego kompan, próbując dodać mu otuchy – To była miłość. A jeśli miłość jest prawdziwa to nie ma w niej złych uroków, iluzorycznych kugli ani klątw. To nie były czary. Wręcz przeciwnie. To wszystko natura. To wszystko normalne. Niech nikt nie śmie mówić ci inaczej.

]]>
https://barbario.net/bwo8/feed/ 0
Tom Siódmy https://barbario.net/bwo7/ https://barbario.net/bwo7/#respond Wed, 03 Apr 2019 14:52:40 +0000 https://barbario.net/?p=442 Wreszcie, po wielu dniach tułaczki, barbarzyńcy kroczyli najbardziej niegościnnym z gościńców w tych krainach. Szkarłatne bezsłoneczne niebo zasnuł czarny dym, a wiatr niosący pył zamarł, jakby ze strachu przed mrocznym gospodarzem tych ziem. Wiedzieli, że zbliżają się do swojego celu. Mimo tego z jakiegoś powodu dziarska kompania wciąż daleka była od euforii. Przekroczyli już granicę królewstwa Necromarchu i teraz ostrożnie, niczym na palcach i z mroźnym cieniem rzucającym się na serca, zapuszczali się w głąb kraju, całą swoją zabójczą surowością przynależącego do śmierci. Nie była to jednak śmierć, do której przyzwyczajeni byli bohaterowie. Nie była ani ciepła, ani otulająca, ani wilgotna, ani też pełna pasji. Nie była też ostateczna. Tutejsza śmierć nie miała nic wspólnego z ferworem walki, pięknym szaleństwem czerwonych żniw, czy wreszcie honorem wojownika. Tej należało się bać. Ta była upokarzającym więzieniem dla duszy. Była Czarną Magią. Przerażającym i świętokradczym wynaturzeniem, które nie miało w sobie wiele z siły, istniejącej w tym świecie od samego początku i zrównoważyła w nim wszystko.

Z początku bohaterowie nie widzieli zbyt wiele poza błędnymi ognikami nocy. Mieli wrażenie, że znaleźli się w kraju mgieł, gdzie nie ma nic prócz cienia, aż w końcu, z czarnej smugi horyzontu wyłaniać zaczęły się mrożące krew w żyłach kształty. W miejscu gdzie ciemności skłębiły się w wielki przytłaczający moloch, dostrzegali błyski martwych płomieni. Przerażająca budowla położona na długiej, skalnej ostrodze gór, niby ogromna fabryka Starych Mądrych zionęła oparami i dymem. Wzrok przywódcy barbarzyńców w końcu wyostrzył się i Gregoroth ujrzał zwarte, spiętrzone blanki, czarną niepokonaną wartownię, górę żelaza, stalową bramę, niezdobytą wieżę kościanych żebr. To była Czarna Wieża nad Mogiłami. To był Szkieletor.

Gregoroth przeklął cicho pod nosem – “Gotyk, kurwa. Czemu zawsze gotyk.”

– Niech Mitra ma nas w swojej opiece. – Zagrzmiał czarnoksiężnik Amadoububu – Oto i on! Szkieletor! Czerń ciemniejsza niż otaczające ją ogromne ciemności!

– Onieśmiela… – Rzekł niepewnie Baranorh – A mimo to nie zachęca do odwiedzin…

Wymuszony żartobliwy ton w jego łamiącym się głosie miał zatuszować piętrzące się wątpliwości, które szturmowały serce wojownika. Czarnoksiężnik wyczuł to momentalnie.

– A jednak to właśnie tam zmierzamy. – Zauważył Malijczyk – Dlatego proponuję przestać zgrywać koneserów architektury, uratować księżniczkę i wracać zanim te radykały zamienią nas w kozy.

Wojownicy zgodzili się z czarnoksiężnikiem, ale jego światłe słowa jak zwykle zrodziły wiele dodatkowych pytań. Cóż. Było to zwyczajową ceną rad czarowników.

– Zamienią w kozy? – Zdziwił się Baranorh – Czemu w kozy akurat?

– Żeby wyruchać. – Odpowiedział czarnoksiężnik z kamienną twarzą, w której odbijały się całe generacje mądrości przekazywanej z jednego Amadoububu na kolejnego. Uznając, że wyjaśnień stało się zadość, uważnie zaczął schodzić ze zbocza góry. Małpa na ramieniu czarodzieja chichotała i drwiąco wskazywała kudłatym paluchem na zmieszanego Baranorha, wykonując przy tym koncertową wręcz pantomimiczną parodię ruchów kopulacyjnych. Słychać ją było jeszcze chwilę po tym jak dwaj barbarzyńcy stracili Amadoububu z pola widzenia.

– Nie bój się. – Gregoroth dodał otuchy Baranorhowi. – To stereotyp. I to krzywdzący.

Wojownicy ruszyli za czarnoksiężnikiem. Droga po ostrych skalnych półkach prowadziła do żwirowego żlebu, z którego trakt do groźnych iglic i żelaznej korony Szkieletora był już prostą ścieżką. Nie minęła godzina, a bohaterowie już czaili się w pobliżu głównych wrót bramy Czarnej Wieży. W zawiesinie mgły snującej się przez żwirową nieckę, byli kompletnie niewidoczni dla potencjalnych nieprzyjaciół, którzy nagle mogliby wylec ze swojej mrocznej siedziby. Było to zresztą częścią ich planu. Właśnie wtedy wojownicy mogliby wykorzystać moment otwarcia się gigantycznych skrzydeł drzwi i wśliznąć się do środka, ale… akurat nikt nie wychodził. Zaś jedynymi, którzy chcieli dostać się do środka byli nasi barbarzyńcy.

– Do dupy z takim planem – podsumował próżne wyczekiwanie Baranorh – Mówiłem, żeby zabrać ubrania tych co ich zatłukliśmy w strażnicy granicznej, sfabrykować gleit, puścić fałszywą depeszę, a potem przebrać się i wtedy…

– Nie będziemy do tego wracać! – zawrzał nagle Amadoububu – Koniec ze skradaniem się, przebieraniem i innymi tchórzostwami! Jesteśmy barbarzyńcami! Wyklętym plemieniem najtwardszych z ostatnich ludzi, jakich nosiła ta splugawiona…!

– Mordo, powściągnij się! – Uspokoił czarnoksiężnika Gregoroth – Przecież ustaliliśmy, że tego nie robimy!

– Po prostu zastanawiam się, czy traktujecie to poważnie? – Ciągnął czarnoksiężnik – jak wy chcecie się przebierać to może wy na jakiś konwent kurwa idźcie, a nie księżniczki wam ratować!

Koczkodan natenczas ocipiał ze śmiechu.

– Chcesz nam uchybić, mordo? – Twarz Baranorha Rudomordego stanęła w gniewnym rumieńcu – Zarzucasz nam, że nie jesteśmy wystarczająco barbarzyńscy?

Czarnoksiężnik wyprostował się, wytrzymał jadowite spojrzenie Baranorha, a potem powoli i wyraźnie wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Zarzucam wam bycie… wilgotnymi muszelkami! – Uśmiechnięty i dumny ze swojej erystycznej parady, wyczekiwał reakcji wojowników.

Baranorh poczuł jak drobna, nadwyrężona już nitka spokoju pęka w jego opanowanej przez frustrację głowie.

– Ja ci kurwa dam muszelkę, ty chuju ty. – Warknął wojownik – Za mną. Princpolonella czeka.

Baranorh wstał, wyciągnął zza pasa swój topór i ruszył gniewnie przed siebie, a idąc miażdżył pod stopami ziemię swoich wrogów w sposób tak nienawistny i zajadły, że aż graniczący z przesadą. Reszta drużyny bez zastanowienia poderwała by zrównać swój krok z jego sromotnym marszem.

– Co chcesz zrobić? – Niecierpliwił się Gregoroth.

– Zobaczysz. – Rzucił Rudomordy i splunął siarczyście.

Wszyscy trzej stanęli u piekielnego progu drzwi Szkieletora. Potworna budowla górowała nad nimi straszliwie, ale teraz już nie było czasu, ani miejsca na strach. Gregoroth zauważył, że stąd, spod samego muru wieży, nawet nie widać szczytu tego żelaznego koszmaru. Opuścił głowę, zmrużył oczy w poszukiwaniu skupienia i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Wyczekiwał na to co przygotował dla nich Baranorh. Inny wódz prawdopodobnie niepokoiłby się, że przewodzący akcją wojownik pędzony jest gniewem, ale on nie czuł lęku. Czuł dumę. A większą jeszcze czuł dumę czarnoksiężnik. A koczkodan wymierną czuł.

Baranorh zaczął kołatać w drzwi. Furia uderzeń rozległa się echem w całej wieży. Nie było już powrotu. Oto przed nimi jawiło się krwawe sedno ich misji.

– Zaraz, zaraz! Już idę! – Odezwał się głos z wewnątrz i po chwili jego właściciel wyściubił blady zasmarkany nos przez małą zasuwaną szczelinę – Kto tam u licha?

– Wpuść nas natychmiast! – rozkazał Baranorh.

– No jasne! – Zadrwił strażnik – Co to ma być? Polecenie jakieś?

– Tak. – Usmiechnął się Baranorh – Polecenie z tobą w chuja.

Wojownik chwycił strażnika za jego blady nochal i zaczął ciągnąć. Mężczyzna kwilił z bólu jak zwierze. W końcu drewno drzwi ustąpiło pod naporem ciała strażnika i barbarzyńca wywlókł go na drugą stronę tworząc nim szczelinę, która w groteskowy sposób przypominała kontur ciała. Potem podniósł poranionego stróża i zanim ten zdążył się zorientować co właściwie dzieje się z jego naszpikowanym drzazgami ciałem, Baranorh wyrwał mu głowę razem z kręgosłupem. Chwilę studiował jej ciężar podrzucając, a potem rzucił ją pod nogi czarnoksiężnika. Kręgosłup u nasady głowy wił się jeszcze przez chwilę jak rzucony na brzeg węgorz, a potem zamarł.

– Efekciarstwo i popisy. – Amadoububu przewrócił oczami – Wchodzimy do środka. Jak ja wam pokażę kaźń to się zesracie.

W ten sposób rozpoczęła się jedna z najbardziej niezdrowych rywalizacji jaką widział ten umarły świat.

]]>
https://barbario.net/bwo7/feed/ 0