Tom Dziewiąty

– A czy widzisz tę rzekę, która płynie przez ogród? – Zapytała Żentyca delikatnie muskając palcami złote loki księżniczki. Wieczorne światło sprawiało, że rozczesywanie ich zapewniało jej oczom niezwykłą przyjemność. Czasami patrząc na nie wyobrażała sobie, że właśnie tak musiały kiedyś wyglądać promienie słońca.

– A, tak. Widzę. – Blade oblicze zamyślonej Princpolonelli rozświetliła filuterna krzywizna błogiego uśmiechu. – Zakręca zaraz obok klombów. Bogowie, ile pracy włożyliśmy w podtrzymanie życia tych roślin.

Cesarz Ochlawian sprowadził sadzonki z egzotycznego Kłaju i księstw gminy Boboń. Kosztowały go fortunę a i tak nie było pewności, że przeżyją w surowym klimacie Cywilizancjum. Na szczęście były złoża Nawozium, nazywanego przez południowców “Bigosem” ziemi. Bigos był darem i był też przekleństwem całego Imperium. Powodem tej całej nieszczęsnej przygody, w którą wraz, z zaufaną Żentycą była zamieszana księżniczka. Kto bowiem kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat.

-Wiesz, dziś rano pachniało tutaj ziołami, ale teraz… teraz czuć jaśmin. Czuję go bardzo wyraźnie. – Księżniczka nabrała powietrza przez mały zadarty nos i zamilkła. Jej usta znów zwęziły się w małą podkówkę. Żentyca wyczuła, że samopoczucie księżniczki, które próbowała leczyć przez cały wieczór, znów jest o krok od załamania się. A Żentyca nie lubiła kiedy jej znój szedł na darmo. Z resztą jak każda Walwryjka. Zareagowała niezwłocznie niczym infolinia UPC.

– A czy widzisz dom w oddali? Tam na wzgórzu. – Skłoniła się nad księżniczką obejmując ją czule i dodała szeptem zaraz obok jej ucha. – Poznajesz dom swoich rodziców?

– Tak. Poznaję. – Princpolonella odwróciła twarz na wschód i czekała aż martwa gwiazda resztkami sił ogrzeje jej twarz. Na próżno. – Dom z pomarańczowego kamienia, który szybko nagrzewa się w słońcu.

– A widzisz tę drogę do niego? – Splotła palce księżniczki ze swoimi i unosząc jej dłoń wskazała na zachód. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że na tę chwilę zapomniała o delikatności, którą była winna swojej pani, ale jej podopieczna zdała się nie zwracać na to uwagi. Princpolonella raz jeszcze uświadomiła sobie jak znacznie większa jest dłoń Żentycy od jej własnej. Lekki pąs wdarł się podstępnie na jej policzki. Poczuła się znów bezpiecznie. –  Tych, którzy uczęszczają tym traktem odprowadzają ogromne topole, grusze, figi i jabłonie. – Żentyca wyprostowała się i gestykulowała teraż żywo drugą ręką próbując oddać wielkość koron pełnych ciemno zielonego listowia. Listowia tak grubego i soczystego, jak skóra dzikiego gada błąkającego się po dalekiej pustyni południa. Pustyni, której księżniczka zaznała dopiero po raz pierwszy niedawno. I nie było to miłe doświadczenie.

– Słyszałam, że i ty bacznie odprowadzasz naszych gości wzrokiem kiedy nią jadą. Strzeżesz nie tylko mnie. Lubisz gruszki. – Zaśmiała się cicho księżniczka.

– Cóż, jaśnie pani… –  Twarz służki nabrała srogiej rezolutności – To w końcu nasze owoce. Ochleje się taki naszego wina a potem żre jeszcze owoce jak wraca z Libacjum. No rzeczywiście. Poza tym lubię je. Są słodkie i zdrowe. I nic tak nie poprawia humoru jak porcja witamin. Każdy kaznodziej Instagramotha ci to powie.

– To dzięki temu, że nasza ziemia jest taka czarna. Niemal jak serca barbarzyńców z południa. Albo nawet bardziej. Jak ich włosy. – Zachichotała księżniczka. I choć tchnęło to radość w serce oddanej Żentycy, jako Walwryjka musiała na to porównanie zareagować dezaprobująco. Dla zasady. Żeby powkurwiać się trochę dla rozrywki.

– Ależ księżniczko… – Pokręciła pobłażająco głową – Barbarzyńcy są zdecydowanie przereklamowani. Czas skończyć z tym barbarocentryzmem w kulturze. Kreowani są przez  skaldów na takich twardych tylko dlatego, że musieli się takimi stać. Głównie z uwagi na to, że z natury są zbyt delikatni, wrażliwi i takie tam pierdoły typowe dla współczesnego kryzysu męskości. Za to my, Walwryjki, droga księżniczko, jesteśmy z natury silne i niezależne. Wierzę, że wy dziewczyny z Cywilizacjum też macie w sobie takie cechy.

– Ale nie sądzę, że mogłabym zmiażdżyć ludzką czaszkę gołymi rękami. Skąd w takim razie płynie niepohamowana dzika siła Barbarzyńców?

– Z kompleksów.

Nagle rozmowę przerwał metaliczny łomot otwierania rygli zabezpieczających drzwi celi. Princpolonella otworzyła w końcu oczy, a dolina, w której jeszcze niedawno przebywała zniknęła w jednym momencie z jej wyobraźni. Znów znajdowała się w swojej zimnej celi, wysoko w najbardziej niedostępnych piętrach wieży zwanej Szkieletorem. Żentyca wstała pospiesznie. Była potężną kobietą, nawet jak na Walwryjkę. Skinęła na Princpolonellę aby ta okryła się szczelniej potarganym kocem, który dzieliły ze sobą, i który był jedynym wyposażeniem ich karceru.

– Ja to załatwię – Warknęła i ścisnęła swoją własną pięść, która wydała ostrzegawcze chrupnięcie. – Nie ma co sobie plugawić języka tym ich wężowym pierdzeniem, księżniczko.

– Nie, Żentyco. – Zaprotestowała księżniczka nabierając nagle zaskakującej surowości – Nie tym razem.

Mechanizm przestał pracować i drzwi powoli otworzyły się na oścież wpuszczając do komnaty nieco zimnego światła, na tle którego rysował się czarny obły kontur. Cień zbliżył się do wnętrza celi i wypełnił ją całą, aż w mroku widać było tylko szkliste oczy dwóch kobiet.  Żentyca ugięła potężne kolana jak nowohucki tygrys bojowy gotowy do ataku, a Princpolonella pilnowała by jeden nawet mięsień nie drgnął w jej organizmie. Siedziała prosto i niewzruszenie tak, jak siedzą królowe. Albo przynajmniej jak baby w Zusie.

– Co tam? – Obły cień przemówił i wyostrzył się na tyle, by obie więźniarki rozpoznały w przybyszu kapitana straży. Teraz nie robił już na nich tak potwornego wrażenia. Właściwie gdyby nie to, że pełnił z chorą satysfakcją rolę ich oprawcy, księżniczka, wraz z jej służką wzięłyby go za karłowatego karczemnego knura, którego towarzystwo to jednoznaczny omen mega zjebanego wieczoru na mieście.

– Kollegas fokken, soek jy, lam? – Gardłowo rzuciła Żentyca do kapitana, który przeszedł koło niej z założonymi z tyłu rękoma i zatrzymał się dopiero koło księżniczki.

– Co ona powiedziała? – Zapytał z ohydną melodią w głosie.

– Mój Walwryjski nieco zaśniedział, kapitanie Penistofelesie – Odpowiedziała chłodno Princpolonella unosząc władczo podbródek w majestatycznym geście sugerującym pocałowanie jej w dupę. – Ale wedle mojej najlepszej wiedzy, to można to chyba interpretować jak “Kolegów kurwa szukasz, laumusie?”

Mina kapitana skwaśniała jak mleko rzęsorka tatrzańskiego na słońcu. Żentyca parsknęła śmiechem, a rozpalony od gniewu Nekromanta natychmiast ruszył ku niej i wymierzył jej siarczysty policzek. Trochę szczypało, ale Walwryjka ignorowała ten dyskomfort podziwiając jak trupio blade oblicze jej oprawcy zmienia się w czyżynheimskiego cukrowego buraka.

– Znowu każę wybatożyć to twoje rzeźbione fit mięsko, ty seksowna dzikusko. – Popluł się jak głupek, oblizał, a potem uśmiechnął szkaradnie. Żentyca doszła do wniosku, że żeby policzyć zęby kapitana wszystkie palce jednej ręki to aż nadto. Wystarczył jeden łokieć. – A może wolisz żeby posłać cię do kuchni, co, paniusiu?

– Onthou dat jy daar messe het. – Wyszczerzyła się.

Kapitan natychmiast odwrócił się w kierunku księżniczki i bez słowa, z zaciśniętymi wargami wyczekiwał tłumaczenia.

– Coś jak “Pamiętaj, że trzymacie tam noże, ty zapluty kurduplu spijający mocz z byczego prącia.” – Beznamiętnie wyrecytowała Princpolonella. – Choć może dodałam kilka rzeczy od siebie…

Kapitan straży wrzasnął gniewnie i rzucił się niezgrabnie w kierunku księżniczki. Żentyca miała już puścić się za nim, ale księżniczka prawie niezauważalnym gestem powstrzymała ją. Kapitan zacisnął pięść by skarcić więźniarkę za jej bezczelność, ale przypomniał sobie, że musi pozostać powściągliwym. Póki co takie były rozkazy.

– Nie radzę kapitanie. – wycedziła chłodno Princpolonella – chyba, że sekrety Bigosu znasz lepiej niż ja.

Kapitan Penistofeles potarł skronie w obawie o wylew krwi do mózgu i po chwili zaczął śmiać się pod nosem jak maniak i zboczeniec, którym niewątpliwie był jak to każdy Nekromanta.
– Jedno twoje skinienie zmusza do posłuszeństwa – Zauważył z fałszywą aprobatą – To godne uznania. Dlatego proszę cię, księżniczko. Przystań na moją propozycję. Masz szansę wyjść z tego cało. Ta oferta ważna jest tylko teraz. I tylko ze mną. Inaczej nie dasz mi rady.

– Dam ci radę, Panistofelesie. – Odpowiedziała księżniczka – A ta rada brzmi: wypierdalaj, ty ciemny żłobie, zanim Żentyca ukręci ci łeb. Powiedz też swojemu panu, że nie doczeka się tego co sobie zamierzył w swojej wybujałej wyobraźni. Musi albo nas zabić, albo wypuścić. Nam wszystko jedno, bo i tak zdechnąć tu z nudów idzie u was.

Żentyca zaśmiała się w głos, a kapitan zdezorientowany i zrezygnowany ruszył w kierunku drzwi do celi. Ostatnio tak upokorzony czuł się w szatni po dżudo. Rozkazał otworzyć mechanizm drzwi i czekając aż rygiel po ryglu odsuną się ze swoich uzd, przemówił:

– Przyznam kobieto z północy – Rzucił zgrzytając przez zęby –  że istotnie masz dar przemawiania. Szybko się uczysz i coraz lepiej idzie ci z językiem.

– Tobie podobno też, mój panie. – Niezwłocznie dodała księżniczka Princpolonella nie chcąc pozostać dłużną komplementu.

– Chłopaki w koszarach podobno wypolerowani jak kość słoniowa chodzą. – Wyjaśniła niecierpliwie Żentyca. – Brawo!

Drzwi otworzyły się, a kiedy zniknął za nimi kapitan straży, jeszcze długo słychać było zza nich jego piskliwy, jakby dziecięcy wrzask histerii.

– “Spijający mocz z byczego prącia”? Zaczynasz przeginać księżniczko – Żentyca próbowała brzmieć rozsądnie mimo swojego rozbawienia – W końcu rzeczywiście nas zabiją.

– Mogą nas zabijać i ożywiać bez końca – Machnęła ręką Princpolonella – Byle by od czasu do czasu dali co innego do żarcia niż ten przeklęty bób. A tajemnicy obróbki cieplnej Bigosu i tak nie pojmą. Nawet ja ją nie do końca rozumiem, więc gdybym się złamała to i tak, tak pi razy oko im powiem jak to działa. Marnują czas.

– Rozumiem, że to przez przezorność nie uważałaś na lekcjach mistrza Stulejusza? – Żentyca uniosła jedną brew i uśmiechnęła się serdecznie do swojej pani.

– Bezpieczeństwo tajemnic Cywilizancjum jest najważniejsze. – księżniczka przeczesała dłonią włosy i ułożyła się na niewygodnym posłaniu. Potem dała znak Żentycy by spoczęła koło niej. – Poza tym walił ten dziad jakimś takim grochem jakby po prostu. Nie szło wysiedzieć.

Już miała zamknąć oczy i spróbować zażyć nieco snu, by choć na chwilę wrócić do tej doliny, do której przenosiły ją powoli blaknące wspomnienia, kiedy nagle obie kobiety usłyszały jakiś łomot dochodzący zza drzwi. Wrzask kapitana wrócił i na korytarzu słychać było coś co przypominało bardzo agresywną dyskusję.

– Nie mogę z tym typem. – Princpolonella wywróciła oczami i usiadła na  posłaniu. – Jak tylko złapię jakąś ćmę, to spierdalam.

Nagle, ciężkie rygle drzwi zadrżały jak od uderzenia czymś wielkim i obłym, a więźniarki skoczyły na równe nogi. Uderzenia nasilały się i piętrzyły przez dłuższy czas, aż w końcu po chwili absolutnej ciszy, ktoś uruchomił mechanizm otwierający zamek. Drzwi uchyliły się z potężnym metalicznym jękiem i do komnaty wkroczyło trzech potężnych mężczyzn o twarzach zbrukanych krwią i sumieniach zbrukanych też krwią.

– A wy kurwa, co? – Skrzywiła się Żentyca – Konkurs na głupi ryj macie? Jak dla mnie ten z tym dziwnym pieskiem na ramieniu wygrywa.

– Przyszliśmy cię uratować, Princpolonello – Powiedział jeden z nich występując przed szereg. W dłoniach dzierżył miecz, a włos rozwiewał mu wiatr, który właściwie nie wiadomo skąd się wziął w tej zamkniętej ciasnej celi. – Jesteśmy barbarzyńcami. Wyklętą nacją skazaną na tułaczkę i przemoc. Wszystko to…

– Zaraz, zaraz. – Princpolonella wstała i podeszła bliżej by przyglądnąć się twarzom swoich potencjalnych wybawców. – Czy ty czasami nie byłeś w Augustowie jakieś trzy, albo cztery lata temu?

– No byłem, a co? – Odpowiedział ostrożnie i bez zrozumienia wojownik o czerwonej twarzy. Na pytający wzrok swoich kompanów wymamrotał tylko – Na takich warsztatach z jogi byłem. Myślałem, kurwa, że to sztuka walki jakaś. Jak się dowiedziałem, że nie to szybko wróciłem.

– Te, Żentyca! No nie uwierzysz! – Oczy Princpolonelli zabłysnęły mozaiką wielu emocji – To jest Baranorh Rudomordy! Mistrz pozycji psa z głową w dół!

– Wiedziałem – powiedział barbarzyńca wyglądający na malijskiego czarnoksiężnika – Coś jakiś taki podejrzanie rozciągnięty mi się zawsze wydawał. Jak gekon.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz