Tom Ósmy

Korytarz, po licznych meandrach, w końcu zaczął wznosić się ku górze. Długi czas bohaterowie wspinali się coraz wyżej, nim wreszcie znów znaleźli się na płaskiej drodze prowadzącej do jakiegoś wielkiego ciasnego holu. Było teraz gorąco i wilgotno, lecz powietrze stało się czyste, a od czasu do czasu świeży powiew muskał ich zmęczone twarze. Zrozumieli, że Szkieletor posiada swój własny system wentylacyjny, który pomagać miał w oczyszczaniu toksycznego powietrza. Kiedy oddychali nic nie chrzęściło im w nosach, a haustów tlenu nie trzeba było popijać ani przesadnie drobić zębami. W blasku płomieni pochodni Barbarzyńcy dostrzegali niekiedy zarysy schodów, sklepień, bocznych korytarzy i tuneli. Wszystko to pogrążone było w poskramiającej ducha ciemności. Przejścia prowadziły to w górę, to stromo spadały w dół – zewsząd jednak zionęły czarną pustką i śmiercią. Sprawiały wrażenie, jakby wieża ta zaprojektowana została ongi przez szaleńca… albo budowa tej twierdzy przerywana była i wznawiana na przestrzeni lat przez różnych innych szaleńców, którzy niewielkie mieli pojęcie o planowaniu przestrzennym ani o analizie urbanistycznej. No i czaszki. Wszędzie, kurwa, czaszki. Tak jakby w architekturze nie było, żadnego innego motywu ozdobnego.

– Powiem wam, że chujowo tutaj jest. – Podsumował Czarnoksięznik Amadoububu karmiąc koczkodana woskiem z ucha – Niby tacy mądrzy ci Nekromanci a po ciemku siedzą w jakimś, za przeproszeniem, syfnym loszku.

– Zaprawdę, mordo – Zgodził się Baranorh Rudomordy – Co myślicie, że jest tam na dnie tej mrocznej czeluści? Kolce czy lawa? To zawsze są albo kolce, albo lawa…

– Zobaczcie! Tam w oddali tli się jakieś światło! – Gregoroth wskazał majaczący w otchłani blady pobrzask. W miarę jak posuwali się do przodu, zimne światło nabierało jasności i w końcu bohaterowie przekonali się, że pochodzi ono z lekko uchylonych kamiennych drzwi. Zza nich zaś słychać było dźwięk rytmicznego mlaskania.

Kiedy Barbarzyńcy wślizgnęli się do środka, ich oczom ukazała się wielka owalna sala oświetlona pochodniami. Stali na antresoli obudowanej krużgankami, a w dole, pod kondygnacją, na której znajdowali się, rozgrywała się właśnie osobliwa scena.

– Czy to jakaś sala tortur? – Szepnął Baranorh próbując ogarnąć niecodzienny widok – I dlaczego oni są na golasa?

– Nie mam pojęcia, mordo – Główkował Gregoroth – Zastanawia mnie również to jak ten człowiek w środku może sikać z czymś takim. Rozumiem kolczyki, jeden, albo nawet dwa, ale cały pęk kluczy to już przesada!

– To jeden z ich rytuałów. Ci dwaj zakneblowani młodzi mężczyźni z odważnikami i klipsami na sutkach to więźniowie, a ten stary w środku, ten co mu dzwoni w kroczu, jest najwidoczniej ich oprawcą, który odprawia nad nimi jakiś bezbożny rytuał. Jesteśmy świadkami Nekromancji w czystej postaci!

– Skąd wiesz czarnoksiężniku? – Żywo zapytał Gregoroth. – Mów co rychlej!

– Bo robi tak ręką, o. – Amadoububu wykonał wymowny gest – I to do rytmu!

– Rzeczywiście! – żachnął się Baranorh – Oni poruszają się dokładnie w tym samym tempie co jego dłoń! Jakby niemal dostrojeni byli do jego woli!

– To jego marionetki. Rzucił na nich czar, przez który więźniowie ci robią cokolwiek zrodzi się w jego pokręconym umyśle. Teraz wiecie już do jakich wynaturzeń mogą prowadzić igraszki z czarną magią. – Ciągnął grobowym tonem czarnoksiężnik – O otarciach już nie wspominając. Ten tam na przykład będzie rano potrzebował około beczki kremu Nivea.

– Zabijamy? – Upewnił się Baranorh pojąwszy powagę sytuacji.

Mlaskanie z klaskaniem wypełniły wyczekiwanie na decyzję przywódcy. Ci niewolnicy byli jeszcze tacy młodzi. Ile mogli mieć lat? Ze dwadzieścia? Dwadzieścia dwa? Całe życie było przed nimi. Być może mogli pięknie śpiewać, lub tańczyć? Albo dekorować wnętrza? Byli rzeźwi, pełni krzepy i werwy a mimo to wódz barbarzyńców wiedział, że niektóre z ich części ciała nigdy już nie powrócą do dawnej sprężystości i rozmiarów. Gregoroth skinął w milczeniu głową.

– Zabijamy. – Rozkaz wywołał niemałe zadowolenie na twarzach towarzyszy. Nie dość, że ratowali życie tym dwóm wyjącym w niebogłosy zniewolonym charłakom, to jeszcze przy okazji robili to w czym byli najlepsi. A byli robiąc to najgorsi.

Gregoroth wyciągnął swój miecz, przeskoczył barierkę i rzucił się w dół, w samo centrum sali, w której już za moment rozpocząć miała się kaźń. Zaraz za nim, bez chwili zawahania ruszyli jego kompani. Wszyscy trzej uderzyli w ziemię tak, że aż zadrżała podłoga. Stali teraz tam wyprostowani, z marsowymi obliczami i zimną stalą w dłoniach. Stalą, której zbierało się na śpiew. Koczkodan wylądował między nimi z gracją i uśmiechnął się szpetnie.

– Ja pierdolę, nie wiedziałem nawet, że to się da przekłuć – Studiował wroga Baranorh.- Z bliska wygląda to jak taka poduszeczka na igły co krawcowe mają.

Gorgoroth powoli ruszył w kierunku podejrzanie skąpo ubranego starszego mężczyzny z szeregiem kolczyków w jajach. Nekromanta spojrzał na niego i wystraszył się, choć nie przerywał odprawiania mrocznego rytuału, w którym zatracił się bez reszty.

– Ty podły, potliwy bydlaku! Ty naoliwiony niegodziwcze! Gotuj się!

I rzeczywiście w pewnym sensie Nekromanta się gotował. Mlaskanie przeplatane klaskaniem nie ustawało. Gregoroth uniósł swój miecz, rzucając przeraźliwy cień. Cień srogiego wpierdolu.

– Za to coś zrobił tym dwóm delikatnym chłopcom o anielskich włosach, czeka cię… – Gregoroth przerwał nagle skonfundowany – Mógłbyś przestać na chwilę jak do ciebie mówię? Trochę mnie to rozprasza…

Nagle twarz Nekromanty nabrała niewypowiedzianej tężyzny. Prawie zawsze czujny Amadoububu działał instynktownie. Jak pantera.

– A niech mnie Mitra… – Amadoububu rzucił się w powietrze – Gregoroth! Padnij!

Czarnoksiężnik w ostatnim dogodnym momencie pchnął Gregorotha. Obaj stracili równowagę i upadając na kamienną posadzkę, uniknęli nekroromantycznego pocisku, który przeleciał o włos od policzka Króla Barbarzyńców. Było blisko. Zbyt blisko jak na ten heteronormatywny gatunek fantasy. Takiej zmazy nie dałoby się zmazać, nawet z pomocą najlepszych wróżbitów od public relations.

– Amadoububu? – Gregoroth nie ukrywał oszołomienia – Ty… Uratowałeś mi życie!

– Świat się zmienił, lecz pozostał jeszcze gdzieniegdzie wierny, mordo. Jesteś być może moim wodzem – Amadoububu uśmiechnął się do własnych wspomnień – Ale i bądź co bądź przyjacielem. Zawsze nim byłeś. I raczej zawsze będziesz. Nie bacz na dzielące nas kwasy. Wstań i pokaż tej łajzie… jego własne flaki.

– Cieszę się że jesteś ze mną, czarnoksiężniku. – Powiedział podnosząc się Gregoroth – Tutaj, w najciemniejszej godzinie tej chwalebnej podróży.

– Lajt, mordo. Nie pucuj się.

– Kurwa! Nie czas na czułości! – Wrzasnął Baranorh – On przeładowuje!

Gregoroth wyszczerzył się paskudnie, czując już, że żyły na jego skroni pompują euforię walki, wywołaną przez adrenalinę. Rzucił się na Nekromantę, który dygocąc z nieopanowanej żądzy mlaskał i klaskał przywołując nową falę rytualnego ładunku. Wojownik wykonał ostrzem młyniec nad głową. Zza jego barbarzyńskich zębów wyrwał się charczący wrzask i Gregoroth ciął z całą mocą Nekromantę przez okolczykowany łeb. Krew trysła. Głowa spadła na ziemię, turlając się pod stopy magicznie zniewolonych chłopców. Dopiero na jej widok wyzwolili się z czaru Nekromanty i przestali znęcać się bezpamiętnie nad swoimi narządami.
Na odciętej głowie poległego wroga zastygł błogi wyraz spełnienia.

– Idźcie. – Powiedział Gregoroth chowając swój miecz za pas – Jesteście wolni. Zły czar prysł.

Błękitne oczy mężczyzn rozszerzyły się w niemym zdumieniu. Wstali i pośpiesznie ruszyli w kierunku drzwi nie rzucając ani słowa do swoich wybawców. Dopiero wędrując długim korytarzem ku wyjściu z mrocznej wieżycy, jeden z nich zdecydował się odezwać, jakby otrząsnąwszy się z szoku.

– Gabriel, powiedz mi… – Zapytał a jego głos drżał ze zdenerwowania i niepewności – To nie były czary, prawda?

– Nie, Rafał. Tak jak to nie czary, że dziś noc jest ciemna, a poranek będzie jutro chłodny. – Uśmiechnął się smutno jego kompan, próbując dodać mu otuchy – To była miłość. A jeśli miłość jest prawdziwa to nie ma w niej złych uroków, iluzorycznych kugli ani klątw. To nie były czary. Wręcz przeciwnie. To wszystko natura. To wszystko normalne. Niech nikt nie śmie mówić ci inaczej.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz