Tom Siódmy

Wreszcie, po wielu dniach tułaczki, barbarzyńcy kroczyli najbardziej niegościnnym z gościńców w tych krainach. Szkarłatne bezsłoneczne niebo zasnuł czarny dym, a wiatr niosący pył zamarł, jakby ze strachu przed mrocznym gospodarzem tych ziem. Wiedzieli, że zbliżają się do swojego celu. Mimo tego z jakiegoś powodu dziarska kompania wciąż daleka była od euforii. Przekroczyli już granicę królewstwa Necromarchu i teraz ostrożnie, niczym na palcach i z mroźnym cieniem rzucającym się na serca, zapuszczali się w głąb kraju, całą swoją zabójczą surowością przynależącego do śmierci. Nie była to jednak śmierć, do której przyzwyczajeni byli bohaterowie. Nie była ani ciepła, ani otulająca, ani wilgotna, ani też pełna pasji. Nie była też ostateczna. Tutejsza śmierć nie miała nic wspólnego z ferworem walki, pięknym szaleństwem czerwonych żniw, czy wreszcie honorem wojownika. Tej należało się bać. Ta była upokarzającym więzieniem dla duszy. Była Czarną Magią. Przerażającym i świętokradczym wynaturzeniem, które nie miało w sobie wiele z siły, istniejącej w tym świecie od samego początku i zrównoważyła w nim wszystko.

Z początku bohaterowie nie widzieli zbyt wiele poza błędnymi ognikami nocy. Mieli wrażenie, że znaleźli się w kraju mgieł, gdzie nie ma nic prócz cienia, aż w końcu, z czarnej smugi horyzontu wyłaniać zaczęły się mrożące krew w żyłach kształty. W miejscu gdzie ciemności skłębiły się w wielki przytłaczający moloch, dostrzegali błyski martwych płomieni. Przerażająca budowla położona na długiej, skalnej ostrodze gór, niby ogromna fabryka Starych Mądrych zionęła oparami i dymem. Wzrok przywódcy barbarzyńców w końcu wyostrzył się i Gregoroth ujrzał zwarte, spiętrzone blanki, czarną niepokonaną wartownię, górę żelaza, stalową bramę, niezdobytą wieżę kościanych żebr. To była Czarna Wieża nad Mogiłami. To był Szkieletor.

Gregoroth przeklął cicho pod nosem – “Gotyk, kurwa. Czemu zawsze gotyk.”

– Niech Mitra ma nas w swojej opiece. – Zagrzmiał czarnoksiężnik Amadoububu – Oto i on! Szkieletor! Czerń ciemniejsza niż otaczające ją ogromne ciemności!

– Onieśmiela… – Rzekł niepewnie Baranorh – A mimo to nie zachęca do odwiedzin…

Wymuszony żartobliwy ton w jego łamiącym się głosie miał zatuszować piętrzące się wątpliwości, które szturmowały serce wojownika. Czarnoksiężnik wyczuł to momentalnie.

– A jednak to właśnie tam zmierzamy. – Zauważył Malijczyk – Dlatego proponuję przestać zgrywać koneserów architektury, uratować księżniczkę i wracać zanim te radykały zamienią nas w kozy.

Wojownicy zgodzili się z czarnoksiężnikiem, ale jego światłe słowa jak zwykle zrodziły wiele dodatkowych pytań. Cóż. Było to zwyczajową ceną rad czarowników.

– Zamienią w kozy? – Zdziwił się Baranorh – Czemu w kozy akurat?

– Żeby wyruchać. – Odpowiedział czarnoksiężnik z kamienną twarzą, w której odbijały się całe generacje mądrości przekazywanej z jednego Amadoububu na kolejnego. Uznając, że wyjaśnień stało się zadość, uważnie zaczął schodzić ze zbocza góry. Małpa na ramieniu czarodzieja chichotała i drwiąco wskazywała kudłatym paluchem na zmieszanego Baranorha, wykonując przy tym koncertową wręcz pantomimiczną parodię ruchów kopulacyjnych. Słychać ją było jeszcze chwilę po tym jak dwaj barbarzyńcy stracili Amadoububu z pola widzenia.

– Nie bój się. – Gregoroth dodał otuchy Baranorhowi. – To stereotyp. I to krzywdzący.

Wojownicy ruszyli za czarnoksiężnikiem. Droga po ostrych skalnych półkach prowadziła do żwirowego żlebu, z którego trakt do groźnych iglic i żelaznej korony Szkieletora był już prostą ścieżką. Nie minęła godzina, a bohaterowie już czaili się w pobliżu głównych wrót bramy Czarnej Wieży. W zawiesinie mgły snującej się przez żwirową nieckę, byli kompletnie niewidoczni dla potencjalnych nieprzyjaciół, którzy nagle mogliby wylec ze swojej mrocznej siedziby. Było to zresztą częścią ich planu. Właśnie wtedy wojownicy mogliby wykorzystać moment otwarcia się gigantycznych skrzydeł drzwi i wśliznąć się do środka, ale… akurat nikt nie wychodził. Zaś jedynymi, którzy chcieli dostać się do środka byli nasi barbarzyńcy.

– Do dupy z takim planem – podsumował próżne wyczekiwanie Baranorh – Mówiłem, żeby zabrać ubrania tych co ich zatłukliśmy w strażnicy granicznej, sfabrykować gleit, puścić fałszywą depeszę, a potem przebrać się i wtedy…

– Nie będziemy do tego wracać! – zawrzał nagle Amadoububu – Koniec ze skradaniem się, przebieraniem i innymi tchórzostwami! Jesteśmy barbarzyńcami! Wyklętym plemieniem najtwardszych z ostatnich ludzi, jakich nosiła ta splugawiona…!

– Mordo, powściągnij się! – Uspokoił czarnoksiężnika Gregoroth – Przecież ustaliliśmy, że tego nie robimy!

– Po prostu zastanawiam się, czy traktujecie to poważnie? – Ciągnął czarnoksiężnik – jak wy chcecie się przebierać to może wy na jakiś konwent kurwa idźcie, a nie księżniczki wam ratować!

Koczkodan natenczas ocipiał ze śmiechu.

– Chcesz nam uchybić, mordo? – Twarz Baranorha Rudomordego stanęła w gniewnym rumieńcu – Zarzucasz nam, że nie jesteśmy wystarczająco barbarzyńscy?

Czarnoksiężnik wyprostował się, wytrzymał jadowite spojrzenie Baranorha, a potem powoli i wyraźnie wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Zarzucam wam bycie… wilgotnymi muszelkami! – Uśmiechnięty i dumny ze swojej erystycznej parady, wyczekiwał reakcji wojowników.

Baranorh poczuł jak drobna, nadwyrężona już nitka spokoju pęka w jego opanowanej przez frustrację głowie.

– Ja ci kurwa dam muszelkę, ty chuju ty. – Warknął wojownik – Za mną. Princpolonella czeka.

Baranorh wstał, wyciągnął zza pasa swój topór i ruszył gniewnie przed siebie, a idąc miażdżył pod stopami ziemię swoich wrogów w sposób tak nienawistny i zajadły, że aż graniczący z przesadą. Reszta drużyny bez zastanowienia poderwała by zrównać swój krok z jego sromotnym marszem.

– Co chcesz zrobić? – Niecierpliwił się Gregoroth.

– Zobaczysz. – Rzucił Rudomordy i splunął siarczyście.

Wszyscy trzej stanęli u piekielnego progu drzwi Szkieletora. Potworna budowla górowała nad nimi straszliwie, ale teraz już nie było czasu, ani miejsca na strach. Gregoroth zauważył, że stąd, spod samego muru wieży, nawet nie widać szczytu tego żelaznego koszmaru. Opuścił głowę, zmrużył oczy w poszukiwaniu skupienia i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Wyczekiwał na to co przygotował dla nich Baranorh. Inny wódz prawdopodobnie niepokoiłby się, że przewodzący akcją wojownik pędzony jest gniewem, ale on nie czuł lęku. Czuł dumę. A większą jeszcze czuł dumę czarnoksiężnik. A koczkodan wymierną czuł.

Baranorh zaczął kołatać w drzwi. Furia uderzeń rozległa się echem w całej wieży. Nie było już powrotu. Oto przed nimi jawiło się krwawe sedno ich misji.

– Zaraz, zaraz! Już idę! – Odezwał się głos z wewnątrz i po chwili jego właściciel wyściubił blady zasmarkany nos przez małą zasuwaną szczelinę – Kto tam u licha?

– Wpuść nas natychmiast! – rozkazał Baranorh.

– No jasne! – Zadrwił strażnik – Co to ma być? Polecenie jakieś?

– Tak. – Usmiechnął się Baranorh – Polecenie z tobą w chuja.

Wojownik chwycił strażnika za jego blady nochal i zaczął ciągnąć. Mężczyzna kwilił z bólu jak zwierze. W końcu drewno drzwi ustąpiło pod naporem ciała strażnika i barbarzyńca wywlókł go na drugą stronę tworząc nim szczelinę, która w groteskowy sposób przypominała kontur ciała. Potem podniósł poranionego stróża i zanim ten zdążył się zorientować co właściwie dzieje się z jego naszpikowanym drzazgami ciałem, Baranorh wyrwał mu głowę razem z kręgosłupem. Chwilę studiował jej ciężar podrzucając, a potem rzucił ją pod nogi czarnoksiężnika. Kręgosłup u nasady głowy wił się jeszcze przez chwilę jak rzucony na brzeg węgorz, a potem zamarł.

– Efekciarstwo i popisy. – Amadoububu przewrócił oczami – Wchodzimy do środka. Jak ja wam pokażę kaźń to się zesracie.

W ten sposób rozpoczęła się jedna z najbardziej niezdrowych rywalizacji jaką widział ten umarły świat.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz