Tom Szósty

Grobosław był młodym, aspirującym zaklinaczem, który już od dzieciństwa pragnął zostać Nekromantą. Jeszcze jako mały chłopiec, wykopał z ogródka swoich rodziców zdechłego przed laty ukochanego psa Azora i tchnął w niego nowe, mroczne życie po życiu. Ta niezwykła, sentymentalna chwila na zawsze zmieniła Grobosława. Uwierzył w ogromną moc samorealizacji i zrozumiał, że jeśli pozostanie wierny swoim marzeniom, nie znajdzie się na tym świecie siła, która go powstrzyma przed ich zrealizowaniem. Wysłał swoją nową nieumarłą bestię by pożarła jego rodzinę i ruszył w świat. Do Necromarchu wstąpił by rozwijać swoje umiejętności i szybko awansował. Podobało mu się hasło, które wabiło w szeregi Nekromantów nowych, pełnych ambicji młodych kultystów – “Tam gdzie inni widzą rozkład, my widzimy możliwości”. Wszystko w końcu układało się po jego myśli, ale w miarę wspinania się po szczeblach kariery zaczął odczuwać pustkę. Nie była to jednak intrygująca, chłodna pustka śmiertelności, ale coś co przepełniało go narastającymi wątpliwościami. Czegoś wciąż brakowało.

– Sam nie wiem. Jestem zorientowany na sukces, mam dużą samodyscyplinę i niezgorsze umiejętności interpersonalne, a mój mistrz wciąż nie pozwala mi przystąpić do próby Trupiego Jadu. – Zastanawiał się Grobosław patrząc przy tym przez okno w nocny mrok, jakby miał odnaleźć w nim odpowiedzi na dręczące go pytania.

– Masz wszystkie certyfikaty? Opanowałeś wszystkie umiejętności klasowe? – Zapytał jeden z trzech kolegów, z którymi Grobosław pełnił wartę w strażnicy – Ściany z kości? Zatrute sztylety? Wybuchy zwłok?

– Wszystko. Powoli zaczynam myśleć o kolejnym Drzewku Zdolności. Uzbierało mi się nieco punktów…

– Dobrze ci radzę młody… – Wtrącił się trzeci wartownik – Ciesz się, że w ogóle dają ci brać udział w rytuałach. Ambicje bywają zgubne dla zaklinaczy. – Zniżył głos i zbliżył się do młodszego kompana, po czym prawił dalej. – Nie wychylaj się. Masz stałą umowę o niewolnictwo, uniebiezpieczenie i multiwoja. Wielu to wystarcza…

– Sam nie wiem… – uśmiechnął się smutno Grobosław – Być może rzeczywiście uważam się za… Wybrańca?

Nekromanci pokręcili głowami wymieniając między sobą uśmiechy pobłażliwości. Nikt już nie wierzył w przepowiednię o Wybrańcu, który przywrócić miał równowagę w Mroku. Nekromanci wsadzili ją między bajki, tak jak opowieści o innych mitycznych postaciach, takich jak polującego na niegrzeczne dzieci Wiedźmikołaja czy Wróżkę Złogówkę, która dawać miała podarki, w zamian za kamienie nerkowe schowane pod poduszką. Nadszedł czas by i on odpuścił udział w morderczym wyścigu pustynnych szczurów.

– Wiecie co? – Poczuł jak spływają na niego ulga i spokój – Powinienem zdecydowanie wrzucić na luz. Inaczej stres mnie zabije!

– A taka śmierć to koszmar przy składaniu raportu! – Wszyscy wybuchnęli serdecznym śmiechem. Grobosław poczuł, że jest wśród swoich. Zrozumiał, że od zawsze bał się samotności i odrzucenia. Poczuł również jak wielki nóż wbija mu się w plecy na wysokości nerek, przekręca się, a potem lekko unosi go do góry, spuszczając z niego krew jak powietrze z gumowej dętki.

– O to bym się nie martwił – Wódz barbarzyńców Gregoroth, w końcu ujawnił swoją obecność w strażnicy. Jego obnażone w koszmarnym uśmiechu białe kły rozświetliły mrok i dopiero teraz reszta strażników zauważyła go. Zaskoczeni, momentalnie sięgnęli po swoje sierpowate sejmitary by zaatakować. Nim jednak zdążyli wyciągnąć swoje ostrza z pochew, wojownik doskoczył do nich czyniąc piruet i poderżnął im gardła. Uczynił to w sposób tak wirtuozyjny, że widać było, iż barbarzyńca ten nie jest tylko bezmyślnym rzeźnikiem, ale także wyrafinowanym zabójcą, któremu żadna forma mordu nie jest obca. Z tym, że właściwie nic nie było widać, bo nie o to chodzi w skrytobójstwie, żeby ktoś je oglądał. Nekromanci nie zdążyli nawet jęknąć, a ich ciała osunęły się na posadzkę jak bezwładne kukły. Byli martwi ponad wszelką wątpliwość.

– Tylko tchórz sprzymierza się z cieniem. – Powiedział Amadoububu wdrapując się przez okno do strażnicy. Zaraz za nim do pomieszczenia wpełzł koczkodan, który swoim małpim szczebiotem próbował naśladować krytyczny ton swojego pana.

– Tchórz to ktoś kto nie potrafi podporządkować cienia. – Gregoroth wytarł swój nóż z posoki i schował go za pas. – Mądry wojownik wie jak go wykorzystać, mordo.

– Mądry wojownik potrafi okazać szacunek swoim wrogom stając przed nimi z włócznią i tarczą, w pełnym słońcu, na ubitej ziemi bądź pośród pyłu pustyni. I najlepiej to z jajami na wierzchu. – Prawił zgodnie ze swoimi doktrynami czarnoksiężnik – Tak by bogowie świadczyli za jego chwałę. Świadczyli i słali niebiańskie lajki.

– Śmierć to śmierć. – Powiedział Baranorh Rudomordy studiując bez zainteresowania martwe ciała Nekromantów – Ważne, żeby zrobić to komuś zanim ten ktoś zrobi to tobie. Ruszajmy zanim zjawią się posiłki… albo jakieś przeklęte czary ożywią tych tutaj.

– Racja, Princpolonella czeka. Crom jedyny wie, po co tym Nekromantom było jej porwanie. – Zgodził się Gregoroth – Ta strażnica wyznacza granicę ich przeklętej krainy. Kiedy stąd wyjdziemy trakt zaprowadzi nas prosto do wieży, którą nazywają Szkieletorem.

– Przepraszam, czy tam ktoś jest? – Zapytał głos za drzwiami – Halo? Co wy tam robicie?

– Kurwa, strażnik. – Zatrwożył się Baranorh – Co mu odpowiadamy?

– Jak odpowiadamy? Nic nie odpowiadamy. Nas tutaj nie ma. – Zirytował się Gregoroth.

– Ej, nie wiem kim jesteście – Głos nie odpuszczał – ale słychać was nawet na schodach.

– Tu są schody? – rzucił z irytacją Amadoububu – To na chuj się tyle wspinaliśmy?

– No a co? – Zdumiał się barbarzyński wódz – Może mieliśmy po prostu zapukać do głównych drzwi, co?

– Czemu nie! – Nie wytrzymał w końcu czarnoksiężnik – To ciebie wzięło na skradanie się! My jesteśmy barbarzyńcami! Wyklętą nacją skazaną na tułaczkę i przemoc. Wszystko to zaś w imię przetrwania w świecie, który…

– Panowie, ja was ciąglę słyszę – Głos zza drzwiami beznadziejnie próbował dalej – Wiem już teraz nawet, że jesteście barbarzyńcami. Wszystko podajecie mi na tacy. Serio. Jeśli chcieliście uniknąć wykrycia to mega daliście dupy ogólnie…

– Kurwa no i rozpracował nas. – Gregoroth zapłonął gniewem, który podsycały jego urażone ambicje. – Specjalnie to robisz czarnoksiężniku? Chcesz mnie ośmieszyć przed Baranorhem i swoją małpą?

– Ja mam to w dupie. – Baranorh wzruszył ramionami – Nie wciągajcie mnie w tę kłótnię. Nie chcę być waszą kartą przetargową. Mam dosyć toksycznych relacji w tej grupie.

– Niczego nie próbuję. – Zaparł się malijczyk – To od początku był zły plan. Teraz to widzisz i ci głupio.

– Chłopaki, słuchajcie – Głos zza drzwi pieklił się coraz bardziej – Przestańcie się kłócić. To trwa już tak długo, że zdążyłem pójść po posiłki i wrócić. Jest nas tutaj teraz trzydziestu.

– Kurwa. – Przekalkulował szybko Gregoroth – Dobra, idziemy ich zarąbać po staremu. Wygrałeś.

– Zobaczysz – Uśmiechnął się Amadoububu nie ukrywając satysfakcji, a z jego uśmiechem konkurować mógł tylko uśmiech jego koczkodana – Będzie w chuj chwalebnie, mordo. Jak za starych dobrych czasów!

Gregoroth przez chwilę wytrzymał spojrzenie Amadoububu z surowością pełną godności i chłodu, ale w końcu uległ szelmowskiemu urokowi czarnoksiężnika. Pochmurność w jednym momencie zniknęła z jego zatroskanego czoła i wspólnie wykopali drzwi z zawiasów by ruszyć mordować. Wszyscy trzej. I koczkodan też.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz