Tom Piąty

– Nie podoba mi się to wszystko – Zagryzł wargi Baranorh Rudomordy i ściągnął je w mały zatroskany odbycik – Mieliśmy ratować księżniczkę, wiadomo, ale o odbijaniu jej z rąk Nekromantów nie było mowy. To może być najniebezpieczniejsza z naszych wypraw.

Słysząc to Gregoroth uśmiechnął się spod wąsa. Jego oczy zalśniły rządzą. Rządzą przygody… i krwi oczywiście.

– Być może właśnie dlatego akurat o tej warto będzie kiedyś opowiedzieć. – Poklepał krzepiąco kompana po tym co ten optymistycznie nazywał twarzą – Nie obawiaj się Baranorhu. Istnieją w tych podłych krainach gorsze jeszcze rzeczy niż ci przeklęci Nerkomanci. I to właśnie ich należy bać się nawet bardziej.

– Mianowicie? – Zaciekawił się czarnoksiężnik Amadububu i na chwilę przestał ostrzyć grot swojej włóczni – Czyżbyś ty, sam wódz barbarzyńców, kwestionował to, że my właśnie jesteśmy największym postrachem tych ziem? Jak to ma działać na prestiż grupy, którą reprezentujesz?

– Mordo – Zaprotestował stanowczo wojownik – Bycie barbarzyńcą to nie tylko bycie niebezpiecznym. To też szacowanie i przewidywanie jak sprzeczności i zróżnicowanie interesów generują zagrożenia o wielorakim charakterze. Od konfliktów zbrojnych i zamachów terrorystycznych do przestępczości pospolitej i zorganizowanej, ekscesów chuligańskich, infekowania systemów informatycznych czy korupcji. Zagrożeń, które czyhają i na nas samych. Tylko będąc ich świadomi będziemy na nie gotowi. Tylko tak je pokonamy. To nasza siła.

Czarnoksiężnik zatrwożył się i pogrążył w sobie. Przestał słuchać zaraz po słowie “szacowanie” dlatego nie wiedział jak dalej pokierować rozmową, w której czuł się teraz więźniem. W końcu jednak zebrał się w sobie i zareagował instynktownie.

– Czyli kurwa co? – Rzucił z miną, która mówiła wiele, ale o niczym.

– Czyli, że zawsze znajdzie się większa ryba. I nie ma w tym nic strasznego. – Powiedział Gregoroth.

– Ano. Bo każdą rybę można upiec. – Dodał Baranorh – Na rozgrzanym ruszcie, niby to w małym nadmorskim miasteczku, pod gołym niebem, na którym widać bielutkie mewy, z cicha przypięte do niego niczym skromne brosze na turkusowym welonie kosmosu… Mordo.

– No ale w takim razie kto prócz Nekromantów może mierzyć się z naszą potęgą? – Niecierpliwił się czarnoksiężnik, bo czuł, że dialogi w tym odcinku kompletnie wymykają się spod kontroli. – Czy istnieją w ogóle tacy wojownicy?

– Istnieją. – Gregoroth smętnie pokiwał głową – Słyszałeś kiedyś o Weganach?

– O Weganach? Czy to nie jakaś sekta? – Zastanawiał się Amadububu – Nie wiedziałem, że istnieją naprawdę. Myślałem, że to jakieś legendarne pierdoły, które opowiada się dzieciom jak nie chcą jeść zapiekanki ze szczurów.

– Istnieją, mordo. Istnieją naprawdę. – Tembr głosu Gregorotha nabrał powagi i infernalnej wręcz diaboliczności. Wódz najwyraźniej chciał aby czarnoksiężnik zesrał się ze strachu.

– Raz nawet spotkałem jednego z nich. Podróżowaliśmy razem i stał się moim… przyjacielem. Przynajmniej tak o nim myślałem przez pewien czas.

– Przez pewien czas? – Zainteresował się czarnoksiężnik – Coś wydarzyło się między wami?

– Kiedyś w nocy, zakradł się do mojego łoża i próbował mnie… – Ciągnął Gregoroth – zjeść.

– Zjeść? – Zdziwili się wojownicy – Ale czy oni nie czerpią swoich mocy z… niejedzenia mięsa?

– To prawda. – Gregoroth podniósł głowę i spojrzał na swoich kompanów z powagą – Ale tylko po części. Ludzi jedzą bo to… nie zwierzęta. To skomplikowany kult. Ich wierzenia pochodzą ponoć jeszcze sprzed naszej mrocznej postapokaliptycznej ery. Weganie wciąż nie jedzą mięsa zwierzęcego, ale po tych wszystkich mutacjach… doszło w ich sekcie do Wielkiej Schizmy Sojowej.

– Wielkiej Schizmy Sojowej? – Zaciekawił się Baranorh.

– Tak. Wielkiej Schizmy Sojowej. – Przytaknął Gregoroth – Któryś z ich kapłanów odkrył, że zmutowane zwierzęta i tak nie zawierają już mięsa, a produkty, które jedli do tej pory mogą zawierać śladowe ilości orzechów. A orzechy jak wiadomo…

– Mogą powodować zatwardzenie – Amadububu pokręcił ze smutkiem głową – Nic tak nie odbiera ducha walki…

– Dokładnie. Zaprzestali też polowań na Sojowe Golemy. Okazało się, że te stwory zaczynają wykształcać inteligencję i wolną wolę. To rodziło kolejne wątpliwości natury etycznej. Jak twoje bezmięsne dania zaczynają jęczeć o litość i śpiewać “Rotę” to nie ma ilości sosu czosnkowego, który zabiłby gorycz takiego posiłku. Wierzcie mi…

– Ale dlaczego chciał cię zjeść?! – Kipiał z niepewności Amadububu. – Zawiniłeś mu?!

– Moją jedyną zbrodnią, jest bycie smacznym, czarowniku. – Gregoroth zwiesił nos na kwintę i wpatrzył się pustym wzrokiem w piach pod swoimi sandałami. – Oraz to, że udowodniłem mu swoje człowieczeństwo… Gdy traktował mnie jak bestię, byłem bezpieczny.

Nagle chwilę zadumy przerwał zwierzęcy krzyk. Barbarzyńcy dobrze go rozpoznali. To koczkodan Nieogar wracał ze swoich nocnych przepatrywań. Czarnoksięznik Amadububu wysłał go na zwiad by ten wywiedział się, którą drogą najbezpieczniej będzie dotrzeć do Szkieletora – Wieży Nekromantów leżącej nad Czarnymi Mogiłami.

– Dziwny piesek wrócił – Uradował się Amadububu – Mówiłem, że możemy na nim polegać! – Koczkodan rzucił się w ramiona swojego pana i począł wesoło szczebiotać w swoim koczkodańskim narzeczu.

– I co? Droga wolna? Możemy ruszać na Szkieletora? – Zapytał Baranorh.

– Właściwie to… – Zawahał się Amadububu – Nie wiem.

– Jak to?

– Ni chuja nie rozumiem co on mówi.

– Może to dlatego, że on nie mówi. To koczkodan. To są małpie wrzaski a nie słowa.

Amadububu rozgniewał się. Nienawidził kiedy ktoś kwestionował kompetencje jego i jego podwykonawców. Zwłaszcza jeśli byli u niego dopiero na okresie próbnym.

– Droga jest wolna. Dziwny piesek koczkodan jest moim lojalnym sługą. Powierzyłbym mu swoje życie jeśli byłaby taka potrzeba. – Warknął czarnoksiężnik. – Nie wróciłby póki nie znalazłby odpowiedniej ścieżki. A jak widzicie wrócił. I to cały.

– Może czarodziej ma rację – powiedział Gregoroth – Przepraszamy cię, mordo. Nikt nie wątpi w kompetencje twojego koczkodana. Nie chcieliśmy cię obrazić.

Czarodziej burknął tylko coś pod nosem o tym, że może i ci cali Weganie mają rację i ruszył przed siebie głaszcząc swojego pupila. Kiedy Gregoroth chciał udać się za nim, nagle zatrzymał go Baranorh.

– Uważałbym na tę małpę. – Szepnął Baranorh – Nie wiem czy czarnoksiężnik nie zaufał jej zbyt pochopnie.

– Co masz na myśli, mordo?

– Wyraźnie czuć było od niej alkohol.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz