Tom Czwarty

Topór barbarzyńcy napotkał przyjemny opór kręgosłupa, kiedy Baranorh zanurzył go w karku kolejnego wroga. Wojownik rozpoznał tę ulotną sensację, uśmiechnął się i naparł mocniej. Nawet pośród panującej wokół wojennej wrzawy udało mu się usłyszeć subtelną melodię pękającego kręgu. Opór ustąpił i topór ciął dalej w cielesną głębinę. Głowa mutanta spadła na ziemię wprost między stopy Baranorha Rudomordego obryzgując jego rozradowaną twarz krwią czerwoną jak ceremonialne wino. Wojownik dzięki swojej sentymentalnej naturze dostrzegł w tej chwili piękno, które stało się tak wielce rzadkie we współczesnym świecie. Był w absolutnej ekstazie. Otarł twarz z posoki i zorientował się, że krzyczy jak opętaniec. Wciągnął szerokimi nozdrzami zapach potu i krwi, a potem rzucił się głęboko w wir gorejącej na środku sali bitwy.

W głębi pomieszczenia, które jeszcze przed paroma godzinami spełniało rolę atrium, teraz płonął czerwony wir barbarzyńskiej jatki.

– Ja wam dam piętnaście złotych za wstęp! – Ryknął Gregoroth i zdarł gołymi rękoma twarz z nieszczęśnika, który znalazł się akurat przed nim. Biedak padł na ziemię, a potworny jęk skwitował jego marny żywot. Wódz barbarzyńców wyciągnął zza pasa swój miecz i jął rąbać w białej gorączce wszystkich, którzy śmieli znaleźć się na wyciągnięcie jego muskularnych ramion. Wtedy do sali wkroczył on – wielki mutant o sześciu ramionach, czterech nogach i trzech głowach. Ramiona zaś jego przypominały racice, nogi były mackami, a głowy schowane były w czymś co przypominało wariację na temat moszny. Był najszkaradniejszą z rzeczy, którą widziała barbarzyńska kompania od czasów kiedy po ziemi chodziły jeszcze te dziwne pieski z płaskimi mordami, którymi wszyscy się tak jarali w poprzedniej erze. Słowem, wyglądał chujowo w sposób wręcz przytłaczający.

– Zostawcie go mnie! – Krzyknął czarnoksiężnik Amadububu – Pochlastam go tak, że nie pozna go rodzona matka!

– Nie bądź głupi Amadububu! – Zaprostestował Gregoroth zagradzając drogę malijskiemu wojownikowi. To wywołało w czarnoksiężniku jeszcze większy gniew niż standardowy gniew walczącego barbarzyńcy. Poszło o ambicje.

– Dość już twoich rozkazów! Kto w ogóle mianował cię wodzem, co?! Zrobię z nim co żywnie mi się spodoba! Jestem wielki Amadububu! Moje pięści masakrują, ramiona niszczą, a moje kolana…!

– Rób sobie z nim co chcesz, po prostu jeśli chodzi o to, że go “matka nie pozna”, wiesz… To głupie. Każdy wie, że mutanty nie mają matek…

– To kurwa skąd się niby biorą?

– Z brudu – Wtrącił się Baranorh grawerujący właśnie nożem swoje imię w czyjejś twarzy – I z kurzu. Z farfocli takich, z prochów. Jak karaczany.

– I myszy. – Dodał Gregoroth wzruszając ramionami.

Czarnoksiężnik stał chwilę w zamyśleniu, a potem oczyścił swój umysł z absurdu oraz abstrakcyjnego myślenia i odnalazł w nim nieskażoną niczym wolę kaźni. Naparł na giganta swoją włócznią i wbił go na nią jak marnego pustynnego gada. Uniósł jak gdyby potwór nie ważył nic, a potem rąbnął nim z całą swoją potęgą o chłód kamiennej podłogi. Po sali rozniósł się dźwięk jakby wielka różowa dupa wyrżnęła o mokrą posadzkę w kiblu. Czarnoksiężnik triumfował. Stanął nad zmutowanym cielskiem i przydusił jedną z moszen swojego wroga sandałem.

– Z prochu powstałeś, kurwa… – malijczyk uniósł włócznie – I chuj ci w dupę.

Ostrze wymierzyło ostateczny, potężny cios. Strugi krwi rozlewały się po sali brukając ściany czerwienią. Gigantyczny mutant zakończył swój plugawy żywot. Wreszcie zapanował spokój. Barbarzyńcy byli więcej niż rozczarowani.

Rozglądnęli się badawczo po pomieszczeniu. Stosy zabitych piętrzyły się w ponurych stosach. “Pewnie to miał na myśli Jan Paweł II pisząc o tak zwanej cywilizacji śmierci w encyklice Veritatis Splendor.” – pomyślał Gregoroth i oczyścił swój oręż z mózgu swoich wrogów. – “To piękne. Po prostu piękne…”

– Hej! Tutaj pod stołem jest jeszcze jeden! I przebrał się za kobietę! – Krzyknął Baranorh uradowany jak maleńkie dziecko. – I ma przy sobie jakiegoś takiego dziwnego pieska!

Wytargał starszego mężczyznę spod stołu i rzucił go na kolana zaraz przed obliczem swojego wodza. Mężczyzna płakał.

– Nie jestem kobietą! Jestem mnichem!

– Spokojnie kobieto. Jesteśmy tolerancyjni i respektujemy twoją tożsamość płciową. Rozumiemy, że mogłaś urodzić się w nie tym ciele co trzeba. Ale hej, skumaj to – Uśmiechnął się serdecznie Gregoroth – Zaraz cię od niego uwolnimy!

– Hurra! – Zakrzyknęli wszyscy oprócz mnicha i jego dziwnego pieska.

– Dlaczego to robicie?! Dlaczego?! – Łkał starszy mężczyzna – Przecież wiecie, że już nic nie mamy! Czyż nie zastaliście naszego miasta w zgliszczach kiedy tutaj przybyliście?!

– To prawda, kobieto. – Przytaknął Gregoroth z całą swoją barbarzyńską wyrozumiałością – Ale czyż nie jesteśmy kurwa barbarzyńcami, mordo?

Starzec rozbeczał się na dobre. Wiedział, że nie ma szans w obliczu stalowej logiki roześmianych najeźdźców.

– Powiedzcie czego szukacie, a powiem wam wszystko co wiem! Jestem… Byłem w starszyźnie tej osady!

– Grzyb z kabiny prysznicowej przemówił. Szukamy księżniczki Princpolonelli. – Barbarzyńca zbliżył swoją twarz do starego – Wiesz gdzie jej szukać?

– T… Tak! Wiem! Princpolonella! – Odparł mnich, a jego szare oczy rozjarzyły się nadzieją – Ci ludzie, którzy przybyli tutaj przed wami! Oni mówili o niej! Jest w Czarnej Wieży nad Mogiłami! Tej, którą wszyscy zwą…

– Szkieletorem… – Dokończył Baranorh. – To dwa dni drogi stąd. Myślicie, że ci sami, którzy spalili tę osadę… porwali księżniczkę?

– Tak! Tak właśnie było! Słyszałem wyraźnie jak rozmawiali ze sobą w swojej plugawej czarnej mowie… To Nekromanci!

– Jeśli to prawda to darujemy ci życie, starcze – Uśmiechnął się Gregoroth – Ale jeśli kłamiesz…

– Nie! Mówię prawdę! Przysięgam na wszystkich bogów! – Jęknął mnich i przytulił swojego dziwnego pieska.

– Ty, kobieto. – Skonsternował się czarnoksiężnik – Co to jest za dziwny ogar co go tak trzymasz usilnie?

– To… To nie ogar, panie.. – Zatrwożył się mężczyzna. – To koczkodan!

– Koczko… co? – Amadububu pochylił się nad zwierzęciem i ujął go w dłonie. Podniósł wysoko i studiował przez chwilę.

– Chuj, biorę. – Uśmiechnął się, a koczkodan odpowiedział tym samym – Nazwę go “Nieogar”.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz