Tom Trzeci

Czarownik Amadububu gwałtwonie zerwał się ze snu i usiadł na swoim posłaniu. Chwilę zajęło mu by zrozumieć, że to co przeżył przed chwilą było zwyczajną nocną marą. Doszedł do siebie i zauważył, że jego kompan, Gregoroth obserwował go przez płomienie ogniska, przy którym obozowali. Jak długo mu się przyglądał? Przez cały czas kiedy spał? Czy masturbował się przy tym?

– Źle sypiasz czarowniku. Dawno nie przelałeś krwi. – skwitował swoją obserwację trwający w zwartym przykucu Gregoroth. Nachylił się nad ogniem, wyciągnął z niego tłustą zmutowaną zwinkę i odgryzł jej głowę. Czarnoksiężnik wiedział jednak, że i dla wodza barbarzyńców sen nie był dziś łaskawy. Wyraźnie obawiał się czegoś. Czegoś co czekało na nich w Dolinie Czarnych Młynów. W końcu malijczyk odezwał się by przerwać niezręczną dla każdego barbarzyńcy ciszę.

– Śniło mi się, że marksistowska teoria determinizmu narodowego okazała się… faktem!

Gregoroth wzdrygnął się z obrzydzenia i splunął przeżuwanym właśnie kęsem pieczonej jaszczurki.

– To gówno prawda, mordo. Gówno prawda i w dodatku bluźnierstwo. – parsknął ozięble – żadne zjawiska na tym przeklętym pustynnym padole nie podlegają prawidłowościom przyczynowym. Chyba, że mówimy o naszych mściwych mrocznych bogach. To co innego. Ale poza tym wszystkim rządzi raczej…

– Przypadek? – Zapytał czarnoksiężnik.

– Nie. Chaos. – Uśmiechnął się wódz barbarzyńców. – A teraz śpij. Rano wkraczamy do Doliny Czarnych Młynów. Musimy być gotowi na wszystko.

Czarnoksiężnik doskonale wiedział co przez “wszystko” miał na myśli jego towarzysz. Właściwie zawsze kiedy, któryś z wojowników przygotowywał innych na “wszystko” oznaczało to dokładnie tylko jedno. Dojdzie do rąbaniny. Malijski wojownik nieszczególnie jednak się tym przejmował. Nie czuł przed potencjalną walką ani cienia tremy. Być może rzeczywiście dawno nie przelewał krwi. Być może w tym przeklętym miejscu znów odnajdzie sposób na spokojny sen.

Bezsłoneczny poranek powitał ich niemalże bezwietrzną pogodą. Rzeczywiście udało ominąć się im zbierającą się burzę piaskową. Ale jakim kosztem? To miało się dopiero okazać. Wstali, zwinęli swoje spartańskie posłania i bezceremonialnie ruszyli w stronę doliny, która teraz, dzięki temu, że piaskowe wichry ustąpiły, majaczyła na horyzoncie nieśmiało jak królewska dziewica, której poszukiwali od tylu już dni i nocy. Słowem: Jakość powietrza była dobra.

– Gdy dotrzemy na miejsce, chciałbym napić się kurdwanowskiego porteru. – Rozmarzył się Czerwony Baranorh i oblizał popękane wargi suchym mięśniem języka. – Takiego dobrego. Ciepłego. Myślicie, że tubylcy pamiętają jeszcze co to kurdwanowski porter?

– Nie sądzę. A nawet jeśli to będą chcieli za niego fortunę. – Odparł czarodziej z wpisaną w jego osobę sceptycznością.

– Na szczęście jesteśmy barbarzyńcami, mordy. – zaśmiał się Gregoroth – Nie potrzebujemy bogactw by pić i chędożyć. Mamy nieodparty urok osobisty, charyzmę i intelekt. A jeśli to nie pomoże, mamy również miecze.

Towarzysze podróży pokiwali głowami z uśmiechem. Rzeczywiście tak było. Bowiem nie ma w literaturze nic bardziej sztampowego niż barbarzyńca, który rzeczywiście do cna pozbawiony jest kultury osobistej. Natura świata przedstawionego nie znosi nie przełamywania stereotypu, a nasi bohaterowie zręcznie to wykorzystywali.

Kiedy doszli do wąwozu, który doprowadzić miał ich do Doliny Czarnych Młynów, nagle zamiast fortyfikacji osady mutantów, której się spodziewali, podróżujący barbarzyńcy spostrzegli snujące się po niebie nici czarnego dymu, które kłębiły się jakby plotły je same Czarne Wdowy z Wadowa. To zjawisko nie mogło zwiastować niczego dobrego, pomyślał Gregoroth.

– Oh, Mitro… Cóż tam się stało? – Zapytał z przejęciem Amadububu.

– Taki dym rozpoznam wszędzie. To nie kalosze i butelki plastikowe. To Czarne Młyny płoną. Wygląda na to, że ktoś dotarł tam przed nami. Może, któreś z pozostałych barbarzyńskich plemion postanowiło ukrócić ich pogańskie precedensy?

– Wiesz, że pogaństwo to dosyć subiektywne określenie. Dla nich my jesteśmy poganami bo nie wierzymy w Instagramotha i Snap-shatete. – Zwrócił uwagę Baranorh, który wrażliwy był na poprawność polityczną.

– Wiem. Sory. Chodziło mi o “kunktatorskie”, nie “pogańskie”.

– A, no. To wiadomo. Fuj. – Zgodził się Baranorh. – Tylko, który z innych barbarzyńskich szczepów porwałby się na coś takiego? Ci mutanci to w końcu cywilizowany lud.

– Cywilizacja to chuj. – Oznajmił złotousty Gregoroth – To, że chodzą w wąskich gaciach, fullcapach i tatuują sobie jakieś buddyjskie pierdoły na mordach nie czyni z nich cywilizacji.

– Ale z nas czyni to barbarzyńców, czyż nie? – Wtrącił się czarnoksiężnik.

– Nie, mordo. – Zaprzeczył stanowczo wódz – Po prostu każdy kto nie jest nimi, z czasem staje się nami. Takie jest właśnie ich myślenie. Takie są zasady tego przeklętego świata.

Wszyscy łącznie z prowodyrem bandy zadumali się nad tymi światłymi jak na barbarzyńcę słowami. Zadumali się aż tak głęboko, że wszyscy naraz poczuli pewną intelektualną krępację, która bądź co bądź wojownikom nie przystoi. Gregoroth odezwał się więc jeszcze na koniec.

– I dupa.

Wojownicy ruszyli dalej w kierunku płonącej osady.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz