Tom Drugi

– Sam nie wiem. Ratowanie wątłych księżniczek jest takie… wtórne. W dodatku to jej imię… Princpolonella! Stać nas na coś więcej. Poza tym, na Sekmeth! Jesteśmy barbarzyńcami! – wciąż nie mógł pogodzić się ze swoją nową misją czarodziej Amadububu – Powinniśmy raczej bezrefleksyjnie gwałcić i rabować, a nie gnać na ratunek niewiastom w opresji jak jacyś… bohaterscy rycerze!

Po tych ostatnich słowach wszystkich cofnął spazm obrzydzenia, ale i tak Gregoroth usilnie przekonywał malijczyka:

– Grzyb spod prysznica nigdy się nie myli, mordo. Grzyb przemówił, a jego sługa przekazał nam wiadomość. To nasza następna misja. Nasz cel. Nie skupiaj się tak na szczegółach. Musisz myśleć o wszystkich korzyściach płynących z tej wyprawy.

– Ha! – Zaśmiał się czarodziej – A jakież to niby korzyści płyną z mojego brodzenia po pas w piachu pustyni przez te ostatnie cztery dni?! Osiągnięcie jakiegoż celu wynagrodzi mi tę denną tułaczkę?

– Posłuchaj Amadububu – Wtrącił się Baranorh Rudomordy – Ona jest delikatna i miękka, a jej skóra jest biała niczym wielbłądzie mleko… Princpolonella jest księżniczką!

– I co z tego? Zanim kolejka dojdzie do mnie już nią nie będzie! A wtedy każda już jest biała jak mleko! W niczym księżniczki nie będzie przypominać!

– Na Croma! – ryknął Gregoroth – Nie rozumiesz, że ona jako księżniczka nigdy nie zaznała trudów pustyni? Nigdy nie musiała walczyć o nienapromieniowaną żywność? Może umie gotować? Jej świat to pałace i ogrody, które jak dotąd były poza naszym zasięgiem! Kto wie? Może nawet jest oczytana? I to nie tak, że pierdoli, że czyta a brnie tylko przez książki na ilość, cudem przy tym potrafiąc skoncentrować się na tekście dłużej niż piętnaście minut. Czyta i potem rozumie co przeczytała!

Amadububu zamyślił się przez chwilę. Jego smagłe czoło najpierw przybrało formę wielu zwojów, a potem wraz rozluźniło się niczym struna. Był to znak, że w umyśle czarodzieja zrodziła się myśl.

– Mi to wszystko nigdy nie przeszkadzało! Jestem barbarzyńcą! Wielkim malijskim czarnoksiężnikiem! Postrachem całej krainy! Mój chuj jest długi jak droga królów, a jaja moje to dwa czarne księżyce, które…!

– Ale ona może mieć koleżanki, rozumiesz?

– To… zmienia postać rzeczy. Robi się zimno, pewnie świt jest już blisko. Ruszajmy dalej.

Wojownicy zagasili ognisko, zarzucili swoje toboły na plecy i ruszyli w drogę. To co dawniej było centralną częścią miasta Starych Mądrych dziś przypominało ogromne, targane piaszczystymi wiatrami bezdroże. Zza wydm, jeśli pozwalała na to pogoda, rzeczywiście można było dojrzeć masywne budowle majaczące na tle pustyni. Piaszczyste bicze noszone przez wichry Północy formowały je przez wieki jak najostrzejsze z noży, dlatego teraz były niczym czarne szpony wieżyc, które wyglądały jakby chciały wydrzeć z nieba słońce. Oczywiście gdyby wciąż tam świeciło.

Trzej barbarzyńcy pozostawali nieczuli na kontemplację tych widoków. Wiedzieli, że z rozdrapywania ran pozostawionych rasie ludzkiej przez Starych Mądrych nie może przyjść nic dobrego. Byli ludem pustyni. Byli barbarzyńcami. Wyklętą nacją skazaną na tułaczkę i przemoc. Wszystko to zaś w imię przetrwania w świecie, który wcale nie przez nich stał się tak niegościnnym miejscem, jakim oglądali go dziś, podróżując wzdłuż niesławnej Ścieżki Przeklętych, która zaprowadzić ich miała… aż do pętli na Nowym Kleparzu.

– Przepraszam panów najmocniej… – Barbarzyński korowód trzech piechurów zatrzymał się i wszyscy zaczęli rozglądać się czujnie – Przepraszam, nie chcę abyście panowie odnieśli jakieś mylne poczucie, że ich nagabuję, ale…

Nagle ich oczom ukazała się sylwetka chorobliwie wątłego mężczyzny przybitego do krzyża. Wisiał tam niemal niezauważalny w swoich cichych katuszach i przyglądał im się od pewnego czasu. Na drzewcu krzyża zaś siedział tłusty kruk, który dręczył nieszczęśnika dziobiąc go rytmicznie w głowę, wyznaczając tym samym wartki takt torturze chudzielca.

– Czy wiecie może, która jest godzina? – Zapytał ukrzyżowany mężczyzna, a wojownicy popatrzyli po sobie w zupełnym oniemieniu.

– To bez znaczenia. Czas tutaj umarł człeczyno – rzekł Gregoroth i przekrzywił głowę studiując wisielca – Powiedz… kto cię tak urządził?

Nawet on, wódz barbarzyńców, nie był przyzwyczajony do takiego rodzaju okrucieństwa. Stamtąd skąd pochodził, ludzi zabijano w walce i za pomocą miecza, a nie zaś wieszając ich na drzewach, porzucając pośród pustyni by zdychali bez honoru jak psy. Gregoroth był z Huty.

– Pracowałem dla księstwa Comarchu jako nadworny senior brand menager, ale odkąd wykupił nas Necromach… sytuacja się skomplikowała. – cierpiętnik jakby wzruszył ramionami – Nekromanci mają trochę inną filozofię socjalną…- Rozdrażniony gadaniną ukrzyżowanego kruk uderzył go dziobem mocniej i wydziobał mu oko.

– Chcesz żebyśmy cię stamtąd ściągnęli? – Zapytał Baranorh krzywiąc się na widok huśtającej się na samym nerwie gałki ocznej – … Albo dobili?

– Nie, raczej nie… Dziękuję bardzo – Uśmiechnął się smutno mężczyzna – Nie chcę panów zatrzymywać… Poza tym i tak nie miałbym jak stąd odejść.

– Dlaczego? – Zapytał Amadububu. – Byłbyś wolnym człowiekiem, głupcze!

– Eh, to nie takie proste… – Westchnął męczennik – Mam potem jeszcze nadgodziny… Skurwiele ożywiają mnie zawsze w okresie rozliczeniowym. A wy lepiej już idźcie! Ścieżki Przeklętych są bardzo niebezpieczne w te dni… Nawet dla takich jak wy!

Wiatr zaświszczał złowrogo, a podróżni ruszyli dalej w swój smętny marsz. Długo szli w milczeniu i zadumaniu, aż w końcu jeden z nich się odezwał:

– Zbiera się burza – Zauważył Baranorh – Jesteś pewny Gregorocie, że nie nadkładamy drogi podąrzając tym traktem?

Gregoroth zatrzymał się.

– Jak tego, że Ziemia jest płaska, mordo.

Baranorh i czarownik spojrzeli po sobie w poszukiwaniu zrozumienia tej misternie skonstruowanej formy retorycznej. Nie znalazłszy go, Baranorh postanowił kontynuować.

– Jeśli mnie by kto pytał, powiedziałbym, że istnieje krótsza droga, którą moglibyśmy zaryzykować. Chodźmy przez Dolinę Czarnych Młynów! Tępe mutanty żyjące tam przyjmą nas jak Królów Zachodu!

Posępna i kamienna jak dotąd twarz Gregorotha zatrwożyła się, tak, że aż krew odpłynęła mu ze znaczonych wieloma bliznami policzków. Oczy zaś na ułamek chwili powiększyły się jakby przypomniały sobie o jakimś pradawnym lęku, który ten wojownik napotkał w swojej awanturniczej przeszłości.

– Nie wybrałbym tej drogi, Mordo – Odpowiedział wódz barbarzyńców – Chyba, że nie miałbym innego wyjścia.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz