Tom Dwunasty

Gregoroth zacisnął pięść. Poprawił chwyt na drzewcu i trzymał go tak mocno, że jego knykcie stały się niemalże białe, kiedy odpłynęła z nich krew. Potem wyprostował się i z całej siły uderzył. Ostrze opadło z potężną siłą. Wziął zamach i ponowił. Ostrze rąbnęło z wizgiem. Barbarzyńca ignorował paraliżujący ból, który promieniował na całe jego ciało. Naprzód. Musiał dokończyć co zaczął. Nie było innego wyjścia. Wziął kolejny zamach. I znów. I znów. Posuwał się mozolnie do przodu zostawiając na ziemi za sobą ślad swojej tężyzny. Teraz kiedy zmęczenie wtargnęło do jego umysłu, zrozumiał, że jego myśli jaśnieją i pierwszy raz od dłuższego czasu nabierają ostrości i precyzji. Zrozumiał, że bił już bez gniewu. Dopiero uczył się nad nim panować, a było to trudne. Dotąd dawał się opanować jego niszczycielskiej mocy i szybował na jego skrzydłach, pozwalając by niósł go jak wielka wściekła ziejąca ogniem bestia. Podczas walki szaleństwo nigdy go nie zawiodło. Kiedy tracił zmysły, robił to na poczet swojego miażdżącego zwycięstwa. Teraz nabrał morderczej precyzji. Szaleństwo ustąpiło wyrafinowanej technice. Każdy ruch był miarowy, oddech spokojny a ostry jak brzytwa umysł planował każde kolejne posunięcie. Wiedział, że wszystko to co się stało zmieniło go na zawsze, ale nie wiedział jeszcze w jaki sposób. Pewnym był natomiast tego, że dziś nadejdzie dzień kiedy ukończy swoje największe dzieło. Niemalże czuł już smak zimnego piwa, przy którym opowiadać będzie o swoim zwycięstwie.

Zawsze bał się spokoju. I kto by pomyślał, że to właśnie spokój, który przyniosło mu odrzucenie barbarzyńskich wartości i tajemnic da mu potęgę, o której wcześniej nawet nie marzył. Nową, nieznaną potęgę. Dziś, w skwarze, który toczył się na niego z niebios niczym niegdyś tabuny wrogów, zrozumiał, że odkąd zamienił swój miecz na motykę, tylko tak mógł przepędzić ze swojego życia cienie, które z wolna niszczyły jego duszę.

Gardził uprawą ziemi, ale właśnie dzięki niej, w końcu czuł, że dzień w którym poległ jego kompan może odejść w przeszłość. Pamięć o tym, że zawiódł nie tylko jako przyjaciel, ale także jako wódz Barbarzyńców, którym niegdyś był, sprawiała, że pożądał dla siebie śmierci tchórza. Choć nie udało mu się wtedy, tam na szczycie Szkieletora, pomścić swojego druha, czuł, że jest inny sposób by jego poległa bohaterska dusza zaznała spokoju. Rozwiązaniem była śmierć sama w sobie. Martwe rzeczy powinny takie pozostać. W to wierzyli przecież Barbarzyńcy i tą naturalną kolej próbowali wypaczać Nekromanci.

Śmierć zabiera całe cywilizacje, bohaterskich wojowników i nawet idee, które kierują nimi na heroiczne wyprawy. Otchłań zabiera wszystko. Nie należy jednak z nią walczyć.

Malijczycy wierzą, że nie uchodzi wypowiadanie imion swoich poległych w rozmowach. Każde wspomnienie o nich, jest zakłócaniem ich wiecznego spoczynku. Jest przywoływaniem ich do naszego świata. Chyba tylko tak więc czarnoksiężnikowi można było zapewnić spokój: Pozwalając mu prawdziwie odejść i uznać, że wszelkie jego sprawy należą do przeszłości. A przeszłość winna być martwa. Wielu uznałoby Gregorotha za wiarołomcę, gdyby usłyszeli to co teraz uważał, ale nie wielu stało tam wtedy przed obliczem Mrocznego Pana i jego współplemieńców, którzy władali magią tak potężną, że samo wspomnienie jej spaczenia jeżyło włos na głowie. Gregoroth przeżył, ale trudno mu było przyznać, że uszedł z życiem z tej potyczki. Potyczki, która złamała w nim ducha. Tam w Szkieletorze, Gregoroth zostawił na zawsze część siebie. Został pokonany. Zesrael zwyciężył.

Gregoroth wytarł pot z czoła swoją jedyną dłonią. Starł wilgoć ze skóry i poczuł jak jego spracowane palce suną po okaleczonej twarzy, którą znaczyła teraz wielka blizna. Zarówno jego kalectwo jak i ta osobliwa ozdoba, były pamiątką, dzięki której nigdy nie zapomni swojej walki z władcą Nekromantów. Cisnął motykę na ziemię i odwrócił się by ocenić swoją dzisiejszą pracę.

Trzydzieści mórg, dziewięćdziesiąt źrebów i dziewięć łokci kwadratowych. To o połowę więcej niż mieli przed burzą pyłową, która zniszczyła wszystko zeszłej wiosny. Teraz trzeba było to wszystko zaorać. Jak co roku od trzech, czy czterech lat. Trudno było się połapać. Czas na pustkowiu płynie w sposób pokrętny i zdradliwy, nawet jeśli twoje dni wypełnia odliczanie siewów i zbiorów. Zbiorów przeraźliwie marnych i podłych. Owszem, kto kontrolował Bigos, kontrolował Wszechświat. Ale Wszechświat był tylko zbiorem kamieni i pyłu. To żadna władza. Być może gdyby księżniczka znała całą formułę tajemnicy obróbki cieplnej tego cudownego nawozu wspólnie mieliby szansę by  stworzyć dzieło na miarę ogrodów Cywilizancjum, ale los sprawił, że mogli o nich tylko marzyć i godzić się z tym, że nigdy nie zobaczy ich ani on ani ona.

To dziwne, pomyślał Gregoroth, czasami wciąż w myślach nazywał ją Princpolonellą, chociaż już dawno kazała nazywać się po prostu „Nella”. Zmieniała się, ale pomimo czasu, który spędzili na tułaczce i ukrywaniu się przed sługami Nekromantów wciąż pozostała butna i niepokorna jak kiedyś, kiedy nosiła na głowie książęcy diadem Libacjum. Ileż to razy Gregoroth wmawiał jej, że powinna powrócić do domu. Do Cywilizancjum. Wiedział jednak również, tak dobrze jak i ona, że jest to niemożliwe. Sługi Zesraela przeczesywały całą krainę i rosły w siłę, odcinając wszelkie możliwe trakty do Imperium Północy. Crom jedyny wiedział, czy wielki imperialny pałac cesarza wciąż jeszcze stał. Crom jedyny wiedział, dlaczego i oni żyli skoro Zesrael nigdy nie został pokonany. Dlaczego nie zrealizował swojego planu? Dlaczego wszystko nie zniknęło w odmętach potopu, którym zalać miał cały świat. Czy to była gra? Czy to jakiś cyniczny kaprys tego wszechmocnego maga śmierci?

– Nie pogardziłbym chociaż kroplą wody. Nawet słonej. – Powiedział Gregoroth wyżynając ostatnie resztki cieczy ze swojego bukłaka.

W oddali, w połowie pola, na którym uprawiał roślinność, której nazwę znała tylko Nella, zobaczył małą szarą włochatą kulkę. Swoimi zręcznymi rączkami wkładała nasiona do ziemi, a potem przeskakiwała do kolejnej bruzdy by powtórzyć powierzone jej zadanie.

– Koczkodan osiwiał do reszty po śmierci swojego pana. – Wychrypiał Gregoroth sam do siebie. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarzało. Być może to był wpływ słońca pustkowi, być może po prostu zaczynał się starzeć. – I pije skurwiel coraz więcej.

– Hej! Małpo! – Krzyknął Gregoroth i pomachał swojemu jedynemu pracownikowi. Kiedyś zatrudniał dziesiątki wojowników. Dziś został mu jeden cercopithecus neglectus. I to na umowę o pracę, którą wymusił. – Na dziś wystarczy! Wracamy do domu!

Koczkodan wypluł z obrzydzeniem resztę nasion, które przechowywał w swoich workach policzkowych, machnął łapą i poczłapał w kierunku skromnej, rozpadającej się chaty położonej na wzgórzu ponad polami. Inaczej to sobie wyobrażał. Czuł, że stać było go na więcej.

Martwe słońce skłaniało się już ku zachodowi, a wiatr niósł nieodgadnioną woń wieczornych zapachów. Gregoroth znajdował w nich ukojenie. Niewiele rozmawiając z koczkodanem, posępnie i ciężko stawiał kroki ku swojemu upragnionemu posłaniu. Znajdował w tym codziennym rytuale pewną dziwną ulotną subtelność, która intrygowała go. Wszystko było takie proste, a takie nowe. Zwędrował całą pustynię, widział i mordował rzeczy, o których nie śniło się botanikom i zoologom, a teraz odkrywał poezję tego co najbardziej prozaiczne.

Nagle jego medytację przerwał nowy bodziec, który wdarł się do jego wyciszonego umysłu przez nozdrza. Gulasz z susła stepowego. A więc Nella wróciła z polowania. Musiał przyznać, że coraz lepiej radziła sobie z łukiem. I z toporem. I z włócznią. I z korbaczem. I z młotem bojowym.

Gregoroth zmrużył oczy by przebić wzrokiem wieczorną szarówkę i ujrzał drobną kobiecą sylwetkę, która wynurzyła się właśnie z chaty by powitać wracających ze znoju mężczyzn. Nabrała krzepkości, pomyślał Gregoroth. Być może to przez surowe życie, które teraz wiodła. A może i przez jej stan, który ci szaleńcy z Cywilizancjum nazywali z niewiadomych powodów „błogosławionym”?

– Upolowałaś susła stepowego. – Mruknął Gregoroth ukrywając dumę – Brawo. Stajesz się dobrą tropicielką, Nella. Oby tak dalej.

– Jestem wojownikiem, nie tropicielem. Ty też nim jesteś. – Naciskała księżniczka – Przynajmniej kiedyś nim byłeś.

– Światu nie potrzebni są już wojownicy. – Ta ciągła dyskusja nużyła już Gregorotha – Wszelkie wojny przegrane.

– Musimy być gotowi na wszystko. – Upierała się – Kiedyś nas tutaj znajdą. A wtedy będziemy musieli znów stanąć do walki.

– Z takim brzuchem? – Zarechotał ponuro Gregoroth – Nie zdałabyś się na wiele. Dupą gnieść to orzechy można, nie czaszki.

– Odezwał się. Jesteś kaleką, staruszku. – Dworowała sobie Nella – Jeśli chcesz się zmierzyć pójdę do środka po swój młot bojowy.

W jej głosie słychać było wyczekiwanie pełne nadziei.

Gregoroth puścił tę niezręczną uwagę o kalectwie mimo uszu. Uśmiechnął się do księżniczki i bez słowa spuścił głowę. Póki udawali martwych, byli żywi. Tak uważał, ale gorącokrwista dziewczyna nie podzielała jego zdania. Wszedł do chaty, przepychając z drogi księżniczkę jedynym zdrowym ramieniem. Wewnątrz panował przyjemny półmrok, który pozwalał odpocząć oczom zmęczonym monotonią pustkowi. Cztery posłania, kilka koszy i stek żelastwa był wszystkim co mieli. U belek wspierających sklepienie wisiały skóry upolowanych przez Nellę rzęsorków, żółwiaków i susłów, a także suszące się kawałki grzybów skalnych. Po środku paleniska ustawiony był kocioł, a w nim gotował się gulasz z susła stepowego. Gregoroth wciąż nie rozumiał jak Baranorh potrafił z kilku chwastów znalezionych pomiędzy gruzem i odrobiny grzybów stworzyć przyprawy, które suśle mięso potrafiły przeobrazić w potrawę, jakiej nie powstydziliby się nawet Królowie Północy.

Jednoręki wojownik zaciągnął się gęstą, pobudzającą wonią pożywienia i podszedł do swojego Rudomordego przyjaciela, mieszającego w kotle toporem. Nachylił się nad nim, upewnił się, że księżniczka niczego nie słyszy i szepnął.

– Na Croma, ona jest w dziewiątym miesiącu.

– Nie chce usiedzieć na dupie. – Zaśmiał się bezradnie Baranorh – Nosi ją. Nudzi jej się. Ty tak nie masz?

– Kiedyś. Teraz jesteśmy rolnikami, stolarzami, kowalami – Mamrotał Gregoroth – Na bogów! Ty jesteś kucharzem! Kiedyś tłukłeś ludzi, dziś kotlety z Prątozaura!

– No i co w tym dziwnego? – Parsknął Baranorh – Wszystko opiera się na kompozycji i dekompozycji. Zawsze miałem do tego dryg, tylko głupio było powiedzieć. Ciągle tylko napierdalać to, napierdalać tamto. Nie było momentu, żeby podzielić się zainteresowaniami. Innymi niż rzeź oczywiście. Apropos, królikora oprawiłeś?

– Jeszcze nie. – Odparł Gregoroth.

– No to na co czekasz, wodzu? – Zarechotał Baranorh.

– Na oklaski, kurwa. – Zrezygnowany Gregoroth usiadł ciężko na swoim posłaniu i westchnął. – A z księżniczką porozmawiaj. To w końcu twój bękart, którego nosi.

– Porozmawiam, porozmawiam. – Zapewnił Rudomordy z uśmiechem – Rozmowa to jest coś czego powinieneś częściej spróbować. Rozchmurzyłbyś się.

Potop czy nie, świat, który znał został rzeczywiście zniszczony. Wpatrując się w przestrzeń studiował teraz ten nowy, który rodził się na jego oczach. Czy rzeczywiście możliwe byłoby, że teraz zapanuje w jego życiu spokój i nuda? Tak miało to wyglądać?

Nagle powietrze przeszył monstrualny skrzek, który dobiegł do bohaterów z zewnątrz ich skromnego domostwa.

– To znów ona – Powiedziała księżniczka wściubiając tylko zaledwie swój zadarty nos do wnętrza chaty. – Postaraj się być miły Gregorocie.

– Miły, kurwa. – Gregoroth splunął na podłogę – Raz rozpierdolisz komuś na głowie taboret i już jesteś towarzysko napiętnowany do końca życia.

Barbarzyńcy wylegli z chaty i ich oczom ukazał się wielki cień przesłaniający ostatnie promienie martwego słońca. Wieczór już się kończył, więc kształt, który mieli okazję teraz podziwiać przypominał płomienistego ptaka na zalanym krwią niebie. Kształt w końcu wylądował na ziemi i wszyscy zobaczyli ogromnego kościstego dziobatego gada. Miał połyskującą, wielobarwną łuskowatą skórę, a jego ogromne skrzydła pokryte były błonami. Na jego grzbiecie siedziała zakapturzona postać, która gdy tylko bestia dotknęła podłoża, rzuciła lejce i zeskoczyła ze stworzenia.

– Nigdy się nie przyzwyczaję do tego jebanego smoka – Wyznał Baranorh unosząc brwi.

– To jest gad. Pterodontyle to gady – Zakpiła Żentyca ściągając z głowy kaptur – Smoki są w bajkach i gównianej fantastyce dla stulejarzy.

Potężna Walwryjka stanęła naprzeciwko swoich dawnych kompanów wyprostowana i wyciągnęła zza płaszcza coś co przypominało okrągłe zawiniątko. Uniosła to do góry i rzuciła im pod nogi. Była to ludzka głowa. Głowa Nekromanty. Woń krwi i świeżego mózgowia przywołała wspomnienia, które dla Gregorotha były dopiero świeżo zasklepionymi ranami.

– Musicie walczyć – Rzuciła stanowczo Żentyca – Cywilizancjum wyśle do nas swoje wojska. Nie zostawią południowych krain na jego pastwę. Wiedzą, że Princpolonella wciąż żyje. Musimy być gotowi na ich ruch. Musimy wierzyć, że podejmą walkę. Musimy zebrać wojsko i uderzyć kiedy oni to uczynią. Weźmiemy ich w imadło. Musimy spróbować.

– Tyle razy mówiłem – Gregoroth wycedził z parszywością w głosie – Wypierdalaj z mojego piachu.

– Barbarzyńcy potrzebują wodza! – Wrzasnęła Żentyca nie dopuszczając do siebie uporu mężczyzny, którego weszło jej w krew ostatnio nawiedzać – Tylko razem możemy pokonać Zesraela! Wszystkie plemiona południa jednoczą się pod jednym sztandarem. Tylko ty możesz go ponieść!

– Przykro mi – Prychnął plugawie Gregoroth – Brak mi wolnej ręki. I nie wymawiaj tego plugawego imienia na mojej ziemi. I spierdalaj w ogóle. Suseł mi stygnie.

– Ty nazywasz to ziemią? – Żentyca zaśmiała się w głos – To pył! Nigdy nic tutaj nie urośnie! Księżniczko powiedz mu!

– Nie słucha mnie. – Wzruszyła ramionami Nella – Nie słucha nawet Baranorha. Jest głuchy nawet na własne myśli. Tępy chuj.

– Barbarzyńcy pójdą do walki z tobą lub bez ciebie. A wraz z nimi księstwa gminy Boboń, Czyżynheimu i Wpierdolburgu. – Walwryjka nie ustępowała –  Nawet Weganie potwierdzili swoją obecność!

– Weganie? – Gregoroth przywołał do swojego umysłu wspomnienie o tym krwiożerczym narodzie, który czerpał swoją niepohamowaną siłę z niejedzenia zwierzęcego mięsa. W przeszłości, jeszcze przed Zesraelem tylko oni potrafili poważnie mu zagrozić – Weganie chcą dołączyć do walki o Południe?

– Tak. – Skinęła głową Żentyca i stanęła wyprostowana niczym rasowy żołnierz. – Oferują nam dwa tysiące zbrojnych, czterdzieści sojowych golemów i jednego gigantycznego mchowego mecha.

– Weganie… – Zamyślił się Gregoroth i wymacał bliznę po zębach na swoim pośladku. – To byłaby siła.

Wojownik zaczął przechadzać się bez celu kalkulując coś w głowie i licząc na palcach.

– To byłaby wielka bitwa. Bitwa Siedmiu Armii! – Zagrzmiał w końcu Gregoroth. Iskra podniecenia z wolna zaczęła tlić się w jego głosie.

Wszyscy na chwilę zamilkli i poczęli wodzić wzrokiem w dezorientacji jakby próbowali rozgryźć to zagadnienie matematyczne w swoich umysłach.

– Sześciu chyba – Zaryzykował Baranorh.

– No to sześciu. – Machnął ręką Gregoroth i dalej dreptał okręgi rozmyślając.

Wszyscy czuli, że moment przełamania nadchodzi. Wystarczyło odpowiednio pchnąć i wódz Barbarzyńców znów mógłby stać się tym pełnym zaciętości, uzależnionym od przemocy człowiekiem, o którym legendy krążyły nawet daleko za granicami Południowych Krain. Nagle Gregoroth zatrzymał się jak sparaliżowany i spojrzał na swoje pole. Swoje największe dzieło. Opokę jego nowego życia.

– Powiedz mi, Nella – Zwrócił się cicho do księżniczki – Co my właściwie uprawiamy?

– To? – Zdziwiła się – To pszenica jara jest.

– Pszenica jara… – Powtórzył Gregoroth i uśmiechnął się. – A to chuj z nią, z tą pszenicą.

W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz