Tom Jedenasty

– Jak można było do tego dopuścić? – Dziwiła się załamana Princpolonella, z niedowierzaniem kierując pytający wzrok ku wodzowi Barbarzyńców. Nie kryła pretensji. Gregoroth zaś zażenowania. Zwiesił nos na kwintę i warczał tylko jakąś bezsłowną mantrę odwetu. – Umiecie zabić Parchlatą Stonogę, a nie jesteście w stanie podołać jednemu mężczyźnie? Też mi wyklęta nacja skazana na tułaczkę i przemoc…

Pomimo ostrych słów barbarzyńca ignorował ją a łańcuch znów kołysał się u jej stóp. Powoli traciła wiarę w sukces jej ekipy ratunkowej. Pewna była jednego – jeśli uda jej się z tego ujść z życiem, taką im opinię wysmaruje na Targach Wojownictwa i Rzezi we Wpierdolburgu, że skończy się czas miecza i topora. Być może nawet odbiorą im licencję.

– Zakradł się do nas – Wydarło się z zaciśniętych warg Czarnoksiężnika Amadoububu – Jak podszyty kutasiarstwem, śmierdzący tchórz. Fuj kurwa!

– A wy daliście się podejść jak nieświadome niczego dzieci. Więcej nawet – Zarechotał chrapliwie mężczyzna w dziwnym hełmie szczelnie zakrywającym jego twarz. – Jak delikatne cioty!

– A ty se kurwa wiadro na łeb ubrałeś i jesteś mądry? – Baranorh szarpał łańcuchami, którymi skute były jego masywne dłonie. – Jak tylko pozbędę się tego żelastwa to rozetrę tę twoją tajemniczą zamaskowaną mordę po podłodzę. A potem zaaranżujemy coś czego elementem będzie oddawanie moczu na liczne rany otwarte i otarcia. I masz przejebane bo to będzie mój mocz i twoje otarcia. I poznasz co to piekło. Bo będzie cię kurwa piekło i szczypało. Oj będzie.

– Nie szarp się i morda psie! Myślisz, że to coś da?! Te łańcuchy są wykute z Turbostali! – Wrzasnął zamaskowany mężczyzna i szarpnął łańcuchem tak, że barbarzyńca prawie stracił równowagę. – Gdyby Mroczny Pan nie płacił mi za dostarczenie was żywcem już gnilibyście gdzieś poszatkowani jak mielonka z przymroczka pozłocistego. Doceńcie to, że jestem profesjonalistą i cieszcie się, że przywódca Nekromantów ma słabość do dramatycznych scen!

– Ten krwiopijca w jednym ma racje, Baranorhu Rudomordy – Odezwał się w końcu Gregoroth – Wiem, że masz go pod dostatkiem, ale oszczędzaj  swój gniew na spotkanie z naszym oprawcą. Przyda się kiedy tylko pozbędziemy się tych łańcuchów.

– Ha! Skąd wiesz, Gregorocie Barbarzyńco, że dojdzie do ich ściągnięcia! Może Mroczny Pan zechce w swoim okrucieństwie z miejsca wywiesić was za nie u szczytu Szkieletora by wiatr i burze pyłowe odarły wasze ciała do białej kości! – Śmiał się mężczyzna, który schwytał wodza Barbarzyńców i jego dziką bandę. Jego diabelski rechot rezonował metalicznie wewnątrz hełmu.

– Dojdzie do tego, nie martw się, Łowco. Dojdzie do tego. – Wycedził Gregoroth dbając o odpowiedni stopień parszywości wypowierdzi i uśmiechnął się szpetnie.

– Tobie na ryj dojdzie. – Uciął łowca nagród i pchnął wojownika, by ten przyspieszył kroku. – Dalej! Mroczny Pan czeka!

Mówili na niego Kabał Dęg ze wsi Łokcie. Był najsprawniejszym i najdroższym zarazem łowcą nagród w całym znanym postapokaliptycznym świecie. Wśród innych parających się tym fachem był nie lada osobistością – stanowił wzór dla każdego, kto profesjonalnie chciał zajmować się łowiectwem personalnym. Pracował tylko na kontrakt, stawiał warunki, które wyznaczały standardy biznesowego fair-play i nie psuły rynku branży swoimi cenami. Poza jego zdumiewającą skutecznością również jego wygląd odróżniał się pewną już ikonicznością w Związku Gildii Łowców Nagród. Na głowie nosił hełm, który rzeczywiście przypominał wiadro, i którego nigdy ponoć nie ściągał. Nawet podczas przerw obiadowych,  również przewidywanych zawsze w jego kontraktach. Na plecach przypięte miał dwa zakrzywione w haki miecze spięte ze sobą łańcuchem z Turbostali. Wokół ramienia obwiązany miał bicz a przy pasie lśnił mu także szereg różnych noży, szpikulców, kunajów, brzytew i brzeszczotów. Nosił je bo nosił, ale wyglądały. Z butów starczały mu zaś dwa okute żelazem Żubrołacze Rogi. Wierzył, że dzięki nim szybciej mu się chodzi. Nikt nie śmiał z tym dyskutować więc może i działało. Naturalnie, poza tym wszystkim, krył w kieszeniach i sakwach jeszcze wiele morderczego ekwipunku, którego wyliczanie tutaj zdecydowanie jednak zepsułoby tempo i rytm naszej opowieści.

– Słuchaj, mnie Łowco! – reagowała Princpolonella w akcie desperacji – Czy ty wiesz kim ja jestem?! Jestem księżniczka Princpolonella z Libacjum! Mój ojciec jest władcą całego Imperium Cywilizancjum! Wypuść nas! Zapłacę ci więcej niż ten kościsty zbol!

– Być może księżniczko, ale nie przekupisz mnie. – Syknął Kabał Dęg – W moim kontrakcie jest wyraźny ustęp o zakazie konkurencji. A ja zawsze wywiązuje się ze swoich umów. Dlatego jestem najlepszy.

– A to idź się podpal, koleś. – Rzuciła wierna Żentyca – Tylko pamiętaj, że nikt nie lubi mądrali. Będzie ci ciężko w życiu z takim podejściem. To znaczy o ile przeżyjesz dzisiejszą noc.

– Coś mi mówi, że ja przeżyję, Walwryjko. – Jego hełm skrywał uśmiech pewności. – A ty nie. Dostanę za was niemałą fortunkę.

– Ile?! Powiedz mi ile warta jest dla ciebie księżniczka Libancjum, ty łajzo! – Krzyczała rozhisteryzowana Princpolonella.

– Potraktuj to jako pochlebstwo, wasza wysokość – Zacharczał Kabał Dęg ze wsi Łokcie i westchnął – Całe siedem czyżyńskich pesos.

Wszyscy pokiwali głowami zgadzając się, że to rzeczywiście dużo, ale w granicach rozsądku i w dodatku nie psuje rynku. Princpolonella ukryła satysfakcje i wydęła usta pozorując obojętność.

Korytarz porwał nagle stromo w górę i bohaterowie odczuli, że powietrze gwałtownie zrzedło a temperatura spadła. Po schodach snuć zaczęły się splątane strumienie cieni, które biegły w dół niby jakieś upodlone stworzenia z minionej ery. To miejsce było najbardziej nieprzyjaznym i obcym w jakim do tej pory się znaleźli, ale mimo tego bardzo dobrze wiedzieli gdzie są. Zbliżali się do szczytu Szkieletora. Tu swoją posępną siedzibę urządził sam Mroczny Pan. I choć wizja spotkania go we własnej osobie łamała ich ducha, gniew jarzący się w ich sercach ciągle podsycał ogień nadziei na ucieczkę z tej czarnej stalowej twierdzy.

W końcu schwytani stanęli naprzeciwko ogromnych zdobionych drogocennymi kamieniami drzwi, których broniły dwa kościste olbrzymy. Kabał Dęg skinął na nich nie zniżając się do wydania im rozkazu słowem, a te w swoim hipnotycznym posłuszeństwie zerwały się by uchylić gigantyczne wrota. Gdy to się stało, ich oczom ukazała się sala tronowa Władcy Nekromantów – samego potężnego mistrza czarnej magii, śmierci i różnych innych dziwnych zboczeństw – Zesraela.

– Cokolwiek tam na nas czeka – Szepnął Amadoububu do swojego wodza – Przyjmiemy to jak członkowie tego samego wojowniczego plemienia. Plemienia, które zawsze silne było jak rzeka, Gregorocie. Może nie jak Odra ale przynajmniej jak Biebrza.

– Cieszą mnie te słowa – Uśmiechnął się wódz – Cokolwiek planują nie przyjdzie im to łatwo.

– A sprzątanie na pewno. Jak mam się już wykrwawić to będę krwawił jak dzika świnia. Nie doczyszczą nawet germańską chemią. – zaśmiał się Baranorh i wyszczerzył kły. Jego kompani odpowiedzieli tym samym. Nie zamierzali oddać swoich skór łatwo. Byli Barbarzyńcami. Wyklętym plemieniem najtwardszych z ostatnich ludzi… I tak dalej.

Wprowadzono ich do wielkiej sali, którą rozświetlały pochodnie emanujące dziwnym trupim światłem. Zobaczyli przed sobą ogromny tron sklecony z kręgosłupów wygiętych w agonalnym skurczu, nad którym górowały makabryczne obrazy zaklęte w ponurych witrażach. Przedstawiały one straszliwą historię krwawych dokonań wielkiego Zesraela. Leitmotivem tejże narracji zdecydowanie były, jak nie trudno było się domyślić, trupie czaszki. Nieoczywistym zaś zabiegiem było dodanie, wszędzie gdzie tylko zostało trochę miejsca, wizerunku kobiecych piersi. Na tronie zaś zasiadał on… Mroczny Pan. Strzegło go tutaj dwunastu okutych w ciemną stal Nekromantów. Uzbrojeni po zęby, pokornie i bez słowa warowali w kątach okrągłej sali.

– Myślę, że w końcu udało mi się pojąć wasz sekret. – Zimny tubalny głos skuł lodem serca bohaterów – Chyba rozumiem dlaczego wy, Barbarzyńcy jesteście tacy jacy jesteście.

Zesrael wstał mozolnie ze swojego tronu. Kiedy poprawił szatę, która zdobiła jego wypaczone przez mroczne praktyki ciało, bohaterowie ujrzeli, że jest on w istocie kościstym, ale nienaturalnie rosłym człowiekiem. Lub czymś co kiedyś nim było. Spod hełmu wykonanego z czaszki jakiejś nieziemskiej rogatej bestii zapłonęły pełne zła oczy.

– Myślę, że staliście się wojownikami bo nie mieliście innego wyboru. Wasz opór i nonkonformizm, niezgoda na upadającą kondycję człowieka w tym martwym świecie pchnęła was do bycia dzikimi, agresywnymi zwierzętami. Woleliście się stać krwiożerczymi bestiami niż należeć do rasy, którą niczym rak zjada hipokryzja, tchórzostwo i chciwość. Baliście się nie śmierci, ale klatki społecznego ogłupienia. Czekania za jej kratami, aż zmęczenie i starość każą się z nimi pogodzić, aż wszelka nadzieja wielkich czynów nie tylko przepadnie, lecz straci również powab.

– A mi się wydaje, że intelektualizowanie i dorabianie teorii do czegoś co jest jasne jak cios w ryja po prostu szkodzi. Mógłbym ci gadać i gadać dlaczego na świecie jest jak jest a i tak by ci się to we łbie nie zmieściło, pajacu. – Gregoroth zbierał podkopaną odwagę. – Jesteśmy po prostu wkurwieni, bo tacy jak ty robią chlew. Chlew, który trzeba posprzątać.

– Po cóż ten gniew? Wszak myślimy podobnie, Gregorocie Barbarzyńco. – Zesrael złożył dłonie i nachylił się nad wojownikiem. Jego przytłaczająca czarna sylwetka górowała nad bohaterami. Na twarzach poczuli trwożący chłód i pustkę zaświatów. – Już niebawem zasiądziemy do ostatniej uczty. Ale przed ucztą trzeba dom oczyścić z śmieci.

– Nigdy nie posiądziesz tajemnicy Bigosu! – Gotowała się Princpolonella – Kto kontroluje Bigos, kontroluje wszechświat!

– Dlatego nie zależy mi by poznać tę tajemnicę, księżniczko – Zaśmiał się demonicznie Zesrael – Chcę aby została ona bezpowrotnie zapomniana.

– Będzie filozofia czarnego charakteru teraz – Baranorh szepnął na ucho czarnoksiężnikowi – Jak obstawiasz? Ja mówię, że zwichrowany ekolog-ekstremista.

– Dwa krzemienie, że moralny upadek gatunku ludzkiego – Odpowiedział Amadoububu.

– Widzieliście kiedyś Ocean? – Zesrael wyprostował się i rozpostarł kolosalne ramiona jakby objąć chciał ogrom dawnego wspomnienia. – Dla ludu skazanego na życie w pustyni to widok, który wypala się w umyśle na wieczność. To widok, który otwiera oczy. To widok, który niszczy ignorancję. Gdy ja go zobaczyłem, zrozumiałem, że muszę zdobyć przepis na obróbkę cieplną Bigosu, żeby zrozumieć wszystkie sekrety wzrastającego życia i jego rozkładu, ale teraz… Teraz nie jest mi już potrzebna. Wzrosłem ponad tanie fortele…

– Trudno ocenić – Skrzywił się Baranorh – Niby ten ocean…

– Ni chuja – Rzucił Amadoububu – Wisisz mi dwa krzemienie. Z tym oceanem to tylko taki zabieg stylistyczny żeby przykuć uwagę, a potem i tak moralistyka zawsze wjeżdża. Za każdym razem tak jest. Jak w zeszłym roku mordowaliśmy króla Wryjkingów to to samo było tylko z rannym jeleniem czy czym tam.

– To wy zabiliście króla Wrzaskwryka? – Żachnęła się Żentyca – To był mój wujek!

– To właściwie nie my wybieramy. Słuchamy takiego grzyba z kabiny prysznicowej u naszego plemiennego mędrca i on nam rozkazuje różne rzeczy, a my potem idziemy i sieczemy. – Wzruszył ramionami czarnoksiężnik – Ludzie nie są świadomi tego jaki to prozaiczny proces.

– To rzeczywiście musi prowadzić do wielu takich nieporozumień. – Zdumiała się Żentyca – Przepraszam. Nie byłam świadoma.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się Amadoububu – A twój wujek umarł godnie. Wyrwaliśmy mu kręgosłup przez gardło a potem go nim zatłukliśmy.

– Milczeć! – Wrzask Nekromanty był jak grom poruszający z posad całą czarną twierdzę – Nie pojmujecie powagi sytuacji! Jam jest Zesrael! Niosę kres wszelkiego życia na ziemi! Myślałem, że będę potrzebował do tego celu waszych tajemnic, ale zrozumiałem, że stać mnie na większy rozmach! Po prostu zniszczę wszystko za jednym zamachem miast zagłodzić świat powoli! Wszelkie tajemnice Bigosu zginą wraz z wami! Wtedy ludzie na pewno nie dadzą rady się podnieść! Uśmiercę wszystko!

– Zwięrzątka też? – Zapytał Gregoroth – To dosyć nowatorskie jeśli chodzi o czarne charaktery. Zawsze tylko chcą wymordować ludzi.

– Wszystko bez wyjątku musi zniknąć z powierzchni Ziemi! Wszystko co przetrwało do tej pory jest skażone wiekami daremnych rządów człowieka na tej planecie. Dopiero kiedy wszystko przepadnie wzrośnie świat nowy, lepszy… czysty i zdrowy! Bez Bigosu! Bez GMO!

– A nie żal ci tylu unikatowych gatunków, które bezpowrotnie znikną? – Dziwił się Baranorh – Ryjówka średnia, ryjówka białowieska, ryjówka…

– Różnorodność to woda na młyn ludzkiego egoizmu! – Zesrael płonął fanatycznym gniewem – Życiu obojętne jest czy należy do rzadkiego gatunku, czy nie… Wystarczy mu samo życie. Ludzie chcieli od wieków zachować unikaty by cieszyć się nimi, by bezprawnie karmić się ich pięknem. Pięknem, które pięknem jest tylko dla nich. Nie dla natury. Natura zbyt potężna jest na takie trywializmy. Natura zawsze znajdzie drogę by zatriumfować. A ja tę drogę dla niej oczyszczę. Już za chwilę!

– No a jak to zrobisz? Jakieś magiczne kamienie zbierasz? Jakieś pierścienie, jakieś coś masz? – Amadoububu dociekał – Zawsze jest jakiś taki elemencik. Magiczny gadżet taki co wszyscy za tym gonią nagle, choć przez setki lat każdy to miał gdzieś.

– Ten “elemencik”, o którym mówisz był kiedyś większością tej planety. Jest gigantem, który ukształtował ją. Każde tchnienie, każda kropla materii wraca do jego bezkresnej otchłani. Każda żywa istota potrzebuje go i beznadziejnie pożąda jego objęć. Wypełzamy z niego jak pokraczne gady i nic nam nie jest winien. Dawał nam. A teraz zabierze jak kapryśny ponury bóg. Truliśmy go a potem oczekiwaliśmy by nas karmił. Za to świętokradztwo przyjdzie na nas kara. Nasz zbawca, nasz niszczyciel zakrywał niegdyś całą tę krainę. I może zrobić to znów. I tak właśnie się stanie…

– Czekaj, nie mów! – Krzyknął zgadując Baranorh – Czas! Nie, nie! Góra! Nie, poczekaj! Wiem! Wojna!

– Ocean! – Zagrzmiał Zesrael a Barbarzyńcy przewrócili oczami – Ocean pochłonie stare życie i według swojego uznania wyda na świat nowe!

– Czyli ekolog-ekstremista jednak. Czaję. Że niby Nekromanta, a tu natura jednak. No ciekawy zabieg niby. – Wyszczerzył się Baranorh – W każdym razie dwa krzemienie dla mnie, czarnoksiężniku.

– Dobra, koniec tych pierdół. Nawymyślał kurwa z tym oceanem, że nie mogę już. To było ciekawe przez chwile, a teraz jest już po prostu głupie. – Uciął Gregoroth – Napierdalamy się.

Wódz Barbarzyńców napiął swoje potężne mięśnie i łańcuchy z Turbostali pękły w drobny mak. Oczka natrwalszego materiału na Ziemi poturlały się po kamiennej podłodze. Wraz za wojownikiem jego kompani uczynili to samo. Nawet koczkodan okazał się na tyle krewki by oswobodzić się z kajdan. Kiedy już wszyscy wojownicy byli wolni, Barbarzyńcy ściągnęli też krępujący łańcuch z księżniczki i jej wiernej służki. Żentyca przełknęła tę zniewagę bo niewiele jest bardziej uwłaczającego dla Walwryjki niż sterczenie w kajdanach.

– Co to ma znaczyć?! – Wrzasnął zdziwiony Zesrael. – Przecież to łańcuchy z Turbostali!

– Reklamacji nie przyjmuję. – Zaprotestował Kabał Dęg ze wsi Łokcie – Schwytani zostali dostarczeni żywi i skrępowani. Biorę swoje siedem czyżyńskich pesos i żadnej odpowiedzialności za to co teraz się tutaj stanie. Do widzenia. Wychodzę.

I wyszedł.

Wszyscy ruszyli do walki. Ani Princpolonella, ani Żentyca nie pozostawały w tyle. Z krzykiem grzmiącym z ich gardeł parły przed siebie wprost na Mrocznego Pana Zesraela, siecząc jego strażników, którzy próbowali zastąpić im drogę. Bohaterów niosły zaciętość i gniew. Wiedzieli, że walka, która właśnie się rozpoczyna będzie jedną z najtrudniejszych jakie dotąd mieli stoczyć. Stal biła o stal. Ostrza rąbały ciało na kawałki. Rozgrzana krew tryskała pod sam sufit, aż w końcu bohaterowie wykarczowali sobie drogę do króla Nekromantów. Stał tam niewzruszony i posępny jak sam Ponury Żniwiarz. Roztaczał wokół siebie posępny mrok, który zwiastował straszliwe czary. Czary, których potężną moc wymierzyć miał w nacierających na niego herosów. Czary, których był absolutnym mistrzem.

– Zapłacicie za swoją bezczelność! – Ryknął Zesrael i wyciągnął przed siebie swoje kościste ramię – Gińcie!

Z jego palców wystrzeliły nagle błękitne płomienie, które niczym pociski pomknęły w kierunku Barbarzyńców. Ci uskoczyli w ostatnim momencie i wykorzystując moment, w którym Mroczny Pan zbierał siły by powtórzyć niszczycielski atak, ruszyli zadać cios. Zesrael jednak parował wszystkie ich cięcia używając samych swoich gołych rąk. Wreszcie Nekromanta odskoczył i wymierzył potężne uderzenie, które zmiotło wszystkich wojowników z ich nóg jakby byli zaledwie wątłymi źdźbłami stepowych traw.

– To bezcelowe. – Wycedził Zesrael – Dziś kończy się wasza heroiczna podróż. U jej kresu tylko śmierć czeka.

Mroczny Pan powoli podszedł do powalonych wojowników i przechadzał się pomiędzy nimi, aż w końcu skłonił się nad czarnoksiężnikiem studiując jego atletyczne ciało zwijające się z bólu.

– Malijczyk? – Zastanawiał się – Nie widziałem, żadnego z was od kiedy puściłem z dymem całą zachodnią bruzdę… Zabić takiego to zdecydowanie rarytas. Cieszę się, że wpadłeś.

Zesrael podniósł Amadoububu chwytając go za jego czarną czuprynę i przyglądał mu się tak jak kot, który patrzy na mysz, mając zamiar męczyć ją jeszcze przed jej niechybną śmiercią.

– Puść go! – Zachrypiał Gregoroth z mozołem podnosząc obolałe ciało z podłogi – Puść go, albo rozerwę cię na strzępy!

– Nie. Nie puszczę – Odpowiedział Zesrael z okrucieństwem – Ale pozwól, że podsunę ci nieco inspiracji w temacie rozrywania na strzępy.

Mroczny Pan uniósł czarnoksiężnika nad głowę, oczy zapłonęły mu przerażającym blaskiem i koszmarny ryk wyrwał mu się z gardła. Zaraz potem jego ogromne ramiona rozdarły Malijskiego Barbarzyńcę na dwie części. Zesrael rzucił wyjącego z bólu wojownika na kamienną posadzkę i przyglądał się z lubieżnością jak życie wycieka z niego strugami krwi i wnętrzności.

– Amadoububu! – Krzyknął Gregoroth rzucając się do swojego ciężko rannego przyjaciela. – Zapłacisz za to ty skurwysynu!

– Chyba ze mną niedobrze, mordo – Jęczał umierający czarnoksiężnik – Nie czuję nóg. Chyba mi coś zrobił w kręgosłup. Myślisz, że wyjdę z tego? Myślisz, że będę mógł chodzić?

– Chyba kurwa na rękach. – Gregoroth tłumił gniew – Ale pomszczę cię, przyjacielu. Dziś nadszedł twój chwalebny kres…

– Rozumiem – Oczy Malijczyka stały się nagle spokojne i chłodne – Rozpętaj piekło, mordo.

– Ale zaraz! – Wrzasnęła Princpolonella – Przecież on jest czarnoksiężnikiem! Czy nie zna jakiś czarów, które mogłyby ocalić go przed śmiercią?!

– Nazywają mnie czarnoksiężnik Amadoububu – Wolno i z namaszczeniem wojownik dobierał ostatnie słowa – Ale to bardziej taki grzecznościowy tytuł. Żegnajcie, mordy.

Amadoububu zamknął swoje oczy na zawsze i pogrążył się w śmierci, której zawsze szukał i którą zawsze tak chętnie obdarowywał innych. Przyszedł dzień jego zasłużonego odpoczynku. Umierając cieszył się. Był dumny. Jego kompani zapamiętają go jako wojownika, a dla tego kto zadał mu śmiertelny cios nie będą łaskawi. Świadomość ta, która mętnie gasła wraz z ostatnimi myślami czarnoksiężnika sprawiała, że ostatnie co czuł prócz bólu to osobliwe zwycięstwo. Zwycięstwo na które pracował całe swoje barbarzyńskie życie.

Zapanowała przeraźliwa cisza, w której wybrzmiewały tylko głośne sapnięcia płonącego gniewem wodza Barbarzyńców i cichy chichot króla Nekromantów. Nawet przerażona garstka żyjącej jeszcze straży Zesraela niepewnie wyczekiwała na rozwój wydarzeń.

– Brać ich – Rozkazał król Nekromantów – Nużą mnie już te ich pretensjonalne twarze.

Strażnicy ruszyli na wojowników i walka znów rozgorzała na dobre. Baranorh, Princpolonella i Żentyca sprawnie odpierali ataki i choć zmęczeni i poturbowani wciąż udawało się im utrzymywać niewielką przewagę na przeciwnikami. Gregoroth nie baczył na płotki, które rozbijały się o niego jak marne owady o szybę rozpędzonego tira. Sunął przez pole bitwy by stawić czoła tylko jednemu już przeciwnikowi. A tym przeciwnikiem był Zesrael. Ten, który pozbawił życia jego przyjaciela. Miał obowiązek go pomścić nie tylko jako jego bliski druh, ale również jako wódz wszystkich Barbarzyńców. Tylko tak dopełnić się mógł los. Tylko poprzez zimną barbarzyńską stal.

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz