Tom Dziesiąty

Strażnicy wbiegli po schodach i zatrzymali się zaraz przy drzwiach, zza których dobiegały odgłosy gorejącej walki. Halabardy, które nieśli ze sobą biły o siebie w ciasnym, zatłoczonym korytarzu, a szczęk nagiej stali rymował się ze szczękiem zębów przerażonych Nekromantów. Kotłowali się teraz gorączkowo wyczekując rozkazów od swojego przywódcy. Ten jednak milczał, tak jakby w dźwiękach po drugiej stronie drzwi szukał odpowiedzi na to jakiej taktyki bitewnej powinien użyć. “Falliczna falanga”? “Pijany wójt”? “Czerwone bambo”? A może “Na wnuczka”? Żadna strategia poza taktycznym daniem dyla nie wydawała mu się odpowiednia, więc kapitan Masturbajaszi milczał. Ta niezręczna cisza przerywana tłumionymi przez cienkie drzwi odgłosami rozbryzgującego się mózgowia wcale nie podnosiła morale reszty Nekromantów, którymi miał nieszczęście dowodzić. Kiedy strach na chwilę ustąpił, jego serce przepełniła gorycz. Miał dokładnie cztery tygodnie do wcześniejszej emerytury. Zostało tylko spieniężyć nekrowaluty i nara do Atlangentyny. Ale nie. Bo Mroczny Pan kazał. Tak jak i jego strażnicy, Masturbajaszi przeczuwał teraz, że czekały na niego rzeczy, od których włos jeży się na trupiej czaszce. Czuł, że już niedługo pozna nową definicję bólu i upokorzenia. Człowiek się całe życie uczy, nawet moment przed wypatroszeniem toporem.
– Mówią – ośmielił się w końcu, któryś z halabardzistów – że żelazo się ich nie ima!

– Tych Barbarzyńców? – Upewniał się gorączkowo jego kolega z szeregu, który liczył, że znajdzie dobre usprawiedliwienie dla tego by zlać się w gacie ze strachu.

– A gdzie tam Barbarzyńców! – Ryknął nagle kapitan Masturbajaszi. Odczuwał strach tak samo jak jego żołnierze i było to widać, bo strugi potu spływały po jego twarzy wraz z makijażem. Teraz trupia czacha, którą miał wymalowaną na kościstym licu, przypominała tapetę taniej łagiewnickiej kurtyzany. – Do nich to ni chuja nawet dobiegnąć podobno, a co dopiero ranić żelazem! On mówi o księżniczce i jej przeklętej dzikusce. Bo głupio babę bić!

– To szaleństwo! – zaskomlał halabardzista zamykający stawkę oddziału. Wszyscy widzieli go dosyć dokładnie, wszak stawka nie była wysoka. – Nie na to się pisałem! Wytną nas w pień a gwarantowaliście, że nie będzie redukcji etatów!

– Milczeć! – Zagrzmiał kapitan – Zastosujemy technikę, której Princpolonella nie będzie się spodziewać! A jej Walwryjka tym bardziej!

– Jaka to technika? – Zapytał zatroskany o swoje trzewia tłum.

– Równouprawnienie. – Powiedział Masturbajaszi i ruchem miecza rozkazał by strażnik znajdujący się najbliżej drzwi otworzył je. – Na mój znak wchodzimy! Lejemy bez krępacji!

Strażnikowi tego ostatniego nie trzeba było powtarzać. Stał w mokrych spodniach już od pewnego czasu. Teraz wyciągnął drżącą dłoń w kierunku ciężkiej mosiężnej klamki, spojrzał na swojego kapitana i wyczekiwał na jego znak. Kapitan skinął głową i całe życie młodego halabardzisty przeleciało mu przed oczami. Łącznie z fragmentami, których nie pamiętał bo będąc w seminarium nekromanckim jadł dużo mefedrolandryn. Nacisnął klamkę, pchnął i drzwi ciężko ustąpiły do wnętrza komnaty. Zaraz potem niewielki potok ciemnej, gęstej posoki wylał się na schody i spłynął w dół wieży, zalewając stopy strażników.

– O fuuuu! – Jęknął jeden z Nekromantów – To krew! To krew!

Kapitan Masturbajaszi wydał z siebie przeraźliwy krzyk bojowy i rzucił się w głąb komnaty, w której trwała jatka. Za nim, wtórując mu, podążyli jego podwładni. Wrzask, który wzniósł się nagle z pięćdziesięciu gardeł niemal poruszył posadami Szkieletora. Był tak potężny, że aż wódz Barbarzyńców Gregoroth przez moment myślał, że jakiś niezliczony tłum starców i dzieci wtargnął nagle na pole bitwy.

– Dokładka, mordy! – Oczy błyszczały mu od adrenaliny. Gregoroth rzucił się w kierunku wstępujących do komnaty nekromanckich piechurów i blokując własnym barkiem ich szarżę, pozwolił by rozbili się o niego jak bezsilna ludzka fala. Gdy tak się stało, wyprostował się i z paskudnym uśmiechem, wezwał imię boga swego nadaremno i zaczął przeklinać tych, którzy śmieli stawić mu czoła. Świętokradztwo zawsze dodawało mu animuszu.

– O wojowniczy Cromie, usłysz wrzaski, napełń myśli człowiecze! Ty, który cieszysz się niepowodzeniem i gardzisz szczęściem, wzywamż cię! Bądź moją sangwiną i męstwem! – Uniósł miecz na znak ofiary dla mrocznego boga i zakończył uroczyście – Daj ać! Ja pobruszę!

I Crom był mu świadkiem, że pobruszył w chuj. W jednej chwili długi miecz wojownika nagle rozbłysł jak natchniony piorunem i Gregoroth jął trzaskać halabardy w drzazgi. Niczym srogi południowy wiatr barbarzyńca strącał głowy, które frunęły pod sufit, by potem roztrzaskać się o podłogę. Stanął naprzeciwko kapitana straży i zanim ten zdążył zarządzić zmianę formacji, rąbnął potężnie w jego ciało, które rozpadło się w czerwonej mgle na pięć i pół idealnie równych części. Flaki rozlały się po posadzce, a straż widząc to cofnęła się bojaźliwie o krok przed górującym nad nimi barbarzyńskim wojownikiem.

– I ja ci powiem, że tak jest cały czas właśnie – tłumaczył czarnoksiężnik Amadoububu walwryjskiej wojowniczce – Nic tylko popisy i efekciarstwo!

Żentyca strząsnęła z bitewnego młota resztki trzewioczaszki swojego ostatniego wroga i wymierzyła potężny bekhend kolejnemu. Uradowana, że udało jej się wprawić Nekromantę w lot, uśmiechnęła się i ryknęła z satysfakcją.

– Ah! Stara dobra przemoc! Mi wystarczą te małe rzeczy! To one są piękne! – Uśmiechnęła się do czarnoksiężnika – Słyszałeś jak chrupnęło? Kręgi wbiły mu się w mózg!

– Rzeczywiście, słyszałem. – Amadoububu pokiwał głową aprobująco i starł ze swojej zadowolonej twarzy krew Nekromanty. Lubił kiedy ktoś doceniał prostotę mordu. No i kiedy jednym ciosem potrafił rozmazać wroga po suficie. A tej umiejętności nie posiadała jeszcze żadna kobieta, którą porwał i której powiedział sakramentalne: “majty won”.

– Powiedz mi, masz jakieś plany po tym jak was uratujemy? – Nieśmiało zapytał Amadoububu, dźgając nerwowo brzuch naprzykrzającego się mu wroga. – Mam w domu kolekcję fajnych kamieni. Może chciałbyś posłuchać jak rzężą jak się je pociera o siebie?

– A kfo potfebuje łatowania?! – Krzyknęła Princpolonella przelatując przed ich oczami na linie – I kfo pofiedział, fe włacamy do domu?! Tu jeft zajebifcie! – Księżniczka wylądowała na ziemi, wyciągnęła z między zębów krótki sejmitar i puściła linę, na której jeszcze przed chwilą bujała się robiąc ogromne wrażenie na zapatrzonym w nią koczkodanie. Lina, którą wypuściła księżniczka szybko poszybowała do góry, a dźwig, którego była częścią natychmiast sprawił, że wiszący nad polem bitwy wielki mosiężny żyrandol runął na próbujących zajść ją od tyłu Nekromantów. Czuła, że żyje. Otarła majestatyczną twarz z kalającego ją potu i zawyła niczym ogarnięta wściekłością wilczyca.

–  Przepraszam księżniczko – Zagadnął Baranorh wdeptując twarz jakiegoś nieszczęśnika w kamienną posadzkę – Nie chciałbym ci przeszkadzać, ale… czuję,  że powinniśmy porozmawiać. Wiesz. O wtedy. O Augustowie.

– O nie! Ani myślę! – parsknęła Princpolonella i naparła mocniej na rękojeść sejmitaru, który w końcu przebił zbroję Nekromanty przeszywając go na wylot. – Jak mogłeś! Taki wstyd!

– Nie miałem wyboru! – Baranorh rzucił toporem we wroga i rozłożył ręce w geście bezradności wobec kobiety. – Ścigali mnie Łowcy Skór z Pawulionu!

– Teraz to widzę – wycedziła księżniczka – Ty sam jesteś pies z głową w dół!

– Uuuuu! – żachnął się Nekromanta, którego właśnie dusił Baranorh – To ci laseczka pojechała teraz, mordeczko!

–  Nie wtrącaj mi się, ty plugawcze! – Baranorh zmiażdżył mu krtań i rzucił bezwładne martwe ciało na podłogę. – Nie cierpię jak nawiązują ze mną dialog! Przestają być dla mnie bezosobowi i mam potem wyrzuty sumienia!

– Może po prostu jesteś zbyt miękki? – Śmiech Princpolonelli niósł się wśród gorejącej walki – Ej, chłopcy! Może mnie weźcie zamiast tej łajzy? Zyskalibyście na szlachetności!

– I na uzębieniu – dodała Żentyca. – Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałam tak niewiele zębów pośród tak wielu gąb.

– No nie wiem. Na ten moment nasze plemię zaoferować może tylko Umowę o Dzieło Zniszczenia – Wahał się Gregoroth – No, może nawet Umowę Zlecenie Zabójstwa, ale to wszystko. Mamy restrukturyzację. Chcemy wprowadzić anarchoprymitywizm plemienny.

– A chuj, biorę! – Princpolonella uśmiechnęła się swoim nowym, szelmowskim uśmiechem i dodała – …mordo!

– Purchlawa stonoga! Zapluta purchlawa stonoga! – Wrzasnął nagle Baranorh z całą swoją czerwienią na twarzy.

– Jak mnie nazwałeś?! – Nastroszyła się Princpolonella.

– Nie ty! – Odpowiedział – Purchlawa stonoga! Tam za tobą!

Nagle do sali na setce swoich zmutowanych odnóży wpełzła gigantyczna wijąca się gadzina opancerzona w chitynową skorupę. W mgnieniu oka okrążyła bohaterów, by w końcu zatrzymać się prosto przed nimi i wyprostować się wydając przy tym przeraźliwy diabelski skrzek. Jej przedziwny, nieziemski wręcz wygląd zapierał dech nawet najbardziej doświadczonym wojownikom. Szczękoczułki mogące giąć meteorytową stal, haczykowate odnóża zakończone ostrymi jak szable brzeszczotami i olbrzymie masywne ciało na siedem sążni długości. To wszystko składało się na jadowitą purchlawą stonogę.  Nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się bezpośredniej walki z tym potworem.

– Na nią kurwa! – Krzyknął Gregoroth i barbarzyńcy ruszyli do ataku. – Kroimy zdzirę!

Wojownicy dźgali płaskie segmenty długiego tułowia, który niczym wąż falował w przerażającym tańcu śmierci. Unikali ciosów odnóży stonogi by zaraz później znów zaatakować. Potwór chociaż wielki i masywny, posiadał prędkość, która znacznie przewyższała barbarzyńską kompanię. Monstrum starało owinąć się wokół któregoś z atakujących i unieszkodliwić go jadem wytwarzanym przez jego kleszcze, ale odważnym wojownikom zawsze udawało się oswobodzić w ostatniej chwili. W końcu znużony gigantyczny skorupiak uniósł długie, drgające czułki i łowiąc nimi zapach oraz ciepłotę ciała uderzył całym swoim tułowiem w kolumnę, która podtrzymywała strop w miejscu gdzie znajdowała się teraz Princpolonella. Sufit runął w dół na sparaliżowaną strachem księżniczkę. Żentyca desperacko rzuciła się by ochronić swoją podopieczną, nawet kosztem własnego życia, ale było już na to za późno.

Wielkie gruzowisko zaległo na zbrukanej krwią kamiennej podłodze, a kiedy opadł kurz bohaterowie zobaczyli, że Princpolonella choć oniemiała i pogrążona w szoku, wciąż żyje – uratowana przez nieoczywistego wybawcę. Baranorh Rudomordy postawił ją delikatnie na ziemi, otrzepał się z pyłu i przemówił.

– Serio. Pogadamy, kurwa? – Wskazał na wciąż wijącego się groźnie stwora – Trochę cię w sumie uratowałem, tak? To nie jest taka łatwa robota! Ścigali mnie Łowcy Skór z Pawulionu!

– Tak! Zgadzam się! – Wrzasnęła Princpolonella dochodząc do siebie – Tylko zabijcie to coś!

– Się robi, wasza ikoniczność. – I poszli zabić co mieli zabić. Bo co mieli nie zabić?

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz