Tom Pierwszy

– Opos, Opos, Sorkonos, Mantikornik… i jeszcze jeden Opos! – Uśmiechnął się zza swojego dorodnego wąsa Gregoroth, a uśmiech ten początkiem był wielu niefortunnych przypadków nie tylko dla niego, ale i dla jego dzikiej bandy. Los bowiem przypomina kusicielkę, która pod pozorem swoich powabów kryje przewrotność drapieżną i okrutną ponad wszelkie miary – Nie macie dzisiaj szczęścia chłopcy. Wasze łupy należą do mnie! Dawać wszystko! Bez szemrania!

A bez szemrania obyć się nie mogło. Nic dziwnego, że wśród grupy barbarzyńców ten fatalny dla nich wynik rzutu kośćmi wywołał wyraźne niezadowolenie. Porażka była ciężka do zniesienia, bo pomimo swojej nieskomplikowanej psychiki, w lot pojęli, że stawką w tej ich tradycyjnej porozbojowej grze nie było tylko czyste nienapromieniowane jedzenie, jakie znaleźli podczas wyprawy, ale również i średnio czyste kobiety, które co prawda zdobyli jako zimnokrwiści wojowie, ale nie zdążyli ich jeszcze posiąść jako mężczyźni. A tego głodni byli zdecydowanie bardziej niż wolnych od radiacji i pozbawionych terminu ważności Śledzików-Na-Raz Lisnera. Niektórzy wyciągnąć już chcieli zza swoich pasów noże, ale wódz barbarzyńców tylko na to czekał. Ta szaleńcza pewność i wyczekiwanie w oczach wciąż uśmiechniętego zwycięzcy kościanej gry w ssaki odbierała wojownikom ducha zemsty.

-Mordo, zaklinam cię! A co ze świętym prawem dibsu na dupeczkę?! – zagrzmiał wielki malijski czarodziej o twarzy tak smagłej jak jego mroczne sumienie egzotycznego zbrodniarza. Głos brzmiał w opuszczonej sali teatralnej jak pradawne systemy nagłośnieniowe Starych Mądrych z Frantica. Pomimo, że era tej upadłej cywilizacji bezpowrotnie minęła, wszyscy na sekundę myśleli, że Czarnoksiężnik Amadububu używa magii jakby sekrety Starych Mądrych nie były dla niego zakazanymi tajemnicami. Lecz nie była to magia starożytnych, a po prostu to, że miał donośny głos i właściwie był całkiem charyzmatyczny jak na ten smutny tłum twarzy przypominających kompozycję z kostki brukowej. Większość zwróciła więc na niego uwagę i wyszło dosyć groźnie. Na tyle groźnie, że sam wódz Gregoroth wykrzywił usta w grymasie, który zastąpił jego pełen pewności uśmiech.

– To prawo to prawo Starych Mądrych. Prawo martwe, mordo. Ma w sobie brudne tchnienie szklanych grobowców i nie powinno się go z nich wywlekać. Dobrze o tym wiesz! – Skontrował Gregoroth czując, że czarodziej może stać się dla niego bardzo niewygodnym adwersarzem. Zwłaszcza w zbliżającym się okresie wyborczym. – Poza tym czy chcesz pomiędzy nami rozlewu krwi? I właściwie o co? O kilka dup z Kazimierza, czarowniku? Zrozumiałbym gdyby były choćby z Podgórza, ale…

– Nie kłóćmy się! Niech je sobie weźmie! Mnie do dziś piecze kiedy sikam! I to którą dziurką bym tego nie robił! – Próbował rozładować napięcie Baranorh Rudomordy. Był wojownikiem, który napromieniowany był piwkiem do takiego stopnia, że momentami mówiono, że sami bogowie przez niego przemawiają i samym mózgiem łapie na zawsze utracone dla ludzkości święte fale Wi-fi. Dlatego od czasu do czasu słuchano go i traktowano jak wyrocznię. Pytię taką. Miękką Pytię. Zwłaszcza, że Baranorh naturę miał raczej poety niż wojownika (Klecił ongi w młodości wzniosłe i dosyć zręczne memy) i brzydził się przemocą wśród własnego plemienia bardziej nawet niż samym swoim plemieniem. Być może dlatego, że nigdy nie zebrał porządnie w ryja.

– Bracia moi. Mordy. – Gregoroth korzystał z momentu, że tłum trawił z ogromnym skonsternowaniem wszystkie za i przeciw w tym sporze. A było to dokładnie jedno za i jedno przeciw. – Obiecuję wam, że jeszcze nim minie jeden księżyc, dostaniecie godny udział z naszych wypraw. Wasze lędźwie zakosztują nie tylko poślednich pośladków Kazimierzanek, ale i pachnących rumianą pomadą Modlniczanek, Bronowiczanek… A może i na Wolę Justowską zrobimy wyprawę, a wtedy ich wola będzie naszą wolą!

Szał ochrypłego wiwatu tłumu mężczyzn przerwał głos rozsądku. Cechy będącej wymierającym reliktem minionego świata.

-A ile z tego podboju będzie realnie nasze?! Co z kwestią oprocentowania?! Gdzie są faktury?! – zapytał Czarnoksiężnik Amadububu.

– Oprocentowanie będzie relatywnie niskie!

– Ha! Pewnie i tak złodziejskie jak zwykle! – zakpił malijczyk.

– Nie. Tym razem będzie wręcz… barbarzyńskie!

To zakończyło dyskusję. Tłum wzniósł okrzyk aprobaty przepełniony tak szczerą miłością do swojego wodza, że pod wpływem chwili ten i ów zaczęli ciosać obeliski na jego cześć. Zaprzestali dopiero w momencie kiedy uświadomili sobie, że nie posiadają cienia zmysłu estetycznego i absolutnie żadnych zdolności plastycznych. Byli barbarzyńcami. Wyklętym plemieniem najtwardszych z ostatnich ludzi, jakich nosiła ta splugawiona i toksyczna ziemia. Narodem mieczy i krwi. I właśnie tejże krwi doczekać miały się ich miecze jeszcze tamtej nocy, bo właśnie do pomieszczenia wparował pewien zakapturzony jegomość.

Z początku nikt nie rozpoznał go bo burza kurzowa panująca na zewnątrz smagała piachem jego kaptur i zamaskowaną twarz z taką bezlitosną zawziętością, że stracił on wszelkie cechy charakterystyczne i wyglądał po prostu jak bałwan zlepiony z pyłu zawieszonego pm10. Dopiero kiedy otrzepał się dokładnie, okazało się, że jest to rzeczywiście członek ich plemienia. Był to bowiem nie kto inny a Thomcio Czosnek. Pustelnik z Salwatora, który utrzymywał stały kontakt z istotą Wyższą, którą trzymał u siebie w łazience.

– A więc jesteś w końcu! – Uradował się Gregoroth – Czy Grzyb w twoim prysznicu przemówił? Jaki wyznaczył nam cel?! Mówże czem prędzej, Mordo!

– Słuchajcie!

– No?

– Przemówił!

0 Comments

Add Yours →

Dodaj komentarz